fot. M. Pabis

J. Wardak: Rodzice mają bardzo duży potencjał wychowawczy i trzeba tylko im pomóc, aby sami dochodzili do najlepszych rozwiązań dla własnej rodziny

Przed rodziną stoją dziś dwa zadania. Pierwsze to walka o szczęśliwe, trwałe i dobre małżeństwa. Drugie to odpowiedź na pytanie: „Co to znaczy być dobrym ojcem dzisiaj?” oraz jego realizacja. Jeśli odpowiemy na to, zmienią się rodzina, Polska i Kościół. Rodzice mają bardzo duży potencjał wychowawczy i trzeba tylko im pomóc, aby sami dochodzili do najlepszych rozwiązań dla własnej rodziny. Poza tym muszą oni być ludźmi spełnionymi. Mając poczucie straty (porzucając pasje ze względu na rodzinę) nie da się być dobrym rodzicem – powiedział Janusz Wardak, laureat Nagrody Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego, w wywiadzie z Marią Kowal.

Janusz Wardak został tegorocznym laureatem Nagrody im. Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego, która jest przyznawana corocznie (od 1997 roku) przez Kapitułę ustanowioną przez Fundację „Źródło”. W 2021 roku inicjatywę przekazano Polskiemu Stowarzyszeniu Obrońców Życia Człowieka, w imieniu którego obecnie działa Kapituła Nagrody. Rozmówca Marii Kowal to absolwentem lingwistyki stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego oraz jeden z założycieli i prezes Stowarzyszenia Akademia Familijna, autor wykładów, warsztatów i artykułów poświęconych wychowaniu dzieci i miłości małżeńskiej.

***

M. Kowal: Skąd pomysł sprowadzenia Akademii Familijnej na grunt Polski? Co Pana zafascynowało w tym sposobie pomagania rodzinom?

J. Wardak: Sam pomysł, aby Akademia Familijna była w Polsce, nie był nasz – Anny i Janusza Wardaków. Zaproponowano nam wyjazd na spotkanie rodzin i tam poznaliśmy, czym jest Akademia. Zafascynowało mnie przede wszystkim ogromne zaangażowanie w  projekt mężczyzn. Szczególnie, że nie byli to „działacze”, tylko mężczyźni pracujący zawodowo w innych dziedzinach oraz zwykle ojcowie dużych rodzin – Raphael Pich, założyciel Akademii Familijnej, miał 16 dzieci. Poza tym była bardzo miła atmosfera i zostaliśmy serdecznie przyjęci. Po powrocie do Polski dowiedzieliśmy się, że jesteśmy najlepszymi ekspertami od Akademii Familijnej w naszym kraju. Najlepszymi, bo jedynymi. I w związku z tym będziemy ją zakładali. To był rok 2003.

Na stronie Akademii Familijnej wita nas zdanie: „Misją Akademii Familijnej jest rozwijanie rodziny poprzez dostarczenie rodzicom narzędzi, których potrzebują, aby w pełni wykorzystać potencjał wychowawców swoich dzieci”. Jakie to narzędzia?

W Akademii wierzmy, że rodzice mają bardzo duży potencjał wychowawczy i trzeba tylko im pomóc, aby sami dochodzili do najlepszych rozwiązań dla własnej rodziny. Głównym narzędziem, którym się posługujemy na naszych kursach, jest refleksja i dialog małżeński, czyli rozmowa mamy i taty. Rodzice, najpierw każde z osobna, czytają kazus – historię z życia rodziny – i zastanawiają się, jakie postawy i problemy są tam przedstawione. Następnie rozmawiają o tym we dwoje, a później – w grupie kilku małżeństw, które dyskutują nad tą właśnie historią. To jest dobre, bo na kursach rodzice rozmawiają o sytuacji, która jest im obca, tzn. dotyczy innej rodziny. Ma się wtedy większy dystans, o który trudno, gdy rozmawiamy o własnym małżeństwie, dzieciach czy relacjach z teściami. Dzięki tej metodzie uczymy się też proaktywnego działania. Możemy zastanowić się, w jaką stronę zmierzają nasze decyzje i wysnuć konkretne wnioski dla naszej rodziny. Nie działamy tylko wtedy, gdy już jest problem, ale planujemy kroki mogące pomóc nam w niegenerowaniu problemów. Jeśli małżeństwa na kursie w czymś się nie zgadzają, to możemy się odwołać do doświadczeń grupy – rodzice, którzy np. mają już nieco starsze dzieci wiedzą, że pewne rozwiązania nie działają, nie dają dobrych rezultatów, tym doświadczeniem się dzielą. Nie ma zatem czegoś takiego, jak „stanowisko AF w sprawie”. Proaktywna postawa przejawia się także w tym, że Akademia zachęca do planowania działań wychowawczych (i innych) rodziny oraz do planowania własnego rozwoju.

Był Pan wicedyrektorem ds. wychowawczych szkoły dla chłopców „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik” w Warszawie. To szkoła, która powstała oddolnie – dzięki rodzinom, które chciały innej edukacji dla dzieci. Czy ten duch „rodziny dla rodzin” jest odczuwalny w szkole?

Tak, jest odczuwalny. Można dodatkowo powiedzieć, że inicjatywy są powiązane i współpracujące ze sobą. Wiele szkół „Sternika” powstało jako efekt spotkania na Akademii Familijnej rodzin, które myślały podobnie o rodzinie oraz wychowaniu, i które pragnęły innego rodzaju edukacji dla swoich dzieci. Z tych więzów przyjaźni tworzyły się grupy inicjatywne wielu działających obecnie placówek.

Szkoły osobne dla dziewcząt i dla chłopców wydają się pierwszym wyróżnikiem placówek „Sternika”. Mało kto wie, że edukacja zróżnicowana ze względu na płeć nie jest celem, a środkiem do edukacji spersonalizowanej. Czym zatem jest edukacja spersonalizowana i co ona daje uczniom i ich rodzinom?

Edukacja spersonalizowana to edukacja skupiona na rozwoju całej osoby, a nie np. tylko intelektu. Edukacja zróżnicowana jest narzędziem, ale nie wszystkie szkoły ją stosują – w niektórych są klasy koedukacyjne. Ambicją tych szkół jest dobry wpływ na wszystkie sfery człowieka – w tym także wolę, ducha, na formowanie charakteru. Zwykle tymi obszarami szkoła się nie zajmuje, bo nie starcza jej na to czasu lub nie ma przekonania, że można wychowywać także w szkole. My wierzymy, że szkoła może mieć dobry wpływ na rozwój dzieci. Jednym z narzędzi edukacji spersonalizowanej jest tutoring. Tutor – nauczyciel, który bardzo dobrze zna ucznia – jest łącznikiem między szkołą a domem, pomaga wychowankowi w nakreśleniu planu rozwoju i wspiera go w realizowaniu postawionych celów. Taki model może działać wówczas, gdy szkoła i dom współpracują. Cieszymy się, bo widzimy, że nasi absolwenci są ludźmi odpowiedzialnymi i świadomymi. Wiadomo, że nie są idealni, ale potrafią określać dobre cele i drogi do nich.

Prowadzą Państwo szeroko zakrojoną działalność edukacyjną. Można się zastanawiać, czy nie cierpi na tym Pańska rodzina. Jak zachowuje Pan równowagę między życiem rodzinnym a zawodowym?

Na pewno nie działa to idealnie. To jest obszar do stałej pracy. Natomiast nie postrzegamy z żoną obszarów pracy i życia domowego jako konkurencyjnych sfer, raczej jako synergię. Cały czas sprawdzamy, czy nasze zaangażowanie (np. w Akademię Familijną) służy naszej rodzinie i czy rodzina korzysta na naszym zaangażowaniu. Mamy głębokie poczucie, że tak i że dzięki Akademii jesteśmy lepszymi rodzicami. Nie mam sygnałów od dzieci, że czują się zaniedbane, pominięte. Dzieci mają swoje pasje, dajemy też im dużo wolności, a kiedy potrzebują – zawsze dostaną nasze wsparcie.

Kiedy znajdują Państwo czas także na swoje pasje – muzykę, turystykę i genealogię?

Rodzice muszą być ludźmi spełnionymi. Mając poczucie straty (porzucając pasje ze względu na rodzinę) nie da się być dobrym rodzicem. Wiele naszych pasji realizujemy razem z dziećmi, np. wycieczki. Zwykle wyjeżdżamy całą rodziną raz w roku, a następne wyjazdy są w podgrupach – młodsze dzieci, starsze, studenci. Muzyka to domena młodszego pokolenia, a genealogią zarażam ja. Szukanie korzeni własnej rodziny daje nam nie tylko wiedzę, skąd się wywodzimy, ale jest też okazją do poznania i spotkania kuzynów bliższych i dalszych. Mawia się, że dzieci powinny dostać z domu korzenie i skrzydła. Genealogia te korzenie odkrywa.

Jest Pan inicjatorem akcji „Mniej ekranu, więcej rodziny”, która obecnie skupia na Facebooku prawie 70 tys. obserwujących. Co było inspiracją i na co obecnie jest ona skierowana?

Na początku kampania skierowana była na „oderwanie się” od ekranu w czasie Świąt Bożego Narodzenia na rzecz budowania relacji w rodzinie, a obecnie skupiona jest na bezpieczeństwie w sieci. Narzędzia, które udostępnia projekt „Rodzina bezpieczna w sieci”, mają pomóc rodzicom w budowaniu świadomości, że należy mieć kontrolę nad mediami w domu oraz w jaki sposób można tę kontrolę sprawować.

Kolejnym państwa „dzieckiem” jest wydawnictwo. Dlaczego zdecydowali się Państwo na jeszcze jedną poważną aktywność?

Tu zaowocowało moje doświadczenie z branży wydawniczej (inicjowanie wydawania książek z dziedziny życia duchowego) oraz przekonanie, że jest bardzo wiele dobrych książek, które jeszcze nie zostały przetłumaczone na język polski lub bardzo dawno nie miały wznowienia. To zwykle pozycje o niemasowym charakterze, więc duże wydawnictwa, nastawione na zysk, nie muszą być zainteresowane ich wydaniem. I w końcu przekonała nas konkretna książka: „Ojciec, strażnik rodziny”, napisana przez Jamesa B. Stensona, którą przetłumaczyliśmy i sprzedaliśmy już w prawie 2 tys. egzemplarzy. Ta książka zmienia pojmowanie ojcostwa, ma bardzo pozytywny odbiór i jest nadal chętnie kupowana.

Jest Pan członkiem Rady Rodziny (powołanej w grudniu 2019 r.), która jest organem opiniodawczo-doradczym ministra rodziny. Jakie dobre rozwiązania udało się przez ten czas zaproponować i czy zostały one wprowadzone w życie?

Rada pełniła ważną rolę doradczą przy projekcie Strategia Demograficzna 2040. Pracowała także nad rozwiązaniami mieszkaniowymi, które weszły do programu Polski Ład. Niestety, pandemia bardzo utrudniła nam pracę – przede wszystkim z uwagi na to, że zmieniły się priorytety w państwie. Mamy nadzieję, że bardzo ważny projekt (ograniczenie dostępu dzieci do pornografii w internecie) uda się dokończyć i wdrożyć.

Skąd biorą Państwo siły na bycie rodzicami 10 dzieci i na wszystkie zawodowe aktywności?

Mamy dwa „tajne środki”. Pierwszym jest dbałość o nasze życie wewnętrzne, szukanie każdego dnia motywacji nadprzyrodzonej do tego, co robimy. Mamy świadomość, że dużo otrzymaliśmy od Pana Boga, ale też, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. To ciekawe – my nie wymyśliliśmy tych wszystkich rzeczy, którymi się zajmujemy – a zostaliśmy w nie włączeni, czujemy się narzędziami. Skoro mamy dać radę, dostaniemy potrzebne na to siły. Drugim środkiem jest dbanie o naszą relację małżeńską. Może jest nam o tyle łatwiej, że nasza praca zawodowa jest w dużej mierze wspólną. Mamy wiele tematów do rozmów, dużo podróżujemy razem. A jeśli nie ma „zawodowych” wyjazdów, to wyjeżdżamy „prywatnie”.

Czy postać sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego jest bliska Panu?

Czytając biografię Jerzego Ciesielskiego dostrzegam wiele rzeczy wspólnych – przede wszystkim pragnienie dążenia do świętości jako osoby świeckiej tam, gdzie mnie postawił Pan Bóg – w służbie swojej rodziny i innych rodzin. Jerzy Ciesielski znalazł swoją drogę w Kościele w ruchu Focolari, a ja i moja żona w Opus Dei. Znałem też sługę Bożego jako osobę, która była blisko Karola Wojtyły i który mówiąc o rodzinie na pewno opierał się na rodzinach będących blisko niego. „Wspólne rzeczy” ze sługą Bożym Jerzym to także historia poznania – pp. Ciesielscy i my poznaliśmy się w duszpasterstwie u św. Anny i tam też braliśmy ślub. Co prawda, oni w Krakowie, a my w Warszawie, ale u tej samej Patronki.

Jakie najważniejsze zadania stoją dziś przed rodziną?

Jestem przekonany, że są dwa takie obszary. Pierwszy to walka o szczęśliwe, trwałe i dobre małżeństwa. Drugi, odpowiedź na pytanie: „Co to znaczy być dobrym ojcem dzisiaj?” oraz jego realizacja. Jak pisze Stenson, „odnaleźć misję, zachwycić się i za nią pójść”. Jeśli odpowiemy na to, zmienią się rodzina, Polska i Kościół.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Maria Kowal/Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka

 

drukuj