W in vitro zawsze giną ludzie

Odnosząc się do opublikowanej we wczorajszym wydaniu „Gazety Wyborczej” rozmowy z profesorem Waldemarem Kuczyńskim pt. „In vitro z mrożeniem lepsze”, pragnę wyraźnie zaznaczyć, że nie chcę atakować profesora Kuczyńskiego. Jest dla mnie bardzo ważnym człowiekiem, który był moim nauczycielem, który jest w pełni oddany swoim pacjentom. Nie atakuję profesora Kuczyńskiego, ale staram się obnażyć metodę zapłodnienia pozaustrojowego – to są dwie różne sprawy.

 

Metoda zapłodnienia pozaustrojowego nie gwarantuje opieki nad każdym poczętym istnieniem ludzkim. Ta metoda – łącznie z kriokonserwacją zarodków – sama w sobie jest obarczona błędami, które mogą doprowadzić do śmierci istnień ludzkich na etapie rozwoju zarodkowego. Jeżeli zadamy sobie pytanie, od kiedy zaczyna się życie człowieka, i odpowiemy na to pytanie zgodnie z dzisiejszym stanowiskiem nauki mówiącym, iż życie zaczyna się z chwilą poczęcia, czyli połączenia komórki jajowej z plemnikiem, to tak postawiona odpowiedź każe powiedzieć „nie” programowi in vitro – niezależnie od tego, w jaki sposób miałby być on realizowany – z mrożeniem czy bez, z powołaniem do życia dwóch czy dziesięciu zarodków. Ta metoda sprowadza się do tego, że próbujemy pomóc ludziom mającym 25, 30 czy 35 lat kosztem możliwej śmierci istnień ludzkich, do której doprowadzamy na etapie 2, 3 czy 5 dni ich istnienia. To zagadnienie jest moim zdaniem sprawą fundamentalną. Rzeczywiście, z roku na rok metody mrożenia ludzkich tkanek są coraz efektywniejsze. Mimo to jednak efektywność w postaci przeżycia zarodków, ich transferu i możliwości uzyskania poczęć będzie zdecydowanie mniejsza niż efektywność transferu tak zwanych świeżych zarodków.

 

Odnotowujemy postępy w metodach kriokonserwacji, ale kiedy spojrzymy na praktykę, zaobserwujemy, iż wiele ośrodków podających do organizmu matki mrożone zarodki nie uzyskuje w ten sposób ciąż. Jakie jest moje zdanie na temat możliwości wykorzystania przez pary małżeńskie zarodków przechowywanych w klinikach in vitro? Nie wiem, czy ktoś liczy, jaki jest szacunkowy procent wykorzystania tych zarodków. Jeżeli nawet ktoś to liczy i stwierdza, iż liczba ta wynosi 95 proc., musimy zadać sobie pytanie, co dzieje się z pozostałymi 5 procentami? Czy to są nieistotne istnienia ludzkie? Czy dla 95 proc. możemy poświęcić te 5 procent? Jeżeli chodzi natomiast o adopcję zarodków – znam szereg par małżeńskich, które chcą przejść procedurę pozwalającą na adopcję dziecka. Wchodzi w nią badanie psychologiczne, psychiatryczne, ocena ich zdolności finansowych, wieku, stanu zdrowia itd. W przypadku adopcji zarodków jest inaczej – para małżeńska przyjmuje dziecko, które biologicznie do niej nie należy, jest dzieckiem obcej kobiety i obcego mężczyzny. I nie ma tu procedury szkoleń i przygotowań – tak jak to się dzieje u par małżeńskich, które chcą przyjąć do domu dziecko kilkumiesięczne czy kilkuletnie. Czy takie postępowanie jest słuszne?

Na koniec chciałbym powiedzieć, jeszcze raz odwołując się do procedury zapłodnienia pozaustrojowego: choćbyśmy mieli najlepsze intencje jako lekarze, jako ludzie wykształceni i chcący tą metodą pomagać swoim pacjentom, nie jesteśmy w stanie zapewnić warunków, które w 100 proc. zagwarantują nam, że żadne poczęte istnienie ludzkie nie zginie. Wobec tego, nawet jeśli nasza skuteczność sięgałaby 99 proc., to ten 1 proc. każe nam powiedzieć „nie”. Nie możemy także zapominać o tym, że powstaje coraz więcej prac opisujących negatywne skutki stosowania metody in vitro – jak na przykład występowanie nieprawidłowości w obrębie kariotypu czy nieprawidłowości genetycznych. Rodzi się kolejne pytanie: czy wiemy wszystko na temat programu in vitro? Pewne jego konsekwencje społeczne mogą być widoczne dopiero za kilkadziesiąt lat. Czy nie powinniśmy o tym myśleć i dyskutować również na ten temat? Jeśli uświadomimy sobie, że zarodek jest naszym małym pacjentem, wtedy tym bardziej zrozumiemy, że potrzeba i możliwość stosowania programu in vitro nie powinna zajmować dzisiaj tyle miejsca w publicznej dyskusji. To jest moja skromna opinia lekarza mającego ponaddwudziestoletnie doświadczenie w leczeniu niepłodności, lekarza, który kiedyś wykonywał program in vitro, a teraz pracuje zupełnie inną metodą.
Autor jest specjalistą ginekologiem-położnikiem, szefem przychodni NaProMedica specjalizującej się w leczeniu niepłodności małżeńskiej.

drukuj