[Jestem w Kościele] Granice katolickiej biblistyki
Prof. Marcin Majewski jest przez pewne środowiska uznawany jako guru polskiej biblistyki. Szczyci się tym, że jego podejście jest naukowe, w przeciwieństwie do większości konserwatywnych biblistów. Ostatnio duże poruszenie wywołała jego rozmowa z historykiem prof. Łukaszem Niesiołowskim- Spano. Na przedstawiane tam rewelacje (głównie przez tego drugiego naukowca) postanowił odpowiedzieć ks. prof. Dariusz Iwański, również biblista, który celnie wypunktował luki w narracji przedstawionej w debacie.
Weźmy tylko jeden przykład (choć oczywiście zachęcam do obejrzenia całej rozmowy Majewskiego z Niesiołowskim-Spano i skonfrontowania jej z filmem ks. Iwańskiego) – wyjście Izraelitów z Egiptu zostało przedstawione jako czysto mityczne wydarzenie, pozbawione historycznego rdzenia. Toruński biblista zauważył natomiast, że widzom ukazano wyłącznie jedną, skrajną perspektywę, z pominięciem całego spektrum innych stanowisk biblijnych i archeologicznych – w tym wielu, które lepiej przystają zarówno do aktualnego stanu badań, jak i do wiary Kościoła. Prof. Majewski niestety nie podjął się ukazania tej różnorodności, ani nie zaznaczył wyraźnie, gdzie kończą się hipotezy naukowe, a zaczyna depozyt wiary, tylko – jak to ujął ks. prof. Iwański – spijał słowa z ust swojego rozmówcy. W efekcie tysiące słuchaczy mogło odnieść wrażenie, że biblijny Exodus to jedynie piękna legenda, a nie wydarzenie zbawcze, które leży u fundamentów objawienia.
Nietrudno się domyślić, do czego może prowadzić biblistyka w takim wydaniu. Owszem, naukowcy prezentujący tego rodzaju kontrowersyjne czy szokujące twierdzenia łatwo trafiają na przysłowiowe pierwsze strony gazet, są chętnie zapraszani do różnego rodzaju podcastów i postrzegani jako prawdziwie światli ludzie Kościoła. Bardzo często największą popularnością cieszą się wśród osób sceptycznie nastawionych do chrześcijaństwa. Nie byłoby w tym nic złego (wręcz przeciwnie!), gdyby prezentowana wiedza przybliżała ich do wiary. Każdy ochrzczony jest ambasadorem Chrystusa, jednak odpowiedzialność ciążąca na teologach jest szczególna. Św. Edyta Stein powiedziała, że kto szuka prawdy, ten szuka Boga, tak, tylko czy w aktywności prof. Majewskiego ta prawda nie bywa zaciemniana w ten czy inny sposób? Czy nie gubi się w gąszczu różnych mniej lub bardziej uprawnionych interpretacji?
Nie neguję, że prof. Majewski jest wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie i ma wiele zasług w popularyzacji Biblii. Jednocześnie przede wszystkim jest (a przynajmniej tak to powinien postrzegać) teologiem katolickim. Pytanie, czy wystarczająco rozróżnia swoje interpretacje od faktów i czy każde forum jest właściwe, aby przedstawiać tak delikatne i złożone problemy. Zwłaszcza w dobie współczesnej kultury „natychmiastowości”, gdzie wszystko jest sprowadzane do kilkunasto lub kilkudziesięciosekundowych rolek. Nie chodzi tu o to, aby przemilczać trudne czy niejasne z punktu widzenia teorii naukowych kwestie, lecz o roztropność co do formy i miejsca ich poruszania. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że coś, co dziś się może wydawać w nauce pewnikiem, jutro za sprawą jednego odkrycia archeologicznego może się całkowicie zdezaktualizować. Ks. prof. Iwański wskazał tu na przykład historyczności Piłata. Przez lata wielu „światłych” naukowców uważało, że to fikcyjna postać, aż w latach 60. w Cezarei Nadmorskiej odkryto kamienną inskrypcję z jego imieniem, co zamknęło dyskusję.
Ktoś powie, że to cenzura i po części będzie miał rację. Kościół ma jednak pełne prawo, a wręcz obowiązek (choć niestety coraz rzadziej traktuje go na poważnie), aby chronić nienaruszalność skarbu wiary. Nie ma w tym nic zdrożnego. Mówi się, że młyny Kościoła mielą powoli i właśnie tego rodzaju dystans do twierdzeń, które czasami wydają się uzasadnione, jest siłą Kościoła. Pobrzmiewa mi tu w głowie testament duchowy Benedykta XVI (jednego z najwybitniejszych intelektualistów naszych czasów), który dotknął dokładnie tego, o czym tu piszę:
„Jak często wydaje się, że nauka — z jednej strony nauki przyrodnicze, a z drugiej badania historyczne (zwłaszcza egzegeza Pisma Świętego) — są w stanie zaoferować niepodważalne wyniki, sprzeczne z wiarą katolicką. Od dawna byłem świadkiem przemiany nauk przyrodniczych i mogłem stwierdzić, że znikały pozorne pewniki przeciwne wierze, okazując się nie nauką, lecz interpretacjami filozoficznymi, tylko pozornie należącymi do nauki; podobnie zresztą właśnie w dialogu z naukami przyrodniczymi wiara nauczyła się lepiej rozumieć granicę zakresu swoich twierdzeń, a więc swoją specyfikę. Już od sześćdziesięciu lat towarzyszę drodze teologii, w szczególności nauk biblijnych, i widziałem, jak wraz z następowaniem po sobie różnych pokoleń upadają tezy, które wydawały się niewzruszone, okazując się jedynie hipotezami — pokolenie liberałów (Harnack, Jülicher itd.), pokolenie egzystencjalistów (Bultmann itd.), pokolenie marksistów. Widziałem i widzę, jak z plątaniny hipotez wyłaniała się i znów się wyłania racjonalność wiary. Jezus Chrystus jest naprawdę drogą, prawdą i życiem — a Kościół, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, jest naprawdę Jego ciałem”. Cóż więcej dodać.
Wojciech Grzywacz




