źródło: Artur Bartoszewicz

[TYLKO U NAS] Dr A. Bartoszewicz o podatkach bezpośrednich: Dzisiaj systemem podatkowym karzemy za pracę, a potem dziwimy się, że statystyczny Kowalski nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa sobie i rodzinie w swoim gospodarstwie domowym

Jeżeli obniżamy podatki bezpośrednie, to zyskujemy na zwiększonej konsumpcji i wzrostem wpływów z podatków pośrednich. Podatki pośrednie są przyszłością. W ogóle moglibyśmy uznać, że podatki dochodowe likwidujemy, a ludzie i tak będą wydawać pieniądze, i płacąc podatki pośrednie zapewnią niezbędne dochody budżetowe. Podatek przychodowy dla przedsiębiorstw, rezygnacja z PIT-u dla obywateli są pomysłami, który pokazuje, że bezpośrednie podatki są przeżytkiem. Dzisiaj podatkami karzemy za pracę, a potem dziwimy się, że statystyczny Kowalski nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa sobie i rodzinie w swoim gospodarstwie domowym – mówił dr Artur Bartoszewicz, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w rozmowie z portalem Radia Maryja.

Dr Artur Bartoszewicz odniósł się do informacji medialnej dotyczącej planowanego wzrostu kwoty wolnej od podatku do 30 tysięcy złotych.

– Jeżeli zakładamy, że wzrost kwoty wolnej od podatku dotyczyłby wszystkich podatników, to byłby on niezwykle interesującym rozwiązaniem, ale zaskakującym w kontekście dotychczasowej polityki państwa. Nie oznacza jednak, że z punktu widzenia bezpieczeństwa budżetu i finansów publicznych byłby niemożliwy do spełnienia. Przy pewnych warunkach możliwe jest zaistnienie nowego podejścia do podatnika, które jest postulowane od lat, ponadto byłoby one porównywalne z innymi krajami Unii Europejskiej, których wartości są bardzo wysokie i wielokrotnie przewyższające dotychczasowe kwoty wolne od podatku w Polsce. W czasie kryzysu byłoby to fantastyczną informacją dla podatników, bo realnie spowodowałoby zwiększenie dochodów gospodarstw domowych – oznajmił nasz rozmówca.

Pozostaje pytanie o to, jak takie rozwiązanie wpłynęłoby na polski budżet.

– Dla budżetu państwa byłoby to wyzwaniem. Na pewno trzeba byłoby szukać środków rekompensujących, które prawdopodobnie pochodziłyby z innych źródeł podatkowych. Gdyby Ministerstwo Finansów objawiło takie podejście, to oznaczałoby, że ma wszystko przeliczone i jest to rozwiązanie możliwe do zrealizowania przy obecnych założeniach budżetowych. Wydaje się, że dopóki nie będzie przedstawiona oficjalna propozycja z uwzględnieniem źródeł rekompensujących, to poza tym, że postulat sam w sobie jest niezwykle pożądany w społeczeństwie, to warto zobaczyć, ile zapłacimy za ten „dobrobyt”, który pojawiłby się w naszych portfelach. Mogłoby się skończyć tak, że koszty dla podatnika (szczególnie tego średnio i wyżej zarabiającego) byłyby ostatecznie wyższe niż korzyść z podwyższonej kwoty wolnej od podatku – stwierdził ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Dr Artur Bartoszewicz zaakcentował, że wzrost kwoty wolnej od podatku powinien być wprowadzany stopniowo.

– Podejście do kwoty wolnej od podatku w momencie, kiedy mamy ustabilizowaną sytuację w finansach publicznych, to destabilizując ją, należałoby to robić stopniowo, zapowiadając ścieżkę wzrostu. Na przykład można zapowiedzieć 30 tysięcy złotych kwoty wolnej od podatku jako kwotę docelową za 2-3 lata, dając w każdym roku określoną wartość wzrostową przy jednoczesnym monitorowaniu sytuacji oraz przy założeniach braku rekompensowania tego innymi daninami. Jeżeli będziemy rekompensować to za pomocą innych podatków, to „odwaga” ministra finansów byłaby w tym zakresie bardzo duża, bo skoro będzie wiedział, że ostatecznie i tak wyjdzie na plus w budżecie państwa, to najprawdopodobniej podatki będą musiały przewyższać wartość straty w budżecie, którą wygeneruje wzrost kwoty wolnej od podatku – powiedział.

Od ponad roku świat jest pogrążony w pandemii SARS-CoV-2. Może się wydawać, że nie jest to najlepszy czas na zwiększanie kwoty wolnej od podatku.

– Z punktu widzenia najbardziej pokrzywdzonych kryzysem i najbiedniejszej części populacji wydaje się, że to rozwiązanie jest niezwykle trafne czasowo, bo to najbiedniejsi tracą dzisiaj najwięcej. Zwiększenie ich dochodowości w gospodarstwach domowych i przełożenie tego na wzrost konsumpcji dawałoby niezwykle silny impuls prowzrostowy. Dla bogatszych i średnio zarabiających nie byłoby to aż tak silnym impulsem prokonsumpcyjnym, więc staniemy przed bardzo dużym dylematem. Wydaje się, że jest to dobry czas na to, żeby pobudzać gospodarkę i konsumpcję, bo dzisiaj najbardziej potrzebujemy silnego impulsu prowzrostowego i mocnych wzrostów gospodarczych. W zeszłym roku wygenerowaliśmy dużą stratę PKB, którą musimy teraz odbudować – wskazał ekonomista.

Nasz rozmówca zwrócił uwagę, że zwiększenie kwoty wolnej od podatku byłoby radykalnym skrętem w stronę prawicy.

– Jeśli to rozwiązanie nie byłoby powiązane ze wzrostem podatków, to byłby to radykalny skręt w prawą stronę w podejściu do podatnika. Z innej strony można powiedzieć, że miałoby to wymiar prosocjalny, czyli lewicujący, bo zmierzałby w kierunku najuboższych. Na pewno jest to aspekt komunikacji z wyborcami, bo wszelkich ulg, zwolnień, przywilejów wobec podatnika nie można oderwać od tego, iż ostatecznie będą oni głosować za konkretnymi rządami. Wszelkie obciążenia podatkowe są niemile widziane. Jeśli popatrzymy na historię ostatnich 30 lat w Polsce, to jedynie prawica chce obniżać podatki, a centrum i lewa strona kończyła na ich podwyższaniu, pomimo tego że prezentowała bardziej liberalny przekaz – stwierdził ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Pojawiają się głosy, że podniesie kwoty wolnej od podatku byłoby jedynie zagraniem PR-owym.

– Pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżył podatki. Teraz pojawiły się dodatkowe opłaty, a rząd nie zdecydował się na obniżenie podatku VAT, a jest to bardzo pożądane. Najbiedniejsi, którzy mają procentowo większe wydatki na swoje codzienne potrzeby od osób lepiej zarabiających, zyskaliby na tym. To są rozwiązania, które powinny być szerzej dyskutowane w kontekście całego systemu podatkowego. Samo wprowadzenie atrakcyjnej kwoty wolnej od podatku (bez zastanowienia się, jak ostatecznie ukształtować system podatkowy w Polsce i analizy dodatkowych obciążeń podatkowych jak podatek od plastiku czy cukrowy, bo to ostatecznie i tak obciąża podatników) nie wystarczy. Należy stwierdzić, czy rekompensata w postaci kwoty wolnej od podatku jest rzeczywistą rekompensatą, czy tylko jest komunikatem do wyborców, że rząd wprowadza to, co ludzie chcą, ale ostatecznie i tak zapłacą więcej – oznajmił dr Artur Bartoszewicz.

W ramach Nowego Ładu rząd ma także zaproponować zniesienie opodatkowania emerytów, których emerytura jest niższa niż 2,5 tysiąca złotych.

– Emerytury w Polsce są niskie, więc zakładam, że dosyć znaczna część emerytów zostałaby objęta tym mechanizmem. To jest najprostszy sposób na powiększanie tego, czym dysponuje statystyczny emeryt w swoim gospodarstwie domowym. Emeryci są jedną z najbiedniejszych grup społecznych, więc warto byłoby, gdyby o nią zadbano. Mogłoby się okazać, iż jest to lepszym rozwiązaniem niż np. czternasta emerytura, która ma trafiać do najuboższej części emerytów. To wszystko pokazuje, jak poszukiwane są impulsy prokonsumpcyjne. Najprawdopodobniej jest to zapowiedź, że bogatsza część społeczeństwa zostanie obciążona podatkami, więc może się okazać, że podążymy w kierunku socjaldemokratycznym, czyli silniejszej progresywności podatkowej. W pobieżnej ocenie może wydawać się to bardzo zasadne, ale wstydem jest, że do dziś mamy tak mało milionerów i bogatych ludzi w Polsce – mówił ekonomista.

Co więc należałoby zrobić, aby Polacy stali się bogatsi?

– Do tego trzeba zmniejszyć podatki za pracę i zastanowić się, jak ma wyglądać cały mechanizm związany z zakładaniem działalności gospodarczej. Chodzi o to, żebyśmy mniej ludziom pomagali, a dawali im więcej przestrzeni i narzędzi do tego, aby oni sami zdobywali bogactwo. Bogacenie się powinno być traktowane jako coś dobrego. Ludzie najbogatsi ostatecznie płacą więcej podatków i warto, żebyśmy mieli bogate społeczeństwo, zamiast posiadali zdolność pomagania biednym jako wartość samą w sobie. Bardzo dobrym jest to, że pomagamy, ale wolałbym, żebyśmy nie mieli konieczności pomagania, bo ludzie samodzielnie zarabialiby na godną emeryturę i na tyle, żeby nie trzeba było redukować podatków, bo byłoby stać na ich płacenie – zaakcentował nasz rozmówca.

Ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie odniósł się do pojęcia zbyt dużej progresywności podatkowej.

– To może spowodować sytuację, w której bardziej opłacalna będzie ucieczka z systemu, a więc ze stanu obciążenia podatkowego. Bardziej racjonalne wydają się mechanizmy liniowości, bo jeżeli pójdziemy w takim kierunku, w którym ludzie najbogatsi zaczną odczuwać, że są karani za to, iż się bogacą, no to ich stracimy. Wstydem jest, że w Polsce jest tak mało milionerów, bo na ponad 38 milionów Polaków nie mamy nawet miliona milionerów. Mając ich taką liczbę, odczulibyśmy, co to znaczy żyć w państwie, które jest stać na bardzo wiele. My natomiast mamy miliony ludzi, którym musimy pomagać, a nie milion tych, których jest stać byłoby na to, aby pomagać innym – podkreślił.

Temat podatków i ich ściągalności jest ściśle powiązany z walką z tzw. rajami podatkowymi.

– Z punktu widzenia jednego państwa walka z rajami podatkowymi jest totalną mrzonką. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy wszystkie państwa z danej struktury zrozumieją i uznają, że dyskryminacja podatkowa nie powinna być realizowana, bo jest ona oszustwem. To jest model, który ma charakter kolonialny, bo de facto możliwe jest zawłaszczenie pewnych obszarów gospodarczych poprzez zasysanie z nich należnych tam podatków i ich ukrywanie. Indywidualne działanie nie ma żadnego sensu. Musielibyśmy zbudować bardzo silną pozycję w UE, pozyskać partnerów, żeby zacząć walczyć z tym mechanizmem. Jeśli popatrzymy na liderów Unii Europejskiej, to widzimy, iż raczej są to ludzie, w których życiorysach możemy znaleźć historie, jakie możemy uznać za patologiczne i akceptujące patologię podatkową – powiedział ekonomista.

Być może powinniśmy pójść zatem w kierunku likwidacji podatków dochodowych i skupić się na podatkach pośrednich.

– Jeżeli obniżamy podatki bezpośrednie, to zyskujemy na konsumpcji w podatkach pośrednich. Podatki pośrednie są przyszłością. W ogóle moglibyśmy uznać, że podatki dochodowe likwidujemy, a ludzie i tak będą wydawać pieniądze, płacąc podatki pośrednie. Budżet mógłby spokojnie zrekompensować braki za pomocą wielkości konsumpcji, a firmy powinny przestać płacić CIT, a przejść na podatek przychodowy, który powodowałby, że wszystkie firmy by go płaciły. Logika CIT powoduje, że jest to podatek uznaniowy, a więc płacą go ci, którzy nie potrafią uciec w koszty. Podatek przychodowy dla przedsiębiorstw, rezygnacja z PIT-u dla obywateli jest pomysłem, który pokazuje, że bezpośrednie podatki są przeżytkiem. Pośrednimi podatkami powinniśmy zarządzać konsumpcją, kierować oszczędzaniem pieniądza czy inwestycjami. Dzisiaj karzemy za pracę, a potem dziwimy się, że statystyczny Kowalski nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa sobie i rodzinie w swoim gospodarstwie domowym – podsumował dr Artur Bartoszewicz.

Jakub Gronczakiewicz/radiomaryja.pl

drukuj