fot. Monika Bilska

[NASZ WYWIAD] M. Miśko o uboju norek z podejrzeniem zakażenia na Pomorzu: Rolnik został wywłaszczony. Dawniej nazywało się to bolszewizmem

Nie udało się uratować fermy norek na Pomorzu. Hodowca stracił cały majątek (ok. 10 mln zł) i nie może liczyć na odszkodowanie, mimo zapewnień o nagrodzie. Nagroda to nie są odszkodowania. To coś uznaniowego, a mówimy o wywłaszczeniu – powiedział red. Marek Miśko w rozmowie z Mateuszem Rzepeckim z portalu Radia Maryja. Dyrektor Polskiego Związku Futrzarskiego podkreślił, że to nie jest państwo prawa. To się w dawnych czasach nazywało bolszewizmem, wskazując, że cała sytuacja wygląda na inspirację z zagranicy.

W Polsce zarejestrowano pierwsze przypadki zakażenia SARS-CoV-2 u norek. Wirus został zdiagnozowany na fermie w województwie pomorskim, na terenie powiatu kartuskiego. Obecnie trwa tam ubój zwierząt. [czytaj więcej]

***

Portal Radia Maryja: Według hodowcy z Pomorza wątpliwości budził proces badania norek, choć inspektor utrzymuje, że próbki były pobierane w sposób należyty. Dlaczego nie zdecydowano się na powtórzenie badania u norek, mimo sytuacji wątpliwej?

Marek Miśko: Próbki zostały pobrane metodą PCR. Oznacza to, że od zwierząt pobiera się wymazy (w tym przypadku od norki amerykańskiej). Szacuje się, że nawet 80 proc. wyników, które powstają poprzez tego typu metodę, mogą być nieprawdziwe. Zwraca na to uwagę Państwowy Instytut Badań Weterynaryjnych w Puławach w swoim pokontrolnym piśmie, gdzie zapisuje w uwagach, że warto byłoby powtórzyć tego typu badanie za pomocą surowicy krwi, aby mieć 100-procentową pewność. Przedstawiciele Związku Polski Przemysł Futrzarski (czyli ja oraz Szczepan Wójcik) byli w niedzielę na wieczornej rozmowie z powiatowym lekarzem weterynarii oraz przedstawicielem wojewódzkiego lekarza weterynarii i prosili o ponowne pobranie materiału, aby mieć stuprocentową pewność, że zwierzęta są chore. Zdrowie publiczne jest najważniejsze, natomiast musimy mieć pewność, jeżeli komuś odbieramy własność, szczególnie jeśli nie jest ona wpisana w ustawie jako element odszkodowawczy.

Hodowca, na którego fermie wykryto zakażenie koronawirusem, może liczyć jedynie na „nagrodę”.

M. Miśko: Mamy do czynienia z sytuacją, gdzie człowiek, który traci dorobek całego życia (szacuje go na około 10 mln zł) – mówimy o utylizacji sprzętu, wiat oraz zabicie zwierząt – nie dostanie odszkodowania, a jedynie może liczyć na nagrodę od powiatowego lekarza weterynarii za to, że pomógł w ubijaniu zwierząt. Nagrodą może być 100 czy 500 zł, ale równie dobrze może to być puchar. Ustawa tego nie określa. Stąd nasze obawy. Jeżeli wirus miałby być wykryty, należy zrobić wszystko, aby powtórzyć badanie. Dlatego uważamy, że rozporządzenie jest wadliwie napisane. Nie widzimy, by coś stało na przeszkodzie, żeby powtórzyć badania, które trwają 2-3 dni i mieć 100-procentową pewność, tym bardziej, że urzędnicy państwowi są odpowiedzialni za wydawanie publicznych pieniędzy, bo koszty utylizacji ponosi również państwo. To nie będą małe pieniądze.

Jak wyglądała rozmowa z przedstawicielami lekarzy weterynarii?

M. Miśko: Rozmowa przebiegła w miłej atmosferze. Natomiast spotkaliśmy się ze ścianą, której nie dało się przebić. Lekarze weterynarii przyznali wprost, że nawet jeżeli muszą wykonywać wadliwe prawo, z którym się sami nie zgadzają, to oni nie są od tego, żeby dyskutować z prawem, więc wykonują rozporządzenie. Problem polega na tym, że nie docierały do nich argumenty nawet natury czysto technicznej, dbałości o publiczne pieniądze. Było „nie, bo nie”.

Wydarzenia z województwa pomorskiego mogą być swego rodzaju realizacją tzw. Piątki dla zwierząt?

M. Miśko: Tak szybka reakcja i brak dobrej woli, żeby ponowić próbki, może być zamiennikiem tzw. Piątki dla zwierząt. Jeżeli nie udało się – tak domniemamy – zlikwidować hodowli na futra w Polsce za pomocą ustawy, ktoś wpadł na bardzo chytry pomysł, aby wyeliminować hodowlę z Polski za pomocą koronawirusa i natychmiastowej eksterminacji zwierząt w całym kraju. Bez odszkodowań. To uwłaczające.

Może być to wierzchołkiem góry lodowej?

M. Miśko: Jest to jakiś większy plan. Niedługo zapewne będziemy słyszeli o większej liczbie tego typu działań. Na tej samej fermie w grudniu ubiegłego roku, nie wiadomo z jakich przyczyn, Uniwersytet Gdański pobierał wymazy od norek amerykańskich przy pomocy powiatowego lekarza weterynarii. Wymazy były wysyłane do zagranicznego ośrodka badawczego, do naszej konkurencji – do Szwecji. Wówczas wykryto koronawirusa na tej samej fermie. Na nasz apel państwowe służby jeszcze raz pobrały wymazy i okazało się, że zakażenia jednak nie ma. Chodzi o to, żeby w naszym kraju wirus był wykrywany, aby polskie hodowle przestały istnieć, a zagranicą hodowle będą kwitnąć. Tak bardzo często bywa w brutalnym świecie biznesu i gospodarki. Stykamy się z tym bardzo często. Jest to jedna z możliwych opcji, która była stosowana, żeby zniszczyć hodowlę na Pomorzu. Proszę zauważyć, że o możliwości występowania koronawirusa u norki amerykańskiej było słychać od kwietnia 2020 r., ale cała akcja nastąpiła wówczas, kiedy zapowiedzieliśmy, że chcemy zbudować w Polsce największy na świecie dom aukcyjny, który będzie obracał milionami skór i kilkudziesięcioma miliardami euro każdego roku, inwestycję wartą 80 mln euro, przy pomocy której chcemy przejąć cały światowy rynek – od hodowli, poprzez produkcję, na sprzedaży kończąc. Nagle okazuje się, że dla nas nie ma miejsca. Gdzie służby były od kwietnia ubiegłego roku? Dlaczego nie było robionych badań?

Jak na wydarzenia reaguje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi?

M. Miśko: Tylko raz, w ubiegłym roku, mieliśmy okazję spotkać się z ministrem rolnictwa. Później wielokrotnie prosiliśmy o spotkanie, ponieważ mamy rozwiązania i fundusze, które chcemy przeznaczyć na Państwowy Instytut Weterynaryjny, który mógłby zająć się tworzeniem szczepionki na koronawirusa dla norek. Informowaliśmy, że Duńczycy, Amerykanie, Finowie oraz Rosjanie już produkują dla norek amerykańskich takie szczepionki na koronawirusa, które są w ostatniej fazie testowania. Wysłaliśmy kilka pism, które zostały bez odpowiedzi.

Państwa głos został zlekceważony?

Z ministrem rozmawialiśmy w grudniu 2020 roku. Teraz okazuje się, że ubój zwierząt bez odszkodowań jest wykonywany na podstawie rozporządzeń ministra z grudnia 2020 r., w nawiązaniu do Ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt. Jest jeden problem, tylko nie wiemy, czy ktoś to zrobił celowo, czy jest to zaniechanie. W ustawie wymienione są wszystkie gatunki zwierząt – od bażantów, perliczek, trzody chlewnej po bydło – ale nie ma norek amerykańskich. Rozporządzenie, które daje moc powiatowemu lekarzowi weterynarii na wybicie całego stada zwierząt, sprawia, że dla nas odszkodowań nie ma. Jeżeli ktoś to wymyślił po to, żeby upokorzyć hodowców, żeby jeszcze bardziej nas odczłowieczyć, to sam nie jest człowiekiem. Apelujemy do premiera Mateusza Morawieckiego, aby przeprowadził audyt w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi i sprawdził, kto jest odpowiedzialny za napisanie tego rozporządzenia, czy przypadkiem tam nie nastąpiło celowe działanie, które miało zlikwidować hodowlę zwierząt na futra w Polsce.

Co teraz stanie się z rolnikiem z Pomorza?

M. Miśko: Ten rolnik nie może liczyć na żadne pieniądze, mimo zapewnień o nagrodzie. Nagroda to nie są odszkodowania. To coś uznaniowego – to może być 100 albo 200 zł. Mówimy o odszkodowaniach za utracony majątek, o wywłaszczeniu. Ten mężczyzna nie dostanie pieniędzy. On pomaga Inspekcji Weterynaryjnej wybijać zwierzęta, dlatego że nagroda jest uzależniona od tego, czy on będzie wykazywał pomoc, czy nie. Jeżeli nie chciałby tego zrobić, to nie dostałby nawet nagrody. On straci cały swój majątek.

Jakie działania podejmie w tym kontekście Polski Związek Przemysłu Futrzarskiego?

M. Miśko: Nie pozostawimy żadnego polskiego hodowcy. Pójdziemy z tym do polskich sądów, aby odzyskać naszą własność i utracone pieniądze od Skarbu Państwa. Jako Polakom jest nam bardzo ciężko przyznać, bo uważamy, że nasze sprawy powinny być załatwiane w Polsce, ale jeżeli to nie pomoże, będziemy szukali sprawiedliwości w arbitrażach międzynarodowych. Bardzo z tego powodu boleję, ale jeśli państwo polskie wywłaszczając swoich obywateli i nie oddając im pieniędzy, zamierza tak nas traktować, to nie będziemy mieli innego wyjścia. Zastosujemy wszelkie możliwe środki prawne, aby wystąpić – łącznie z pozwami zbiorowymi – przeciwko Skarbowi Państwa, by odzyskać pieniądze i naszą własność. Własność jest jednym z przymiotów każdego obywatela. Nie wolno jej nikogo pozbawić, nie gwarantując mu odszkodowań. To jest tak, jakby przez jakiś teren miałaby przejść autostrada. Wszyscy jej potrzebują, ale na środku jej przyszłego biegu stoi dom. Państwo musi zapłacić całość rynkowej wartości właścicielowi, żeby poprowadzić trasę dalej. Nie można powiedzieć, że to bardzo ważna społecznie sprawa, dlatego wyrzucamy go z tego domu i nie dajemy mu odszkodowania. To dzisiaj dzieje się z polskimi hodowcami. To nie jest państwo prawa. To się w dawnych czasach nazywało bolszewizmem.

Czy wieś faktycznie zapamięta działania rządu i wpłynie na wynik przyszłych wyborów?

M. Miśko: Jestem przekonany, że tak będzie. Razem z największymi organizacjami rolnymi stworzyliśmy Pogotowie Strajkowe Polskich Rolników. Ono działa prężnie. Od momentu pojawienia się informacji o uboju zwierząt bez odszkodowań na podstawie wadliwych przesłanek, nieustannie dzwonią do nas przedstawiciele rolnictwa z całej Polski. Pytają: „Kiedy jedziemy znowu do Warszawy?”. W stolicy było nas już 70 tysięcy. Pytanie, czy to dla Polski jest dobre? Jesteśmy atakowani ze wszystkich stron z zagranicy, mamy problemy z tzw. strajkami kobiet, które są pełne wulgaryzmów i żądań zabijania nienarodzonych dzieci. Ulica wrze. Czy państwo polskie w czasie kryzysu stać na likwidację kolejnych miejsc pracy, zabieranie dorobku całego życia i wywoływanie publicznego niepokoju? To wygląda na inspirację z zagranicy, jakby komuś zależało na tym, żeby tak kontrolować politykę i społeczne działania w Polsce, aby budowało się niepokoje społeczne. Nam zależy tylko i wyłącznie na respektowaniu prawa i spokoju w tym trudnym czasie. Z powodu COVID-19 zwolniliśmy w ostatnim czasie ok. 400 osób. Nie mamy dla nich pracy. Będzie jeszcze gorzej. Zmuszani jesteśmy do tego, że nie tylko nie będziemy mogli utrzymać tych ludzi, którzy zostali, ale sami pójdziemy na bruk, z potężnymi długami i bez odszkodowań. Za kilka lat wygramy to przed międzynarodowymi trybunałami, ale nie będzie wtedy mowy o 10 mld zł – bo tyle jest warty polski przemysł futrzarski. Będziemy domagali się 20 mld, a może i więcej, za utracone korzyści i brak możliwości spłacenia naszych zobowiązań przeciwko Skarbowi Państwa, czyli otrzymamy to ze wspólnych pieniędzy. Działania, które podejmuje obecnie rząd, są niezgodne z Konstytucją RP.

Dziękuję za rozmowę.

M. Miśko: Dziękuję.

radiomaryja.pl

drukuj