Dziecko poczęte cierpi najbardziej

Z prof. dr. n. med. Giuseppe Noia z Polikliniki Agostino Gemelli w Rzymie rozmawia Agnieszka Gracz

Często diagnoza wskazująca na wady rozwojowe dziecka jest powodem aborcji.

– Dziecko z wadami może być chore, ale nie może zostać zabite. Rozmawiając z rodzicami, często podaję im przykład. Co by zrobili, gdyby u ich półtorarocznego dziecka zdiagnozowano poważną chorobę, dając mu kilka miesięcy życia? Zabiliby je natychmiast czy podjęli leczenie i przez ten czas, który pozostał, otoczyli największą miłością i troską? Nikt nie brał pierwszej opcji pod uwagę. Jaka więc jest różnica między półtorarocznym dzieckiem a pięciomiesięcznym w łonie matki? Nie ma żadnej. W momencie pewnego zagubienia rodziców, strachu i obaw ważne jest przypomnienie im o darze nowego życia, jaki otrzymali. Uświadomienie, że eliminując cierpiącego, nie usuniemy cierpienia. Więcej, badania wskazują, że matki, które dokonały aborcji z powodu wad rozwojowych swojego poczętego dziecka, od trzech do sześciu razy częściej chorują na bipolarną depresję – jedną z najcięższych form tej choroby, niż te, które mimo wszystko podjęły wysiłek leczenia i utrzymania dziecka przy życiu.

Czy wiadomo, ile dzieci zostaje zabitych z powodu wad rozwojowych?

– Statystyki wskazują, że we Włoszech w 2011 roku niestety dokonano ok. 120 tys. tzw. aborcji. Z tej liczby prawie 3 proc. to aborcje spowodowane tzw. wadami rozwojowymi dziecka lub podejrzeniem wad rozwojowych, wykonane między 12. a 22. tygodniem życia. W okresie ostatnich 30 lat ta liczba wzrosła z 0,3 proc. do 3 procent. Po części przyczyniło się do tego wzrostu stosowanie diagnostyki prenatalnej. Naszym celem jest zmiana tych tendencji. Jak mówił Jan Paweł II, jeśli chcesz odnaleźć źródło, musisz iść pod prąd. My już od 30 lat idziemy pod prąd. Odczuwa się jednak klimat swojego rodzaju „śmierci społecznej”. W „Evangelium vitae” Jan Paweł II powiedział, że zbrodnia stała się prawem. Niestety dziś wiele osób, które chcą ocalić źródło, wskazują na piękno i wartość ludzkiego życia, są postrzegane, także u nas, we Włoszech, jako ktoś wyalienowany z rzeczywistości. Założyliśmy więc Włoskie Stowarzyszenie Ginekologów i Położników Katolickich, aby uświadomić innym, że właśnie nauka daje nam argumenty, dowody mogące przekonać nawet tych, którzy mają inne poglądy, nie są katolikami.

Z jakimi chorobami dzieci w okresie prenatalnym najczęściej się Państwo spotykają?

– Te najczęstsze dotyczą centralnego systemu nerwowego dziecka, chodzi np. o wodogłowie, czyli zwiększenie objętości płynu rdzeniowo-mózgowego w układzie komorowym mózgu. Jednak jak wskazują nasze badania i statystyki, jeśli występuje powiększenie komory mózgu poniżej 15 milimetrów, to w przypadku rozpoczęcia leczenia u prawie 43 proc. dzieci wady ulegają stopniowej redukcji i jedno dziecko na dwoje rodzi się zdrowe. Kiedy rozszerzenie komory przekracza 15 mm, mamy możliwość interwencji chirurgicznej, ale już po narodzinach dziecka. Przed 20 laty liczba dzieci, które udało się uratować, wynosiła 52 proc., dziś 70 procent. Nawet więc jeśli uszkodzenie jest poważne, zawsze jest nadzieja, że leczenie chirurgiczne przyniesie skutek. Trzeba mieć więc tylko odrobinę cierpliwości. Pierwszym elementem są właściwe informacje, ponieważ zwykle pojawia się pośpiech, by szybko dokonać aborcji. Jednak często zabijane są dzieci całkowicie zdrowie.

Panie Profesorze, czy często zgłaszają się do Centrum matki, u których dzieci zdiagnozowano w okresie prenatalnym rozszczep kręgosłupa?

– W przypadku rozszczepu kręgosłupa (spina bifida) także niesiemy pomoc, ale przede wszystkim przekazujemy konkretne informacje, gdzie tkwi przyczyna i problem powstania takich wad u dzieci. Skupiamy się głównie na przekazaniu wiedzy przed poczęciem dziecka. Niestety, we Włoszech liczba małżeństw przychodzących na takie wizyty nie jest duża, wynosi zaledwie 15 procent. To bardzo mało. A takie wizyty mają ogromne znaczenie, ponieważ informujemy małżeństwa o ryzyku powstania wad rozwojowych, których mogą uniknąć czy zredukować je nawet o 80 proc. poprzez odpowiednie przygotowanie organizmu, np. wcześniejsze przyjmowanie kwasu foliowego. Przeprowadzane są np. dokładne badania krwi i genetyczne małżonków, by zorientować się, jakie może być ewentualne ryzyko przekazania chorób dziecku, informujemy o możliwości przekazania chorób zakaźnych dziecku, podejmujemy też odpowiednie kroki prewencyjne, np. jeśli kobieta nie przeszła różyczki, zalecamy szczepienie, by w pierwszych miesiącach ciąży w przypadku infekcji uniknąć niepokojów, które prowadzą wiele kobiet do podejmowania błędnych decyzji. Mówię to, by uzmysłowić, że krąży wiele informacji, które często są nieprecyzyjne. To ważne, ponieważ przychodzą do nas kobiety, mówiąc, że sugeruje im się aborcję, ponieważ przeszły różyczkę. Jak wiemy, choroba ta może wywołać poważne uszkodzenia dziecka, ale jeśli pojawi się w pierwszych 14 tygodniach ciąży. Niektórzy jednak nie wiedzą, że w przypadku infekcji np. w 22. tygodniu dziecko nie jest obarczone ryzykiem. Na przestrzeni 20 lat mieliśmy ponad 700 pacjentek, które chciały dokonać aborcji, ponieważ przeszły różyczkę. Stało się to w czasie, gdy wirus nie jest niebezpieczny dla dziecka. Te kobiety zaufały nam i wszystkie dzieci urodziły się zdrowe. Wiedza o chorobie, ewentualnej możliwości przekazania jej dziecku czy uszkodzenia go jest bardzo ważna. Podobnie jest w przypadkach innych chorób zakaźnych, np. wirusa cytomegalii czy toksoplazmozy. Zakupione i wykonane samodzielnie przez kobiety testy też nie zawsze są dokładne. Mamy możliwości przeprowadzenia precyzyjnych testów, które określą stopień ryzyka. Bronimy życia dlatego, że jest cenne z punktu widzenia naszej wiary, ale również dlatego, że działamy jako ludzie nauki, przekazując precyzyjne informacje, które pomagają rodzicom, dając im wiedzę, i ratują wiele dzieci przed śmiercią.

Jaka jest nasza wiedza o możliwości leczenia i wyleczenia wielu schorzeń jeszcze w okresie prenatalnym?

– Niestety, jest ona słaba. Nie wiemy, dlaczego w sercu kobiet, które mimo uzyskania od nas precyzyjnych informacji i zapewnienia, że nie ma ryzyka urodzenia chorego dziecka, rodzi się decyzja o zabiciu dziecka. Silna presja społeczna, strach przed chorym dzieckiem powoduje, że kobiety chcąc uniknąć ewentualnego cierpienia, eliminują cierpiącego. Za aborcją, którą eufemistycznie nazywa się „terapeutyczną”, a – jak podkreślam – żadna z nich taką nie jest, kryją się poważne i długoletnie problemy psychiczne kobiet. Nazywanie aborcji terapeutyczną to manipulacja semantyczna, by w ten okrutny obszar wnieść pozytywne elementy. Tych manipulacji jest więcej. Pojawiają się określenia „przerwanie ciąży”, tak by do sumienia nie dotarło, że ten niszczący akt jest zabójstwem człowieka. To niestety część pewnej schizofrenii społecznej. Często broni się ginące gatunki roślin i zwierząt, a niszczy człowieka. Z jednej strony prosimy o anestezję dla zwierząt poddawanych eksperymentom, i to oczywiście jest słuszne, ale z drugiej strony nie uświadamiamy sobie, że dziecko, kiedy poddawane jest aborcji w piątym miesiącu życia, nie tylko jest zabijane, ale również doznaje niewyobrażalnego cierpienia. Badania naukowe mówią jasno, że dziecko między 18. a 27. tygodniem, a więc od połowy piątego miesiąca życia do początku siódmego, nie potrafi uruchomić żadnych procesów zmniejszających odczuwanie bólu. Dziecko poczęte cierpi wielokrotnie więcej niż noworodek czy osoba dorosła. To dane przedstawione przez prof. Praveena Ananda, który dowiódł, że embrion, nienarodzone dziecko już odczuwa ból.

Jakie terapie przeprowadza Pan w Centrum w Poliklinice Gemelli?

– Każde nienarodzone jeszcze dziecko traktujemy jako dorosłego pacjenta. Są to terapie integralne i tak jak każdego dorosłego obejmujemy kompleksowym leczeniem, podejmując inwazyjne i farmakologiczne leczenie. Podczas usuwania płynów z komór mózgu igłą stosujemy anestezję. Musimy usunąć płyny, ponieważ jeśli je pozostawimy, wywołają niewydolność mózgową i dziecko umrze. Usuwając płyny, pomagamy mu funkcjonować. Jednocześnie badając płyn, możemy postawić diagnozę, czy wewnątrz znajdują się jeszcze np. niebezpieczne wirusy, czy substancje, które powodują konkretny typ patologii. Każdego roku przeprowadzamy od 100 do 120 zabiegów w łonie matek.

Na wielu włoskich stronach internetowych można przeczytać świadectwa rodziców, którzy są Panu i personelowi wdzięczni za pomoc w leczeniu ich potomstwa.

– Każde życie stworzone przez Boga ma wartość, to nie aspekt fizyczny się liczy, każdy z nas był w Bożym planie. I nawet jeśli życie tych dzieci trwa zaledwie kilka minut po narodzeniu, dwa dni, dwa miesiące albo kilka lat, to nie miara ludzka, ale miara Boga. Misja tych małych dzieci jest często tajemnicą. Tak wiele małżeństw po tylu trudnych przeżyciach doświadczyło radości i sensu życia, cennego daru bycia z dzieckiem, nawet jeśli miałaby to być krótka chwila, dla niej warto kochać, cierpieć i warto walczyć do końca. Cennego daru zawsze się broni, nie można go niszczyć. W Centrum dajemy rodzicom możliwość towarzyszenia swoim dzieciom przed narodzinami. Kiedy przyjmują to życie, nawet jeśli jest dotknięte wadami, nie wiedząc, co wydarzy się w przyszłości, jest to zawsze wielki akt miłości i wiary, świadectwo rodzicielskiego powołania.

Jak wiele rodziców każdego roku szuka pomocy w Centrum?

– W Poliklinice Gemelli istniejemy od 30 lat, od 10 lat działamy jako struktura, aktywnie wspierając rozwój prenatalny. W tym czasie odnotowaliśmy ok. 10 tys. przypadków sklasyfikowanych wad. Z ponad 300 dzieci, które wydawało się, że są w tzw. fazie terminalnej w okresie prenatalnym, zdołaliśmy uratować 40 proc. i dziś znajdują się one w ramionach swoich mam. Rocznie zgłasza się do nas ponad 50 rodzin, których nienarodzone dzieci mają poważne problemy, natomiast jest o wiele więcej małżeństw, ponad 150, które zgłaszają się z innymi, mniej poważnymi wadami, możliwymi do wyleczenia. Wiele wad występujących u dzieci poczętych powstaje na skutek manipulacji, np. z zapłodnienia in vitro. Wiele osób szczyci się tym, że w ten sposób narodziły się 4 miliony dzieci, ale nikt nie wspomina, że pozwalając narodzić się im, zginęło około 40 milionów innych. To dyskryminacja dzieląca dzieci na kategorię A i B.

Panie Profesorze, jest Pan lekarzem wiernym przysiędze Hipokratesa. Wielu Pana kolegów czynnie broni życia?

– Współpracujemy z Siostrami Misjonarkami Miłości. Gdy w Poliklinice Gemelli odwiedzała nas Matka Teresa z Kalkuty, powiedziała nam: „Jeśli jest jakieś dziecko odrzucone przez własną matkę, dajcie je mnie, wezmę je. A wy pomagajcie matkom, pomagajcie naszym siostrom”. Poczułem, że było to wezwanie skierowane do mnie, przygotowałem więc grupę lekarzy, którzy każdego miesiąca odwiedzali dom, w którym siostry opiekowały się matkami w stanie błogosławionym. Każdego tygodnia kilka dziewcząt przychodziło do nas na leczenie. Do dziś na świat przyszło 4 tys. 200 dzieci. Ta wielka święta powiedziała nam kiedyś, że my, lekarze, kiedy dotykamy ciała cierpiącego człowieka, a naszym słowem jego serca, dotykamy Chrystusa cierpiącego. „Macie wielki przywilej, ale również wielką odpowiedzialność. Kiedy leczycie, pamiętajcie o tym, że robicie to dla Chrystusa” – mówiła.

To trudne zadanie w obliczu szerzącej się antycywilizacji śmierci?

– Wiemy, że idziemy pod prąd, ale wiemy też, że jesteśmy z Chrystusem. Podczas jednego z kongresów sześcioletnia dziewczynka podniosła dłoń, wstała i zapytała, czy może coś powiedzieć. Odparłem, że oczywiście. „Ja i Jezus jesteśmy większością” – powiedziała.

Powrócę jeszcze do tego, co mówiła nam Matka Teresa. My jesteśmy małą kroplą, ale bez tej kropli nie powstanie ocean Boga. Wiemy, że to, co robimy, to tylko kropla, ale właśnie bez niej Bóg nie może działać, ostateczny rezultat zależy od Niego. Chcemy, by ludzie zrozumieli, że życie ludzkie jest cenne, każdy człowiek, każdy embrion. Chrystus też nim był i dlatego mały nienarodzony człowiek jest tak atakowany, podobnie jak rodzina. Matka Teresa powiedziała: Czyńcie, co możecie, bo Bóg jest Życiem, by wszyscy ci, którzy przejdą przez nasze Centrum, mogli bronić wspaniałego daru życia. Jesteśmy silni tą rzeczywistością, w której wiara i nauka nie są w opozycji, ale jedno wspiera drugie. Nie jesteśmy wizjonerami czy idealistami, jesteśmy lekarzami twardo stąpającymi po ziemi, pełnymi pokoju mimo trudnej rzeczywistości i ten pokój jest też w osobach, które leczymy. A widząc efekty, widzimy wsparcie wiary.

Dziękuję za rozmowę.

Agnieszka Gracz

drukuj