Chrystus przychodzi w rodzinie

Rozmowa z Jego Ekscelencją ks. bp. Stanisławem Stefankiem TChr, Biskupem Seniorem Diecezji Łomżyńskiej, członkiem Papieskiej Rady ds. Rodziny, członkiem Rady ds. Rodziny KEP.

– Czas Bożego Narodzenia – poza najważniejszym dla nas katolików wymiarem religijnym – są silnie utożsamiane z rodziną. Dlaczego właśnie te święta mają tak silny związek z rodziną?

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr – Jezus przychodzi w rodzinie i to jest główny fakt i równocześnie argumentacja na rzecz wyjątkowej roli rodziny. Sam Bóg – wszechmocny Bóg – mógł wybrać inną drogę wejścia jako człowiek między ludzi. Wybiera jednak zwykłą drogę rodziny. Początek tej decyzji to akt stwórczy Boga Ojca, który mężczyzną i niewiastą stworzył ich i powiedział bądźcie płodni, „napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną” (Księga Rodzaju 1,28). To zawierzenie rodzinie, upoważnienie do przekazywania życia nie zostało zawieszone, chociaż w przypadku narodzin Chrystusa jest tam ta jasno określona w Piśmie Świętym i w nauce Kościoła kolejność, a więc bez woli, bez udziału męża, z natchnienia Ducha Świętego. Trzeba przypomnieć taką elementarną naukę katechizmową, jeżeli ktoś poważnie chce rozmawiać, bo można podejść do tego nie tyle mniej poważnie, co na bardziej płytszym poziomie. A więc życie przychodzi w rodzinie. Nie ma innego źródła. Jeśli człowiek jest poczęty,  to jest w relacji do rodziny. Rodzinna atmosfera stała się pewnego rodzaju symbolem. Każde uspołecznienie, jakie próbujemy stworzyć, obojętnie w jakim wymiarze – czy ogólnokrajowym, czy w biurze, czy w jakimś stowarzyszeniu, zawsze mówimy: „tam była rodzinna atmosfera” albo „tu się czuje rodzinną atmosferę”. Mamy więc te trzy argumenty. Pierwszy, podstawowy – to pakt Bożych decyzji. Drugi, ogólnoludzki, egzystencjalny – obserwacja życia tylko w rodzinie. Trzeci to utrwalona kulturowo formuła rodzinności, jako atmosfera właściwego środowiska, w którym żyje człowiek.

– W okresie przedświątecznym, szczególnie w mediach, promuje się obraz idealnej rodziny, najczęściej wielopokoleniowej, wspólnie zasiadającej do wigilijnego stołu, obok pięknie ubranej choinki. Sprawia to wrażenie, że media są za rodziną. Zapomina się jednak o drugiej stronie – o ludziach samotnych, wyjeżdżających za chlebem; o tych, którym nie jest dane spędzić świąt wraz z rodziną…

– Bożonarodzeniowe obrazki nie są relacją z oglądu społecznego. To nie jest relacja z badań przeprowadzonych w wymiarach socjograficznych. To są pewnego rodzaju ikony, czyli obrazy-modele. W tym okresie media mówią przeciwko sobie. Generalnie biorąc, media są przeciwne rodzinie. Trzeba powiedzieć, że w tej chwili ogromny nacisk z różnych stron zniechęca człowieka do rodziny. Lansuje się wszelkiego rodzaju wolności, liberalizmy, przyjemności, wyzwolenie, feminizmy. Te same media, jak chcą świątecznie powiedzieć o człowieku, czyli chcą powiedzieć coś przyjemnego, dobrego i sensownego, to sięgają do klasycznego modelu rodziny zapominając o tym, że przed chwilą ją niszczyły. To jest oczywiście niekonsekwencja i pragmatyzm, który mediom bardzo często towarzyszy. Tutaj znów musimy wrócić do modelu pierwszego – modelu Bożego – jeżeli chcemy pomyśleć również o tych wykluczonych. Trzeba zacząć od tej ikony, od prawzoru idealnego szukania środowiska dla człowieka.

– Czy człowiek samotny może w pełni przeżyć święta Bożego Narodzenia?

– Są takie sugestie, które zachęcają ludzi samotnych, żeby wznieśli się ponad ten emocjonalny, socjalny wymiar spotkania i spróbowali opuścić swoją samotność. To znaczy, żeby spróbowali być dzieckiem Boga, dzieckiem Ojczyzny, dzieckiem swoich najbliższych. Tak się może dziać tam, gdzie samotność jest wymuszona z jakiegoś tytułu czy pracy. Chociażby kierowcy – nie wierzę w to, że wszyscy kierowcy dużych transportów ciężarowych zdążą zjechać do swoich rodzin. Jestem przekonany, że na tych wielkich parkingach będzie bardzo dużo nocujących w Boże Narodzenie, najczęściej w kabinie kierowcy. Może radio będzie im przypominać o świętach, może wejdą do baru, żeby stworzyć sobie jakiś pozór Wigilii. Najczęściej myślę właśnie o kierowcach, ponieważ sam ciągle jeszcze spędzam bardzo dużo czasu na drogach i widzę te niekończące się ciągi transportowe. To jest tak przeciwne rodzinnej atmosferze – tym bardziej, gdy zbliżają się święta. Trzeba naprawdę wysokiej duchowej sprawności, żeby w tak nieprzyjaznych warunkach przeżyć wigilię i nie stracić tego, co jest istotą rodzinnego spotkania. Ma to jednak jeszcze drugi wymiar. Jest to nasza odpowiedzialność, żeby tych samotnych w efekcie nie było. Stąd tyle inicjatyw – czy to będą kolacje wigilijne dla bezdomnych, czy dla samotnych, czy te urządzane przez Caritas, przez samorządy, szkoły, czy zgromadzenia zakonne, które otwierają swoje refektarze i zapraszają. Wrażliwość, która jest prostą konsekwencją Ewangelii, przełamuje samotność człowieka. Wówczas ma on łatwiej. Nie musi aż tak bardzo szukać motywów swojej przynależności do Kościoła. Tutaj ta nasza społeczna wrażliwość jest absolutnie potrzebna, żeby pomóc ludziom opuszczonym.

–  Wigilia jest również momentem, w którym dzielimy się opłatkiem, składamy sobie życzenia. To łamanie się opłatkiem jest z kolei symbolem pojednania. Co sprawia, że poróżnieni członkowie rodzin mogą wspólnie usiąść przy wigilijnym stole?

– Łamanie się opłatkiem jest sięgnięciem do tych zapasów, które człowiek w życiu rodzinnym otrzymał od Stwórcy albo które wiążą się z naturą rodzinności. Rodzina to zgodliwe tworzenie wspólnego dobra. To miłosna podstawa wzajemnych odniesień. Jeżeli więc jakaś rodzina doświadcza uszczerbku, czyli cierpi w jakiś sposób z powodu kłótni, nieporozumień, to właśnie w okresie Bożego Narodzenia wracamy do wspominanej już ikony, czyli odtwarzamy idealny wzór, idealne relacje rodzinne. Oczywiście trzeba po drodze usunąć przeszkody. Poza tą naturalną chęcią, naturalnym pragnieniem rodzinności pojawia się fakt, że Chrystus przychodzi w rodzinie, a więc Bóg wraca z powrotem do myślenia ludzkiego. Skoro zabrakło człowiekowi – w jego ludzkim myśleniu – cierpliwości, skoro rozrywa więzy, skoro się kłóci czy krzywdzi, to Pan Bóg w swojej misji (bo po to przyszedł Chrystus, jako Odkupiciel) odkupuje myśli. Daje to człowiekowi od nowa narzędzie – podstawowe narzędzie, z którego powinien korzystać zawsze: argument na obecność Boga. Stąd przebaczenie przy wigilijnym stole, który ma zawsze pewien wymiar skojarzony z religią. Nawet ci, którzy nic już nie rozumieją z nauki Kościoła, nie chodzą do Kościoła, mówią wprost, że są agnostykami, został im obyczaj, jakaś resztka symbolu, którym jest chociażby łamanie się opłatkiem, w pewnym momencie widzą swoje ubóstwo. Widzą, że są zawieszeni w próżni, nie mają żadnej podstawy życia wspólnotowego. Wtedy sięgają do koła ratunkowego, do tej tradycji głęboko ludzkiej, a przede wszystkim głęboko Bożej.

– Rodzina powinna być razem przez cały rok, jednak dlaczego to święta Bożego Narodzenia są świętami scalającymi rodzinę?

– Scalenie w rodzinie zdarza się wielokrotnie. Od radosnych chwil – imienin, ślubów, jubileuszy, zjazdów rodzinnych – aż po trudne momenty, takie jak pogrzeby. To nie jest tylko zjawisko Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie jest wyjątkowo świątecznym, ustalonym i powszechnym wydarzeniem. Jest ogólnoświatowe. Oczywiście tam, gdzie chociaż odrobinę znają Ewangelię. Ci, którzy wypierają się Pana Boga i ogłaszają się jako agnostycy czy jako przedstawiciele świata laickiego, próbują nawet samo Boże Narodzenie przenominować, czyli nazwać inaczej, np. sezon składania życzeń albo święta zimowe. Poza tym niektórzy uciekają się do Nowego Roku, ponieważ bliskość Nowego Roku i Bożego Narodzenia przychodzi im z pomocą. Nie chcą mówić o Panu Bogu, to mówią o Nowym Roku. Więc próba zaparcia w nazewnictwie znaczenia świąt jest w wielu wypadkach podejmowana, ale treścią, wewnętrzną atmosferą, święta w dalszym ciągu są bardzo powszechnym zaproszeniem właśnie do spotkania rodzinnego, do zgromadzenia, do pojednania.

– Jak więc najpełniej przeżyć święta Bożego Narodzenia?

– Bardzo mocno stawiam na to, żeby nie odbierać świętom Bożego Narodzenia ich istotnej treści, żeby nie wynosić Dzieciątka Jezus ze środka wydarzenia i nie nazywać tego świeckim językiem. Otóż w pełnym przeżyciu świąt Bożego Narodzenia może nam pomóc przeczytanie fragmentu Ewangelii, odpowiednie dekoracje, które niech mają wyraźne nawiązanie do faktu. Pierwsza sprawa – odnieść się do faktu. Odnieść się do betlejemskiego faktu, który mamy w historii naszego zbawienia. Jest jeszcze inny ważny moment. Jest to wyciszenie wszelkich nacisków zewnętrznych i maksymalnie czynne zaangażowanie każdego do stworzenia tej atmosfery. Nie włączajmy radia, nie oglądajmy telewizji, a komórki traktujmy jako konieczną łączność, żeby pozapraszać się na święta. Ten świat zewnętrzny zabiera nam nas spośród siebie. Dla przykładu, gdybyśmy zamówili sobie w cateringu wigilię, a my byśmy tylko się ogolili, albo dobrali strój żeby było ładnie i tylko siedzieli, to jest to zubożenie Wigilii. Jest to Wigilia, ale niepełna, czegoś w niej zabrakło. Musi być Bóg i musimy być my. Musimy być nie tylko konsumentami, ale współtwórcami. Stąd rozmowy, opowiadania, a przede wszystkim śpiewy. Na szczęście mamy bardzo dużo drukowanych tekstów kolęd, a nawet jeżeli ktoś posługuje się krążkiem, to trzeba wyciszyć tego zewnętrznego śpiewaka – przyciszyć muzykę i zacząć samemu śpiewać. Potraktujmy to tylko jako podkład muzyczny, pewną pomoc, a nie zastępstwo za nasze śpiewanie. Podkreślam: w środku Jezus i my, jako współtwórcy. Wtedy święta na pewno będą przeżyte głęboko, również radośnie.

Dziękuję za rozmowę

RIRM

drukuj