In vitro umniejsza godność człowieka

Wypowiedź ks. abp. Andrzeja Dzięgi, metropolity szczecińsko-kamieńskiego.

– Księże arcybiskupie, szef klubu parlamentarnego PO – poseł Rafał Grupiński w wywiadzie dla jednej z gazet stwierdził: „Jestem katolikiem, ale nie mam nic przeciwko małżeństwom homoseksualnym czy in vitro. A Kościół, przeciwstawiając się leczeniu in vitro, staje się współodpowiedzialny za część rozwodów w Polsce”. Jak ksiądz arcybiskup odbiera wypowiedź polityka PO?

– Mam wrażenie, że ta kwestia dotyka sprawy generalnej. Czy katolik ma pewną przestrzeń prywatności wiary, a na zewnątrz ma prawo inaczej postępować? Czy będąc katolikiem w sercu, w myślach – wybierając tę drogę życia, także powinien o tym świadczyć? Dodałbym tylko jedno rozróżnienie. Zasada jest następująca – w co wierzysz, o tym mówisz i tak żyjesz. Natomiast mogą być pewne przestrzenie poszukiwań, przestrzenie pytań, bo katolicy są ludźmi mądrymi, otwartymi, stawiającymi wiele pytań o nowe zjawiska, o nowe sytuacje. Dopóki tych przestrzeni się nie zbada i nie nazwie się ich – dopóty jest to przestrzeń poszukiwań, przestrzeń badań, analiz.

Natomiast gdy chodzi o sprawy „in vitro”, o sprawy świadectwa o chrześcijaństwie dla ludzi wierzących, czy przez ludzi wierzących – ta sprawa nie podlega już badaniom. To są sprawy przeanalizowane wystarczająco, precyzyjnie i dogłębnie, żeby mówić jednoznacznie – „in vitro” nie z natury rzeczy. „In vitro” narusza godność człowieka jako osoby. Kościół Święty naucza o tym precyzyjnie – co ostatni dokument zespołu bioetycznego KEP pod kierunkiem ks. abp. Hosera potwierdził po raz kolejny, porządkując argumenty i nazywając je po imieniu. Wcześniej te argumenty padały w różnych sytuacjach, natomiast ten dokument ładnie wszystko zebrał – tu nie ma wątpliwości. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, to ja mogę tylko prosić o to, żeby jeszcze głębiej przestudiował ten dokument.

Natomiast jeżeli chodzi o rozwody – one zawsze są dramatem, tragedią małżeństwa, a także są one świadectwem słabej wiary. Nie oskarżam; są różne sytuacje, w których nawet Kościół dozwala odejść ku separacji, ale nie ku formalnemu zrywaniu więzi małżeńskiej. Kiedy człowiek dorosły i poważny mówi „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę, aż do śmierci” – a po roku czy po pięciu latach mówi „odechciało mi się i odchodzę” – znaczy, że nie jest on człowiekiem poważnym. To nie jest człowiek do końca dorosły. Czegoś po prostu wtedy nie przemyślał. Prawdą jest, że jeszcze w tym pokoleniu mamy bardzo wiele postaw niedojrzałych, postaw braku odpowiedzialności – i to tu jest źródło problemów małżeństwa, a nie w nauce Kościoła.

Kościół jest jak latarnia morska. Nie można sobie wyobrazić latarni morskiej, którą ktoś włożył na barkę, na statek i pływał po morzu. Latarnia morska musi czekać, aż znajdzie ją okręt. Jeśli okręt się zagubił, to on musi szukać latarni morskiej, a nie latarnia ma pływać po morzu i szukać statku. Tak też podobnie jest z Kościołem. To Kościół głosi prawdę, do której każdy ma szansę dotrzeć, ale nie każdy dociera.

RIRM

drukuj