fot. Autorstwa Archiwum Fotograficzne Stefana Bałuka - Narodowe Archiwum Cyfrowe Sygnatura: 37-301-6, Roman Harbar, Zofia Tokarz, Jacek Wilczur, "Czas niewoli, czas śmierci", Interpress, Warszawa 1979., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=24300678

[TYLKO U NAS] Dr I. Maj: Do dziś pokutuje polityka zafałszowywania prawdy o obozie koncentracyjnym dla dzieci w Łodzi. Jeden z ocalałych powiedział, że te dzieci nauczyły się płakać bez łez

Obóz koncentracyjny dla dzieci w Łodzi był przez wiele lat utożsamiany z poprawczakiem. Ocalali wstydzili mówić się o tym miejscu dlatego, że kiedy o nim wspominali, byli napiętnowani. To była celowa polityka zafałszowywania historii, która pokutuje do dziś – powiedział dr Ireneusz Maj, dyrektor Muzeum Dzieci Polskich – ofiar totalitaryzmu w Łodzi, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja. 

Niemiecki obóz koncentracyjny dla dzieci działał w Łodzi od 1942 do 1945 roku. Przez cały okres funkcjonowania było w nim przetrzymywanych kilka tysięcy dzieci w wieku od paru miesięcy do 16 lat. Przez wiele lat prawda o istnieniu obozu była jednak przemilczana.

– To historia, o której nie pisano na kartach polskich podręczników, również akademickich. (…) Historia obozu przy ul. Przemysłowej jest historią piekła na ziemi. Niemcy w trakcie II wojny światowej stworzyli w Łodzi obóz koncentracyjny, który różnił się od innych. Był przeznaczony wyłącznie dla polskich dzieci. Miejsce nie było przypadkowe – obóz miał być ukryty i nikt nie miał się o nim dowiedzieć. Z terenu łódzkiego getta wygospodarowano działkę o powierzchni 5 ha i utworzono odrębny obóz dla polskich dzieci. Znajdowały się tam istoty skazane na straszną śmierć, bo taką jest śmierć głodowa – powiedział dr Ireneusz Maj.

W obozie przy ul. Przemysłowej trudno mówić o racjach żywnościowych. Dzieci na śniadanie otrzymywały kromkę chleba i czarną kawę. Nie było obiadów – w formie tego podawano miskę wypełnioną odpadkami – kontynuował gość Radia Maryja.

– Na kolację brakowało chleba, więc dzieci przebywające dłuższy czas w obozie zdawały sobie sprawę, że żeby cokolwiek zjeść wieczorem, musiały przechowywać część chleba ze śniadania. Tak wyglądało wyżywienie – wyjaśnił historyk.

– Jeden z ocalałych powiedział mi, że oni nauczyli się płakać bez łez. (…) Jeżeli rozpaczali, byli natychmiast bici. Nie mogli patrzeć w twarz Niemcom, bo za to też czekały ich kary – mówił.

Dyrektor Muzeum Dzieci Polskich – ofiar totalitaryzmu w Łodzi zaznaczył, że „przez wiele lat po wojnie utożsamiano obóz koncentracyjny przy ul. Przemysłowej z miejscem, gdzie miały przebywać dzieci popełniające przestępstwa”.

– Miał być to poprawczak dla trudnej młodzieży. To była celowa polityka zafałszowywania historii, która pokutuje do dziś. (…) Ocalali nie mówili o tym miejscu, wstydzili się to robić dlatego, że kiedy o tym wspominali, byli napiętnowani. Utożsamiano to z zakładem poprawczym. Oni nie mieli wytatuowanych numerów obozowych – powiedział dr Ireneusz Maj.

Gość „Aktualności dnia” wskazał, że „dopiero w latach 70. wizerunek tego miejsca zaczął przypominać fakty historyczne”. [więcej].

– W tym czasie skazano w procesie Eugenię Pohl, która po zakończeniu wojny miała się bardzo dobrze. Pełniła funkcje w organizacjach sportowych czy była opiekunką w jednym z łódzkich żłobków. W latach 80. mówiło się już mniej. Dopiero po 1989 roku, kiedy pracę rozpoczął Instytut Pamięci Narodowej, zaczęły ukazywać się pierwsze publikacje dotyczącego tego miejsca – przypomniał dyrektor Muzeum Dzieci Polskich – ofiar totalitaryzmu w Łodzi.

Cała rozmowa z dr. Ireneuszem Majem dostępna jest [tutaj].

radiomaryja.pl

drukuj