Papież Jan Paweł II, (fot.R.Pietruszka/PAP)

Cierpienie ocala świat

„W sposób szczególny człowiek staje się drogą Kościoła wówczas, gdy w jego życie wchodzi cierpienie” – napisał Jan Paweł II w liście apostolskim do chorych „Salvifici doloris”. Papież dobitnie pokazał swoim życiem, jak bardzo są one prawdziwe. W jesieni swojego życia nie musiał już pisać kolejnej encykliki o cierpieniu. Napisał ją swoim życiem…

Gdy mówimy o cierpieniu Jana Pawła II, przed oczyma wielu maluje się obraz Papieża w Niedzielę Palmową oraz w czasie Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek, gdy trwał przytulony do krzyża. Jak mówią świadkowie jego życia, choć bardzo cierpiał, to nigdy się nie skarżył. Przecież wiedział, że „cierpieć to znaczy stawać się jakby szczególnie podatnym, szczególnie otwartym na działanie zbawczych mocy Boga, ofiarowanych ludzkości w Chrystusie” (Salvifici doloris).

Cierpiał w cichości. Pokornie. Zresztą już od pierwszych dni jego pontyfikat związany był z cierpieniem. Kiedy jeszcze trwało konklawe, przyjaciel ks. kard. Karola Wojtyły – ks. bp Andrzej Maria Deskur dostał wylewu krwi do mózgu i przewieziono go do rzymskiej polikliniki Gemelli. Nazajutrz po wyborze na Stolicę Piotrową Ojciec Święty udał się do cierpiącego biskupa. Dziś nie jest tajemnicą, że jeżdżący na wózku ks. kard. Deskur wspierał swym cierpieniem Jana Pawła II przez cały jego pontyfikat.

„Jeżeli człowiek staje się uczestnikiem cierpień Chrystusa – to dlatego, że Chrystus otworzył swe cierpienia dla człowieka, że On sam stał się w swoim odkupieńczym cierpieniu poniekąd uczestnikiem wszystkich ludzkich cierpień. Człowiek, odkrywając przez wiarę odkupieńcze cierpienie Chrystusa, odkrywa zarazem w nim swoje własne cierpienia, odnajduje je przez wiarę na nowo, nasycone nową treścią i nowym znaczeniem” – nauczał Jan Paweł II w liście do chorych.

Wciąż pomaga

Każdy, kto doświadczył w swym życiu bólu, cierpienia, wie, że nie jest łatwo się z nim pogodzić. „Cierpienie bowiem zawsze jest próbą, czasem nad wyraz ciężką próbą, której poddane zostaje człowieczeństwo” – pisał Jan Paweł II.

Niespełna miesiąc temu zmarł w Krakowie Zygmunt Kich. Przez długi czas mężczyzna cierpiał z powodu nowotworu. Rak zajmował coraz więcej organów. W końcowych miesiącach życia pan Zygmunt nie mógł już normalnie jeść, mówić, a w końcu poruszać rękoma. Cierpliwie znosił krzyż… Uspokajał swoją żonę i córkę, a kiedy czegoś potrzebował, lekko poruszał dzwoneczkiem… Kiedy rozmawiałam z jego żoną, mówiła, że widzi w nim w tym Wielkim Poście cierpiącego Chrystusa, umęczonego, krwawiącego. Zresztą zmarł w piątek rano – na rękach żony niemal się wykrwawił.

– Mam w domu portret Jana Pawła II i jego relikwie. Mój mąż cierpiał podobnie jak Papież. Miał tak samo włożoną w krtań rurkę, nie mógł mówić. Kiedy nie miałam już siły, patrzyłam na niego i mówiłam: – Pomóż, przecież wiesz, jak to jest – opowiada Grażyna Kich.

Żona pana Zygmunta jest pewna, że tak jak Jan Paweł II jej mąż poszedł do Domu Ojca. Przed śmiercią otrzymał sakrament namaszczenia chorych i Komunię Świętą. Odszedł przygotowany na spotkanie z Panem. Mąż dostał łaskę cierpienia bez skargi, w potulnym leżeniu i pozwalał przy sobie robić wszystko bez rozdrażnienia, zgorzknienia i żalu do Boga. Był inny niż dotychczas. Przez ostatnie dwa miesiące już nie wstawał, towarzyszyłam mu dniem i nocą. Każdemu, kto go odwiedził, kazał coś dać – książkę, czekoladę, ulubioną płytę czy butelkę wina. Zmarł na moich rękach, choć w szpitalu. Był tam tylko dwa dni. Było dużo cierpienia, ale też cierpliwości, cichości, ciszy, bliskości niebywałej, pocieszenia z jego ust i szeptanej w nocy modlitwy – widziałam to – mówi pani Grażyna.

– Dostaję małe znaki, które pozwalają mi tak myśleć i sprawiają, że mogę zwyczajnie żyć po odejściu męża. Kiedy poszłam zamówić za niego Mszę św., jedyny termin ksiądz miał na 27 kwietnia – w dniu kanonizacji Jana Pawła II i w Święto Miłosierdzia Bożego. To nie jest zwykły zbieg okoliczności. Ja czuję, że on pomagał mi przetrwać bardzo trudny czas w moim życiu i wciąż mi pomaga. Mój mąż nie mógł już mnie i córce pomagać tu, na ziemi, nie mógł się nami opiekować i nad nami czuwać. Wierzę, że teraz czyni to z Nieba – mówi wdowa.

Pani Grażyna podkreśla, że w ostatnich wydarzeniach, które bardzo zmieniły jej życie, widzi trudny sens – sens cierpienia, które jest człowiekowi i Kościołowi – co nieraz podkreślał Jan Paweł II – bardzo potrzebne.

Musicie od siebie wymagać

W liście do chorych Ojciec Święty pisał: „Aby móc poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie ’dlaczego cierpienie’, musimy skierować nasze spojrzenie na objawienie Bożej miłości, ostatecznego źródła sensu wszystkiego, co istnieje. Miłość jest też najpełniejszym źródłem sensu cierpienia, które pozostaje zawsze tajemnicą: zdajemy sobie sprawę, że wszelkie nasze wyjaśnienia będą zawsze niewystarczające i nieadekwatne. Chrystus pozwala nam wejść w tajemnicę i odkryć, ’dlaczego cierpienie’, o ile jesteśmy zdolni pojąć wzniosłość miłości Bożej”.

Opowiadając o swoich związkach z Janem Pawłem II, Danuta Błaż mówi, że – choć minęło już tyle lat – ma przed oczyma obraz Papieża, który zaraz po wyborze na Głowę Kościoła na balkonie w Watykanie błogosławi wiernych. – Przeżywałam wtedy radość, którą trudno opisać – wyznaje. Potem kobieta żyła niemal w cieniu Ojca Świętego – uczestniczyła w trzech jego pielgrzymach, a w okresie stanu wojennego wyjechała na pielgrzymkę do Włoch i w Castel Gandolfo uczestniczyła w audiencji. – Dla mnie bardzo ważne stały się jego słowa: „Musicie od siebie wymagać”. Słuchałam jego homilii, czytałam encykliki i przemówienia. Choć wówczas niełatwo było dostać dobrą książkę, starałam się zdobyć wszystkie nowości – mówi pani Danuta.

W ostatnich latach kobieta coraz częściej sięga po list do chorych. – Bardzo przeżyłam śmierć Jana Pawła II. Po całej nieprzespanej nocy jechałam na Święto Miłosierdzia do Łagiewnik, by z innymi łączyć się w żałobie – wyznaje pani Danuta.

Pięć lat po śmierci Papieża kobieta zachorowała na nowotwór. Po ludzku patrząc, nie miała szans na przeżycie dłuższego czasu niż trzy miesiące. – Moje dni były policzone. Ale Pan zechciał inaczej. Z miłością zawierzyłam siebie, swoje życie Miłosierdziu Bożemu, jak Ojciec Święty. Pragnę jak on – wpatrzona w jego przykład – w cichości znosić cierpienia, akceptując je. Od dwóch lat codziennie modliłam się o kanonizację Papieża. Bardzo chciałam razem z innymi Czytelnikami „Naszego Dziennika” w darze dać mu pięć pierwszych sobót miesiąca. Zebrałam cztery. W ostatnią sobotę tak bardzo cierpiałam, miałam tak wielkie dolegliwości, że nie mogłam pójść na Mszę św., przyjąć Komunii Świętej. Ogromnie to przeżyłam, ale to cierpienie także jemu ofiarowałam. Myślę, że on zrozumie – ze łzami w oczach mówi pani Danuta.

Kończąc swoje świadectwo, kobieta podkreśla: – Tak bardzo chciałabym dożyć kanonizacji Jana Pawła II i przeżywać ją w Watykanie. Wiem jednak, że to jest niemożliwe. Wiem, że będę łączyć się duchowo poprzez transmisję w Telewizji Trwam. Każdego dnia proszę Ojca Świętego, by pomagał mi wytrwać, bym mogła jak on donieść w cichości swój krzyż do końca.

Miłosierny samarytanin

W liście do chorych duży fragment Ojciec Święty Jan Paweł II poświęcił „miłosiernym samarytanom” – tym, którzy potrafią trwać przy chorych. Idąc tym śladem, karmelita o. Stanisław Wysocki stworzył Wolontariat św. Eliasza, grupę ludzi, którzy każdego dnia stają przy łóżkach chorych i cierpiących. Jak mówi zakonnik, jest to dzieło – żywy pomnik dla Jana Pawła II. – Nasze dzieło wyrosło ze słów Papieża Polaka o wyobraźni miłosierdzia. Chcemy przez naszą postawę przekazywać innym jego nauczanie, ale nie tylko słowem, lecz swoim przykładem – podkreśla kapłan. Ojciec Wysocki już od wielu lat organizuje plebiscyt pod hasłem „Miłosierny Samarytanin”, wyszukując tych, którzy bezinteresownie służą potrzebującemu człowiekowi.

Wartość cierpienia

Jan Paweł II wiedział, że każde cierpienie ma sens. Nieraz podkreślał, że ludzie chorzy, cierpiący i starsi są skarbem Kościoła. Często prosił ich o modlitwę. W liście do chorych napisał znamienne słowa: „Kościół upatruje we wszystkich cierpiących braciach i siostrach Chrystusa jakby wieloraki podmiot swojej nadprzyrodzonej siły. Jakże często do nich właśnie odwołują się pasterze Kościoła, u nich właśnie szukają pomocy i oparcia! Ewangelia cierpienia pisze się nieustannie – i nieustannie przemawia słowem tego przedziwnego paradoksu: źródła mocy Bożej biją właśnie z ośrodka ludzkiej słabości. Uczestnicy cierpień Chrystusa przechowują w swoich cierpieniach najszczególniejszą cząstkę nieskończonego skarbu Odkupienia świata i tym skarbem mogą się dzielić z innymi. Im bardziej człowiek jest zagrożony grzechem, im cięższe struktury grzechu dźwiga w sobie współczesny świat, tym większą wymowę posiada w sobie ludzkie cierpienie. I tym bardziej Kościół czuje potrzebę odwoływania się do ludzkich cierpień dla ocalenia świata”.

Małgorzata Pabis

drukuj