Zagubiona solidarność

Refleksje eurosceptyka (cz. V)

Ks. prof. Jerzy Bajda

Rozdział IV Karty Praw Podstawowych pod hasłem „Solidarność” oczywiście prowokuje do pewnych uwag. Już na pierwszy rzut oka wydaje się, że pojęcie „solidarności” jest w Karcie wybitnie zubożone i zredukowane do „negocjowania i zawierania układów zbiorowych”, a w razie konfliktu do „prawa do podejmowania działań zbiorowych w obronie swoich interesów, w tym akcji strajkowej” (art. 28). Tym bardziej w innych sytuacjach, regulowanych przez kolejne artykuły, dominuje perspektywa indywidualistyczna, mająca na uwadze „ochronę własnych interesów”.

Solidarność

Tymczasem fakt, że pracownicy mogą ewentualnie bronić swoich interesów „przy pomocy działań zbiorowych”, nie ukazuje właściwego oblicza solidarności. Warto o tym przypomnieć w dwudziestolecie (z górą) encykliki Jana Pawła II „Sollicitudo rei socialis” (z 30 grudnia 1987 r.) i równocześnie w czterdziestolecie głębokiej encykliki Pawła VI „Populorum progressio” (z 26 marca 1967 r.). Jan Paweł II dokonał całościowego przemyślenia tematu solidarności, wyzwalając tę kategorię społeczną od uwarunkowań utylitarnych i przywracając jej głębię etyczną oraz wymiar antropologiczny, ogólnoludzki. Trudno tu przypominać wszystkie kapitalne syntezy zawarte w „Sollicitudo rei socialis”. Jan Paweł II podkreśla, że „współzależność” obserwowana jako zjawisko obiektywne w sferze gospodarczej, kulturowej i politycznej nie może stać się czynnikiem rozstrzygającym o kierunku decyzji podejmowanych przez społeczeństwo. Trzeba mianowicie zobaczyć i zrozumieć to zjawisko w kategoriach moralnych, decydujących o ludzkim charakterze aktywności społecznej. Ma to istotne znaczenie dla odbudowania osobowej wizji rozwoju (integralnego rozwoju ludzkiego, o czym pisał Paweł VI). W przeciwnym razie człowiek zgadza się na to, że jego życie jest kształtowane ostatecznie przez splot pozaosobowych czynników determinujących kierunek ewolucji społeczno-politycznej.

W grę musi więc wkroczyć świadomość moralna, zakorzeniona w godności osobowego bytu, dostrzegająca odpowiedzialność za autentyczny charakter ludzkiego rozwoju w skali powszechnej. Musi się więc obudzić wola zbiorowego działania poruszana przez sumienie wrażliwe na najwyższe kryteria moralności. Dlatego solidarność, jak ją widzi Jan Paweł II w „Sollicitudo rei socialis”, to nie taktyka czy strategia walki o prawa pracownicze, to coś absolutnie większego: walka o ludzkie oblicze relacji międzyludzkich, społecznych, międzynarodowych. Istotą jest tu „postawa moralna i społeczna, jako cnota”, nazwana tu „solidarnością”. „Jest to mocna i trwała wola angażowania się na rzecz dobra wspólnego, czyli dobra wszystkich i każdego, wszyscy bowiem jesteśmy naprawdę odpowiedzialni za wszystkich” (SRS 38). Solidarność – pisze dalej Papież – „pomaga nam dostrzec ‚drugiego’ – osobę, lud czy naród – nie jako narzędzie, którego zdolność do pracy czy odporność fizyczną można tanim kosztem wykorzystać, a potem, gdy przestaje nam być użytecznym, odrzucić, ale jako ‚podobnego nam’, jako ‚pomoc’ (por. Rdz 2, 18.20), czyniąc go na równi z sobą uczestnikiem ‚uczty życia’, na którą Bóg zaprasza jednakowo wszystkich ludzi” (SRS 39). W kolejnym paragrafie Papież podkreśli, że solidarność jest cnotą chrześcijańską (SRS 40).

Nie jest to stwierdzenie aprioryczne, lecz poparte doświadczeniem historycznym, jakie miało miejsce w Polsce w latach 80. ubiegłego stulecia, a w którym Papież pośrednio uczestniczył. Nie można zaprzeczyć, że podstawy teologiczne i moralne dla tego fenomenu twórcy (autentyczni) „Solidarności” znaleźli zwłaszcza w pierwszej społecznej encyklice „Papieża robotnika” – „Laborem exercens” (z 14 września 1981 r.), głoszącej „Ewangelię pracy” na podstawie faktu, że Chrystus był żywą Ewangelią w całym wymiarze swego ziemskiego bytowania, a więc także będąc autentycznym Robotnikiem, współdziałającym ze swoim Ojcem jako Stwórcą świata, i przenikając ludzkie bytowanie wymiarem zbawczym. Ta „Ewangelia pracy” pozwoliła robotnikom polskim dostrzec niejako w swoim gronie, w swojej wspólnocie, obecność samego Chrystusa, który przywraca człowiekowi godność utraconą przez grzech i różne formy niewoli wynikające z grzechu. Eucharystia sprawowana w zakładach pracy była w sposób uderzający odkryciem tej ewangelicznej prawdy, że Chrystus nie tylko stał się „solidarny” z człowiekiem, ale także, że to On właśnie jest źródłem i ośrodkiem wszelkiej prawdziwej solidarności o ludzkim obliczu. Dostrzeżenie tej prawdy ewangelicznej było niezwykle silnym argumentem przeciwko całej alienującej filozofii socjalistyczno-kapitalistycznej, która wciąż daje znać o sobie w różnych strukturach Europy.

Właśnie tego głębszego spojrzenia na solidarność zupełnie brakuje w Karcie Praw Podstawowych i pozostawia się wszystkim „ludziom pracy” płytką nadzieję, że sprawna administracja, zapatrzona w tekst Rozdziału IV, uczyni wszystko, aby nikt nie był pokrzywdzony. Pozostaje pytanie, czy Polska, która stała się w latach 80. miejscem i teren tego niezwykłego fenomenu, nie powinna zadbać o to, aby to doświadczenie historyczne nie poszło w powszechną niepamięć, lecz by zostało ocalone w swoich istotnych elementach i odnowione jako żywe orędzie wiecznie aktualne w tym świecie, w którym atomizacja ludzkości i jej dehumanizacja postępują w tempie zastraszającym. Dziś coraz bardziej jest potrzebna w świecie moralna postawa solidarności biorąca w obronę najbardziej bezbronnych i skazanych na eksterminację w imię „nikczemnej wolności” wszechwładnych egoistów. Możemy nawet zapytać, co w ogóle Polska może zaoferować światu, jeśli sama zagubi lub zafałszuje duchowy dorobek bohaterskich robotników i tych wciąż niedokładnie policzonych męczenników „Solidarności” z ks. Jerzym Popiełuszką na czele? Możemy także zapytać, dlaczego jako społeczeństwo pozwoliliśmy na to, aby armia agentów i kłamców zepchnęła cały dorobek „Solidarności” do lamusa rzeczy niepotrzebnych i drogą wielorakiej manipulacji wysunęła na piedestały władzy ludzi niegodnych i nierozumiejących, czym jest polskość? Wielu fałszywych tworów społecznych i politycznych, ubiegających się o prawo obywatelstwa w Polsce, nadal urąga godności i świętości tej szczególnej „rewolucji kulturalnej”, która nie toczyła się przeciw komukolwiek, lecz w imię każdego, w którym widziano nieskończoną godność osoby. Byłby czas, aby znów zabrzmiał „złoty róg” i „obudził śpiące”.

Obronić podmiotowość rodziny

Pragnę jeszcze raz dotknąć tematu rodziny, który w tym rozdziale „zgłasza się” w art. 33, w którym pewne ogólne sformułowanie wymaga komentarza lub uściślenia. Punkt 1 tego artykułu spokojnie i niefrasobliwie stwierdza, że „Rodzina korzysta z ochrony prawnej, ekonomicznej i społecznej”. W tym sformułowaniu tkwi domyślny postulat, aby tej ochrony prawnej, ekonomicznej i społecznej nie odmówiono rodzinie. Jednak zawiera się w nim pewne złowrogie założenie: rodzina jest jakby z zasady tą stroną słabszą, która potrzebuje pomocy i jest po prostu do tego przyuczona, aby się o tę pomoc upominać u „wyższej władzy”.

Tymczasem w katolickiej nauce społecznej (zob. „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła”, rozdz. V) inaczej przedstawia się miejsce rodziny w społeczeństwie. Z punktu widzenia struktury społeczeństwa rodzina stanowi jego komórkę fundamentalną, co oznacza, że społeczeństwo jest sobą, jeśli opiera się (w sensie antropologicznym, społecznym i moralnym) na rodzinie jako fundamencie decydującym o jego tożsamości. Zatem to społeczeństwo ma wrodzony obowiązek służby rodzinie, ponieważ stoi ona wyżej w hierarchii wartości niż wszystko, co się nazywa „społeczeństwem”. Z tego wynika ważny wniosek. Prawdziwy charakter służby rodzinie polega na tym, aby uznać jej prymat także jako podmiotu ekonomicznego, aby rodzina mogła cieszyć się własną suwerennością w tym zakresie, a nie pozostawać ustawicznie w pozycji ubogiego petenta ubiegającego się o pomoc. Jest to prawda, która wciąż nie może przebić się do świadomości polityków, ekspertów i wszelkich decydentów, którzy wyrośli w nawyku traktowania rodziny jako żebraka stojącego ustawicznie u drzwi potentatów ekonomicznych.

Jeśli chodzi o ochronę „prawną”, to naprawdę będzie miała ona sens, kiedy do Karty Praw Podstawowych zostanie wpisana w całości Karta Praw Rodziny, opublikowana przez Stolicę Apostolską w 1983 roku i dotąd ignorowana przez „wielkich tego świata”. Sytuacja rodziny, jak na to wskazują różne badania socjologiczne, jest coraz gorsza pod każdym względem i wydaje się, że tylko pełne przyjęcie Karty Praw Rodziny przez wszystkie państwa może powstrzymać proces degradacji, względnie destrukcji rodziny. Istotną sprawą, o czym już mówiliśmy poprzednio, z punktu widzenia „pomocy prawnej” jest konstytucyjne zagwarantowanie niepowtarzalnej tożsamości rodziny opartej na przesłankach antropologicznych. Z tej zasady musi wynikać absolutne wykluczenie wszelkich pretensji do „równouprawnienia” wysuwanych przez różne twory „rodzinnopodobne”. Byłaby to podstawowa „pomoc prawna”, do której jakoś władze Unii się nie kwapią, a nawet czynią różne gesty urągające godności i tożsamości rodziny.

Co do „pomocy społecznej”, to należy rozumieć, że w jej zakresie mieści się szereg ułatwień umożliwiających rodzinie realizowanie w pełni samodzielnie działalności kulturalnej, wychowawczej i dydaktycznej (szkoły rodzinne), przy współpracy wszelkich instytucji kulturalnych jak teatr, radio, telewizja, internet. Jest jednak w tym wypadku konieczne zagwarantowanie wolności tych instytucji (służących rodzinie) od elementów godzących w sumienia, czyli deprawujących dzieci i młodzież. Rodzina musi być wolna od inwazji różnych samozwańczych instytucji, nawet działających za parawanem ONZ, lecz propagujących niemoralne metody szkolenia seksualnego, narzucających pornografię zamaskowaną szyldem oświatowym, wciskających programy tzw. zdrowia reprodukcyjnego dla nieletnich, co zostało zaaprobowane przez Parlament Europejski (zob. „Nasz Dziennik” z 17 stycznia). Taka „pomoc” ze strony PE jest jedynie niedźwiedzią przysługą świadczoną rodzinie i ciosem w serce rodziny i jej istotne posłannictwo. Narzucenie tego rodzaju „praw zdrowia reprodukcyjnego” dorastającym dzieciom jest logiczne jedynie w tym założeniu, że Unia Europejska chce koniecznie życie rodziny brutalnie zniżyć do poziomu totalnego burdelu. Jeżeli są jeszcze w Europie prawdziwe rodziny, powinny wielkim głosem zaprotestować przeciw takim próbom odczłowieczenia relacji wewnątrzrodzinnych.

Artykuł 33 punkt 2 słusznie przewiduje prawo do obrony przed zwolnieniem z pracy z powodu istotnych obowiązków pełnionych w rodzinie. Brzmienie tego punktu jest oczywiście pozytywne, ale jego słabość polega na tym, że powinno się stanowczo podkreślić pierwszeństwo obowiązków rodzinnych w stosunku do zajęć pełnionych poza rodziną. Prace pełnione w rodzinie i związane z istotą rodzinnego posłannictwa powinny cieszyć się pozycją uprzywilejowaną i powinno się zagwarantować wynagrodzenie (pełne, etatowe) dla matki wychowującej dzieci, względnie w braku matki, dla ojca, który przejmuje całość obowiązków wychowawczych (na przykład w przypadku śmierci matki). Zagadnienie to wiąże się z tym, co powiedzieliśmy już wyżej na temat suwerenności prawno-ekonomicznej rodziny, a czego dotychczas żaden z polityków nie rozumie.

Tymczasem przekreślenie tej zasady i dalsze ekonomiczne upośledzenie rodziny powoduje daleko idące konsekwencje dla całej struktury społeczeństwa. Ponieważ tylko w zdrowej rodzinie kształtują się najwyższe wartości osobowe i moralne, dlatego podobne pogrążenie rodziny w wielorakich zależnościach materialnych – ta pewnego rodzaju „kolonizacja” rodziny – skazuje społeczeństwo na stopniową degradację kulturalną i moralną, aż do zupełnego odczłowieczenia stosunków międzyludzkich. Życie społeczne w tak zwanych rozwiniętych krajach dostarcza nieskończonej ilości przykładów takiej degradacji społeczeństwa. Zjawisko to ma tendencję do pogłębiania się w coraz szybszym tempie. Kto ten proces zatrzyma? Czy my musimy wciąż patrzeć bezradnie i zgadzać się na to, co dzieje się z rodziną w imię „tolerancji” dla rozpasanego libertynizmu i „postępu naukowego”?

drukuj