fot. PAP

Ekstraklasa. Prawie jak na (dzikim) zachodzie

Rekordowe 30. kolejek rozegrali nasi ligowcy w sezonie, którego rozgrywki w miniony weekend dobiegły końca. Dzięki reformie było troszkę inaczej niż zazwyczaj, ale raczej w kwestii organizacji. Niewiele zmieniło się w poziomie sportowym jakim raczyli nas piłkarze na ligowych boiskach.

Poziom Ekstraklasy nie podniósł się dostrzegalnie, ale może na to jeszcze za wcześniej i z taką oceną należałoby poczekać do końca, wakacyjnych kwalifikacji do europejskich pucharów. W pierwszym sezonie po reformie Ekstraklasy wiele się nie zmieniło. Liga była tak samo „dziwna” jak wcześniej. Wciąż potrafiła zaskakiwać akurat w najmniej spodziewanych momentach. Wprawdzie całość rywalizacji wygrali najbogatsi faworyci, chociaż między pierwszym, a drugim miejsce mieliśmy przepaść 10pkt. (a powinno być więcej). Z rozgrywkami pożegnali się ci którzy przez cały okres ich trwania się do tego szykowali i ci którzy mieli jak co roku walczyć o puchary. Zaś na trzecim miejscu znalazł się zespół, który pół rundy jesiennej spędził na samym dole tabeli. Takich absurdów w najwyższej klasie rozgrywkowej mieliśmy więcej ale od paru dobrych lat mogliśmy się do nich przyzwyczaić.

Zacznijmy jednak od początku czyli od wspomnianej reformy. Po rozegraniu regulaminowej liczby kolejek (30 spotkań) ligę podzielono na dwie części po osiem zespołów. Grupa mistrzowska w planie miała zażarcie walczyć o maistra, a ta spadkowa drżeć o utrzymanie. Wyszło trochę inaczej. Praktycznie przed podziałem było wiadomo, że mistrzostwo obroni Legia, a drugie miejsce zajmie Lech Poznań. Trochę więcej emocji mieliśmy w związku z walka o miejsce trzecie premiowane kwalifikacjami do Ligi Europejskiej. Ale i tutaj wszystko wyjaśniło się z szybkością traconych w drugiej części sezonu bramek przez dziurawą obronę Wisły Kraków.

W grupie słabszej połowę zespołów już na początku tak wystraszyło widmo spadku, że postanowili … powyrzucać dotychczasowych szkoleniowców. Takiego losu uniknął Artur Skowronek z Widzewa bo i tak wiadomo było że jego zespół poleci do I ligi. Szybko do grona spadkowiczów zakwalifikowała się przepłacana ekipa z Lubina. Reszta zespołów po trzecim spotkaniu grając całkowicie na luzie raz za razem stwarzała dobre widowiska ale częściej piłkarze odpuszczali bo po co wysilać się grając o pietruszkę.

Krytycy reformy obawiali się że siedem dodatkowych spotkań może radykalnie i niesprawiedliwie wpłynąć na końcowe rozstrzygnięcia. Jej zwolennicy spodziewali się że dzięki niej do końca będziemy fascynować się walką o czołowe lokaty i o utrzymanie. Jak wiemy nie sprawdziły się przewidywania żadnej ze stron. Dwa najwyższe i najniższe miejsca zarówno przed i po podziale na grupy zajęły te same ekipy.

Reforma Ekstraklasy miała podnieść poziom naszej rodzimej ligi. Na razie wiadomo tylko, że w porównaniu do tych najlepszych europejskich rozgrywek zbliżyliśmy się tylko do liczby rozgrywanych tam spotkań. Ale dobre i to od czegoś trzeba przecież zacząć.

O mistrzowskiej Legi bardzo dużo  zostało już powiedziane w artykule poniżej. Wprawdzie drużyna ze stolicy została niekwestionowanym mistrzem Polski ale w naszej pamięci nie zapisała się niczym specjalnym, żadnym znaczącym pogromem, czy meczem wygranym w dramatycznych okolicznościach. Mało tego mistrzem została ekipa która w przeciągu całego sezonu odniosła, aż osiem porażek, większość jej zwycięstw była wymęczona. Mimo tego udało jej się drugiego Kolejorza wyprzedzić albo nawet zdeklasować. Taki mamy … poziom. Legi bezsprzecznie należą się gratulacje, ich styl martwi jednak w obliczu zbliżających się kwalifikacji do Ligi Mistrzów ale jest jeszcze czas, oby było lepiej niż przed rokiem.

Drugi Lech Poznań ani przez moment nie zagroził mistrzowskim aspiracją swoich największych rywali, a w sam sezon wszedł z dużymi problemami. Miejmy nadzieje, że od lipca podopieczni Rumaka będą w kwalifikacjach Ligi Europejskiej rozgrzani od pierwszego spotkania. Trener już na pewno nie wytłumaczy się swoim brakiem doświadczenia. W tym sezonie zebrał go co nie miara. Teraz pora spłacić dług wdzięczności wobec cierpliwego zarządu nie wspominając o kibicach. Lech w drugiej połowie minionego sezonu potrafił grać naprawdę ofensywnie, wydaje się że ich siła z przodu ciągle nie jest wykorzystywana nawet w 75%. Duży plus dla Kolejorza za wprowadzanie do seniorskiej piłki coraz to nowe młode perełki, oby Kownacki i reszta wykorzystali swoje szansę i poszli kiedyś drogą zbliżona do Roberta Lewandowskiego.

Największym cudotwórca sezonu 2013/14 jednogłośnie wybrano by opiekuna Niebieskich – Jana Kociana. Słowak we wrześniu przejął drużynę doszczętnie rozbitą, wówczas najgorszą w całej lidze. Skończył finiszem na trzecim miejscem, mimo, że jego ekipy nie opuszczały problemy zdrowotne podstawowych graczy.

Świetnie awans do grupy mistrzowskiej wykorzystała gdańska Lechia, która finiszowała dzięki swojemu nowemu holenderskiemu opiekunowi – Ricardo Moniz’owi – na czwartej pozycji.

Z dobrej ligowej formy nie wypadł Franciszek Smuda. Franz potrafił ze zlepku kopaczy, wypalonych gwiazd i gwiazdeczek stworzyć zespół który stać było na wszystko. Kibice Białej Gwiazdy po piątym miejscu obeszli się smakiem ale patrząc realnie trzeba tą lokatę uznać za duży sukces. Pewnie jakby nie dziurawa jak dobry szwajcarski ser obrona  z drugiej części sezonu i wiosenny kryzys strzelecki Brożka, Wisła skutecznie rywalizowała by z Lechem o drugą lokatę. Co się odwlecze …

Górnik, Pogoń i Zawisza z tego sezonu mają dwie wspólne rzeczy. Wszystkie te ekipy awansowały do grupy mistrzowskiej i to dzięki temu, że przez chwilę miały w Ekstraklasie swoje pięć minut. Silniejsza grupa ukazał ich prawdziwe możliwości, a może po prostu zespoły te miały pecha że w kwietniu swoje pięć minut miała Lechia Gdańsk?

Grupę spadkową wygrał drugi największy przegrany sezonu czyli Śląsk Wrocław. Świetne dziesiąte miejsce dla walecznych Górali z Podbeskidzia na czele z Leszkiem Ojrzyńskim w roli trenera. Były szkoleniowiec Korony wyprzedził w tabeli swój dawny zespół. Ekipy z Kielc razem z Cracovią prawie do końca drżały o utrzymanie w lidze. Ostatecznie się udało co nie znaczy, że w obu miastach nie czuć rozczarowania 13. i 14. miejsca to nie był szczyt marzeń. Jagiellonia i Piast przez cały sezon grały tak jak na to wskazuje tabela.

Na koniec pozytywnie zaskoczył Widzew Łódź mimo, że był pewny spadku prawie przez cały sezon potrafił ma miarę możliwości grać do końca. Piłkarze z Łodzi zasługują na trochę satysfakcji za to, że potrafili wyprzedzić w tabeli Zagłębie Lubin. Zarządzający Miedziowymi po sezonie powinni wydać pozycję „Jak katastrofalnie prowadzić klub piłkarski”. W przeciągu sezonu w ich drużynie pracowało czterech trenerów. Nic nie poradził nawet Orest Lenczyk. Klub który nie narzeka na problemy finansowe, ma zdolną młodzież powinien spokojnie znaleźć się w środku tabeli jak nie wyżej, tymczasem  spada do I ligi.

Dzięki większej ilości spotkań po raz pierwszy od dziewięciu lat dwóch piłkarzy przeskoczyło barierę dwudziestu goli w sezonie. Walka o koronę króla strzelców była bardzo zacięta i ciekawa. Ostatecznie wygrał ja z 22 bramkami na końce Marcin Robak z Pogoni Szczecin (sezon zaczynał w Piaście Gliwice). Drugi był Marco Paixao ze Śląska z 21 golami. Ostatnie miejsce na podium zajął z 20 bramkami Łukasz Teodorczyk z Lecha Poznań. Warty uwagi jest wyczyn czwartego na liście Pawła Brożka, którego 17 zdobytych bramek pozwoliło mu zameldować się w Klubie 100. Wśród najlepszych strzelców nie ma żadnego napastnika mistrzów Polski ich najbardziej bramkostrzelnym piłkarzem był pomocnik – Miroslaw Radovic zdobywca 14 bramek. W tym momencie wypadało by dodać odnośnik do zdobyczy bramkowej Legi w Europejskich Pucharach i wiele było by jasne.

Na koniec bardzo dobra informacja dla fanów piłkarskich nawet tych fascynujących się nią w naszym podwórkowym wydaniu. W tym roku od piłki nożnej praktycznie nie ma wakacji Mundial startuje już 12 czerwca, potem w lipcu króciutka przerwa i na koniec tego miesiąca rozgrywki wznawia zreformowana Ekstraklasa vol.2

Sport/RIRM

drukuj