[JESTEM W KOŚCIELE] Papież na cenzurowanym
Papież Franciszek wywołał skandal podczas swojej pielgrzymki do Belgii. Co takiego zrobił? Popełnił niewybaczalną zbrodnię – obraził „uczucia aborcyjne” tamtejszych polityków do tego stopnia, że premier tego kraju zapowiedział wezwanie nuncjusza apostolskiego w Belgii na dywanik. Żeby tego było mało, Ojciec Święty podpadł władzom „Katolickiego” Uniwersytetu w Lowanium za słowa o roli kobiet, które nie wpisują się w dominujący na tej uczelni feministyczny paradygmat. Krótko mówiąc Papież oberwał za to, że podczas wizyty w Belgii zaprezentował, o zgrozo, katolickie poglądy. Czyż nie oburzające?
Belgów rozwścieczyła przede wszystkim wizyta Papieża na grobie zmarłego w 1993 r. króla Baldwina, który zasłynął tym, iż nie chcąc podpisać ustawy legalizującej tzw. aborcję, abdykował na 36 godzin (mimo to zbrodnicze prawo i tak weszło w życie). Pomijając jednak rozważania o tym, czy należy gloryfikować tego rodzaju postawę i czy król nie mógł zrobić więcej aniżeli tylko „umyć ręce”, Franciszek docenił ten gest i zapowiedział otwarcie procesu beatyfikacyjnego Baldwina. W drodze powrotnej Papież określił też aborcję morderstwem, a lekarzy jej dokonujących – zabójcami. Tych słów prawdy nie była w stanie znieść belgijska „elita” polityczna, zwłaszcza że Papież popsuł im w ten sposób Światowy Dzień Bezpiecznej Aborcji. Belgowie uznali to też za ingerencję w toczące się obecnie prace nad ustawą wydłużającą możliwość nieograniczonego mordowania ludzi w prenatalnej fazie rozwoju do 18. tygodnia ciąży (obecnie do 12. tygodnia). To, że prawo do życia w tym kraju niemal nie istnieje (oprócz aborcji od 22 lat jest tam legalna eutanazja, której poddawane są także dzieci) to doskonale wiemy, ale jak widać liberalno-lewicowa rewolucja unicestwiła nawet prawo do wolności słowa i wyznania.
Przykład Belgii potwierdza tezę stawianą już w przestrzeni publicznej, że tzw. aborcja stała się dla liberalno-lewicowych środowisk swoistym sakramentem, świętością, której krytyka jest odbierana jako najgorsza możliwa zbrodnia. Kolejny raz dźwięczą mi w głowie prorocze słowa Benedykta XVI, który zwracał uwagę na społeczną ekskomunikę dla osób, które nie podzielają antychrześcijańskiego credo sformułowanego przez współczesny świat.
Przejdźmy jeszcze do drugiego skandalu. W wystąpieniu na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium Franciszek mówiąc o roli kobiet stwierdził, że „kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem”. Ojciec Święty zaznaczył też, że to, co jest kobiece, nie jest sankcjonowane przez konsensus czy ideologie. Władze uczelni niezwłocznie wydały komunikat, w którym odcinają się od „konserwatywnego” stanowiska Franciszka i zapewniają o swojej inkluzywności. Z kolei wcześniej społeczność akademicka domagała się od Ojca Świętego wprowadzenia święceń kapłańskich dla kobiet. No cóż, jak widać taki z niego uniwersytet katolicki, jak z „Tygodnika Powszechnego” katolickie pismo. Szkoda tylko, że nie zrobiono z tym porządku np. w 2007 r., kiedy Watykan zastanawiał się nad odebraniem uczelni tego miana z powodu prowadzenia przez nią zabiegów in vitro i badań na ludzkich embrionach.
W tym miejscu aż cisną się na usta słowa jednego z najwybitniejszych absolwentów tej najstarszej na świecie uczelni katolickiej, ks. abp. Fultona Sheena – „Jeśli głosisz Ewangelię i nikogo ona nie oburza, to znaczy, że robisz coś nie tak”. Można je oczywiście rozumieć opacznie, uznając oburzenie słuchaczy jako jedyne kryterium dobrej ewangelizacji, ale słowa te niezwykle trafnie wskazują na prymat prawdy, owszem, prawdy głoszonej z miłością, i radykalność Ewangelii, która zawsze rodzi u człowieka jakiś rodzaj oporu i buntu. Nie trzeba być prorokiem, aby zgadnąć, że gdyby Papież pominął milczeniem temat aborcji, uniknąłby ataków belgijskich władz. Podobnie byłoby z wystąpieniem na uczelni – gdyby Franciszek oznajmił np., że wprowadzi święcenia diakonatu dla kobiet, byłby wręcz ubóstwiany. Tyle tylko, że to byłaby kapitulacja przed duchem tego świata. Przecież w chrześcijaństwie nie chodzi o to, żeby było miło, a w pewnych sprawach po prostu nie ma miejsca na kompromisy i pseudodialog, w którym to Kościół miałby być traktowany jak partner drugiej kategorii.
Wojciech Grzywacz



