fot. PAP/EPA

[TYLKO U NAS] W. Repetowicz o wojnie armeńsko-azerbejdżańskiej: Mamy do czynienia z kolejną eskalacją, która wynika z faktu, że Azerbejdżan w ostatnich latach zwiększył swój potencjał militarny

Mamy do czynienia z kolejną eskalacją, która wynika z faktu, że Azerbejdżan w ostatnich latach zwiększył swój potencjał militarny w związku z tym, iż jest krajem zarabiającym na ropie i gazie, więc dysponuje środkami finansowymi na zakup nowoczesnej broni. Azerbejdżan ma mocne wsparcie ze strony Turcji, dlatego uznał, że jest w stanie rozstrzygnąć ten konflikt militarnie i od wczoraj podjął taką próbę – powiedział Witold Repetowicz, ekspert do spraw międzynarodowych, w rozmowie z portalem Radia Maryja.

Konflikt na linii Armenia-Azerbejdżan swój początek miał kilkadziesiąt lat temu. Pomimo względnego spokoju spór nie wygasł, a nawet zaczął się zaogniać.

– To jest bardzo głęboki konflikt niezakończony w zasadzie od końca lat 80. W tych latach mieszkańcy Górskiego Karabachu zaczęli organizować protesty, żądając odłączenia Autonomicznego Obwodu Górskiego Karabachu od Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i przyłączenia do Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, co było jeszcze w ramach tego samego państwa, czyli ZSRR. Gdy zaczęły się te protesty, to chodziło nie tyle o separatyzm, co o zmianę geografii administracyjnej, która odnosiłaby się do realiów – wskazał Witold Repetowicz.

Górski Karabach to jest region w zasadzie od zawsze ormiański – kontynuował.

– Jeszcze na początku XIX wieku spisy ludności wskazywały na zdecydowaną większość ormiańską, jeżeli chodzi o mieszkańców. Po I wojnie światowej było to 80 procent mieszkańców. Niestety po jej zakończeniu w wynik układów bolszewicko-tureckich rejon ten został arbitralną decyzją Stalina i Lenina przyłączony do Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Kwestią naturalną było to, że mieszkańcy żądali powrotu do Armenii. W 1991 roku, gdy ZSRR rozpadł się, Azerbejdżan i Karabach ogłosiły niepodległość, i zaczęła się wojna, którą Ormianie wówczas wygrali, a w 1994 roku byli bliscy zdobycia Baku – stolicy Azerbejdżanu. Po rozmowach negocjacyjnych zawarto wówczas porozumienie o zawieszeniu broni, więc od tamtego momentu konflikt nie był nawet zamrożony, tylko był o zmniejszonej intensywności – mówił ekspert do spraw międzynarodowych.

Negocjacje od 1994 roku spełzły na niczym. Azerbejdżan nie chce słyszeć o tym, aby Karabach wrócił do Armenii, był niepodległy – akcentował.

– Mamy do czynienia z kolejną eskalacją, która wynika z faktu, że Azerbejdżan w ostatnich latach zwiększył swój potencjał militarny w związku z tym, iż jest krajem zarabiającym na ropie i gazie, więc dysponuje środkami finansowymi na zakup nowoczesnej broni. Azerbejdżan ma mocne wsparcie ze strony Turcji, dlatego uznał, że jest w stanie rozstrzygnąć ten konflikt militarnie i od wczoraj podjął taką próbę – powiedział ekspert z Fundacji Kazimierza Pułaskiego.

Witold Repetowicz zwrócił uwagę na pokrewieństwo pomiędzy Turcją a Azerbejdżanem.

– Jeszcze w XIX wieku nie byli oni nazywani Azerami lecz Tatarami kaukaskimi. Jest tutaj wyraźne pokrewieństwo choćby językowe z Turcją, która już wtedy dążyła do tego, żeby przyłączyć do siebie te tereny. Warto zwrócić uwagę, że tereny Azerbejdżanu, a także Górskiego Karabachu nie należały nigdy do Imperium Osmańskiego, tak że to nie jest tak, że Imperium Osmańskie utraciło te tereny po I wojnie światowej, tak jak niektóre inne. Tereny Azerbejdżanu czy Górskiego Karabachu należały do początku XIX wieku do Persji, zostały zdobyte przez Rosję w wyniku wojen z Persją. Niemniej pokrewieństwo językowe powodowało, że w projekcie nowej Turcji po I wojnie światowej była naturalna próba uzyskania kontaktu, czyli wspólnej granicy bądź przyłączenia Azerbejdżanu do Turcji – stwierdził rozmówca portalu Radia Maryja.

Bliskość językowo-etniczna między Turcją a Azerbejdżanem determinuje ścisłą współpracę między tymi państwami – powiedział reporter wojenny.

– To się jeszcze bardziej nasiliło w okresie rządów Recepa Tayyipa Erdogana, zwłaszcza w ostatnich latach, miesiącach czy tygodniach, kiedy to Turcja po wcześniejszej lipcowej eskalacji przeprowadziła wspólne manewry wojskowe z Azerbejdżanem. Zaangażowanie Turcji nie jest ani nagłe, ani zaskakujące. Można je wiązać z niepowodzeniami Turcji na innych odcinkach jej agresywnej polityki zagranicznej. Można to także powiązać ze skomplikowaną sytuacją wewnętrzną, bo Turcja jest w fatalnej sytuacji gospodarczej, natomiast jeżeli chodzi o jej ekspansywną politykę zagraniczną, to zderzyła się ona z twardą odpowiedzią ze strony państw arabskich czy europejskich, mając na myśli sytuację na wschodnim basenie Morza Śródziemnego, gdzie Turcja deklarowała w ostatnim okresie swoje plany ekspansji – mówił ekspert.

Armenia jest członkiem Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, którego członkiem jest także Rosja. Pytanie, czy Armenia może liczyć na wsparcie Władimira Putina w konflikcie zbrojnym z Azerbejdżanem.

– Armenia rzeczywiście należy do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, natomiast nie należy do niego Karabach. Obowiązek wzajemnej pomocy militarnej wynikający z tego układu dotyczy tylko i wyłącznie terytorium Armenii, ale nie Górskiego Karabachu. Póki co walki toczą się tylko na terenie Górskiego Karabachu. Co prawda były wczoraj pewne informacje na temat zestrzelenia azerskich dronów w rejonie Armenii właściwej, niemniej na razie nie ma informacji o starciach na terenie Armenii właściwej i jeżeli one się nie pojawią, to Rosja formalnego zobowiązania do wzięcia udziału w walkach, do bezpośredniego wsparcia militarnego Armenii po prostu nie ma – oznajmił Witold Repetowicz.

Rozmówca portalu Radia Maryja zwrócił uwagę, że Rosja próbowała narzucić Armenii wprowadzenie rosyjskich sił pokojowych do Górskiego Karabachu.

– Już wcześniej Rosjanie chcieli narzucić Ormianom wprowadzenie swoich sił pokojowych do Karabachu, co dla Ormian nie jest korzystnym rozwiązaniem. Jest nacisk ze strony Turcji i Azerbejdżanu, że jeżeli Armenia znajdzie się w Karabachu w defensywie bez zaatakowania terenu właściwego Armenii, to Rosjanie mogą wznowić naciski, by uregulować ten konflikt karabaski według ich scenariusza. Byłoby to bardzo niekorzystne dla Ormian i jeszcze bardziej by ich związało z Rosjanami. Kwestia jest też taka, że Rosjanie wcale się nie garną do udzielenia pomocy Armenii. W 2016 roku Azerbejdżan używał rosyjskiej broni w swoich atakach na Armenię. Jeżeli Rosja nie będzie zmuszona, to nie będzie chciała konfrontować się w wymiarze bezpośrednim. Można spodziewać się wsparcia logistycznego, Rosja po starciach z 2016 roku przekazała Armenii m.in. Iskandery, ale Rosjanie mają swoje układy z Turkami i nie zamierzają prowadzić z Turkami bezpośrednich starć na południowym Kaukazie, chyba że będą do tego zmuszeni – mówił specjalista do spraw geopolityki.

Wojna Armenii z Azerbejdżanem może doprowadzić do niepokojów społecznych pomiędzy diasporą ormiańską a azerską, które zamieszkują Europę.

– Na terenie Europy, również w Polsce, mieszka spora diaspora ormiańska. Z ich punktu widzenia jest to bardzo ważna kwestia. Ponadto może dochodzić do przeciwnych demonstracji między diasporą ormiańską a diasporą azerską. Jest także kwestia gazociągów idących przez terytorium południowego Kaukazu. Jeżeli Armenia będzie się czuła zbytnio zagrożona ofensywą i będzie przegrywać wojnę, to może te gazociągi zaatakować. Jeżeli świat, Europa przymknie oczy na ekspansję Turcji na południowym Kaukazie i to jeszcze przeciwko Ormianom, gdzie jest to symboliczne, bo Turcy są odpowiedzialni za ludobójstwo Ormian w 1915 roku, to teraz jakby powtórka z tej historii przy milczeniu i braku reakcji świata, Europy no jest niedopuszczalna, ponieważ jest to zapalanie zielonego światła na rzeczy, które nigdy nie powinny mieć miejsca – podsumował Witold Repetowicz.

Jakub Gronczakiewicz/radiomaryja.pl

drukuj