Obraz autorstwa Freepik

[Jestem w Kościele] Stop rozwadnianiu chrześcijaństwa: USA wskazują drogę Kościołowi

Amerykańskie seminaria duchowne przeżywają złoty wiek. Tak wynika z ostatnich doniesień zza oceanu. I nie tyle chodzi tu o liczby, co o jakość formacji kapłańskiej, z którą w ostatnich dekadach zwłaszcza na Zachodzie bywało różnie. Skąd taki sukces? Wśród powodów jest reforma seminariów oparta na wytycznych św. Jana Pawła II oraz odejście od antropocentrycznej teologii Karla Rahnera na rzecz chrystocentrycznej myśli m.in. Benedykta XVI. Czy inne kraje wezmą przykład ze Stanów Zjednoczonych?

Wybitny amerykański intelektualista i biograf św. Jana Pawła II, George Weigel, który często odwiedza tamtejsze seminaria, podkreśla, że zauważył tam „poziom dojrzałości seminarzystów i zaangażowania wykładowców w formację, który 40 lat temu, a może nawet 25 lat temu, byłby zdumiewający”. Ludzie, którzy znają amerykańskie realia i odpowiadają za kształcenie przyszłych kapłanów, zwracają uwagę, że tak pozytywne zmiany w seminariach nie byłyby możliwe bez jasnego fundamentu, którym stała się adhortacja Papieża Polaka „Pastores dabo vobis”, określająca ramy formacji kapłańskiej. Wzorując się na tym dokumencie, w większej mierze skupiono się na formacji ludzkiej, a także na wartości celibatu.

„Mężczyźni, którzy w naszych coraz bardziej zsekularyzowanych czasach podejmują się rozeznawania kapłaństwa, nie są zainteresowani rozwodnionym chrześcijaństwem” – tak sprawę widzi ks. Carter Griffin, rektor seminarium św. Jana Pawła II w Waszyngtonie. To zdanie stanowi zarazem sedno problemu, z którym boryka się dziś Kościół. Doskonale zdaje się to rozumieć bodaj najbardziej medialny biskup na świecie, nomen omen Amerykanin, ks. bp Robert Barron. Z jednej strony nie boi się on konfrontować z wyzwaniami, które świat rzuca Kościołowi, z drugiej zaś głosi Ewangelię taką, jaka jest, bez umizgów i zgniłych kompromisów. To jest dziś w cenie, bo jak powtarzał pionier medialnej ewangelizacji ks. abp Fulton Sheen – Kościół rozkwita nie wtedy, kiedy obniża standardy i próbuje się dostosować do świata, ale gdy je podnosi. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej.

Złoty wiek seminariów to jednak tylko jeden z wielu pozytywnych sygnałów na temat kondycji amerykańskiego katolicyzmu. To właśnie w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia choćby z dynamicznym rozwojem tomizmu, który ostatnimi czasy jest tak łatwo odrzucany jako relikt średniowiecza. Tzw. kościelni reformatorzy świetnie zdają sobie sprawę, że myśl św. Tomasza z Akwinu stanowi zaporę dla ich radykalnych pomysłów. Z tego samego powodu w zamian forsują wspomnianą „nową teologię” w wydaniu np. Karla Rahnera.

Nie chodzi o to, by idealizować Kościół w USA, który przecież podobnie jak inne Kościoły lokalne zmaga się także z rozmaitymi problemami. Amerykański katolicyzm jest jednak na tyle ciekawy, że stanowi swego rodzaju laboratorium dla Kościoła powszechnego. Nam pozostaje wyciągać wnioski, to znaczy unikać nieudanych eksperymentów, a brać przykład z tego, co się sprawdza. Zza oceanu widać natomiast, że najlepiej działa to, co przez wieki składało się na żywotność Kościoła: prymat Boga, ewangeliczny radykalizm, ortodoksyjne nauczanie, wysokie standardy moralne, ścisła dyscyplina i szacunek do Tradycji.

Wojciech Grzywacz

drukuj