Nikt nie ma prawa nas pouczać!

Z prof. dr hab. Krystyną Czubą – medioznawcą, etykiem, wykładowcą UKSW i WSKSiM w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Co sądzi Pani Profesor o emitowaniu co dwie godziny w Polskim Radiu w proteście przeciwko ustawie medialnej Mazurka Dąbrowskiego na przemian z „Odą do radości”?

– Muszę przyznać, że bardzo mnie zasmuciło to, że komuś mógł w ogóle wpaść do głowy taki niezrozumiały i antypolski pomysł. Niby dlaczego Mazurek Dąbrowskiego ma być używany, po pierwsze, jako forma protestu, a nie jako forma szacunku – w końcu jest to nasz hymn narodowy, a po drugie, dlaczego na przemian z „Odą do radości”. To jest śmieszne i tragiczne zarazem. Być może komuś wydaje się, że Unia Europejska stanowi dla poszczególnych państw, w tym również dla Polski, władzę zwierzchnią, ale tak nie było, nie jest i nie będzie. Nasza obecność w strukturach europejskich ma charakter dobrowolny i choć jest to organizacja państw, to nie ma tu mowy o jakiejkolwiek nadrzędności. Takie jest moje zdanie, natomiast jeśli ktoś uważa inaczej, to widocznie ma zachwiane proporcje.

Czy ten żałosny happening i instrumentalne traktowanie hymnu polskiego jest dopuszczalne i godziwe?

– Formy protestów mogą być oczywiście różne, ale używanie do tego celu naszego hymnu państwowego jest skandalem.

Czy ta akcja podjęta przez Kamila Dąbrowę, dyrektora radiowej Jedynki, mieści się w założeniach polityki programowej Polskiego Radia?

– Polskie Radio, jak sama nazwa wskazuje, jest polskie i co do tego nie powinniśmy mieć wątpliwości, dlatego tym bardziej ma promować polskie, tradycyjne wartości. Stąd wszelkie próby manipulacji jak ta są zwyczajnie niegodziwe i z całą pewnością niedemokratyczne. Polskie Radio utrzymuje się z pieniędzy polskich podatników, a skoro płacimy, to tym bardziej możemy mieć inne zdanie jak niż prezes Kamil Dąbrowa.

Tzw. mała ustawa medialna uchwalona przez Sejm to „ustawa kadrowa”, jak twierdzą politycy Platformy?

– Uważam, że jest to ustawa naprawcza, a nie kadrowa, a to zasadnicza różnica. Od 1992 r., kiedy byłam rzecznikiem resortu edukacji, uczestniczyłam w tzw. medialnym świecie, poznałam ten obszar i wiem, że media zawsze były – można powiedzieć – dyspozycyjne czy też w służbie nie wobec państwa polskiego, ale dyspozycyjne wobec różnych ugrupowań, partii czy grup interesów. I nie było to tylko moje wrażenie, ale doświadczenie. O tej uzurpacji i stawianiu się mediów ponad Narodem, państwem, ponad Konstytucją i wszelkim dobrem Narodu mówiłam wiele razy i opisałam to również w książce pt. „Media i władza” wydanej w 1994 r.

Media publiczne w Polsce są dzisiaj zagrożone, jak próbują to wmówić społeczeństwu politycy Platformy i Nowoczesnej?

– Media w Polsce nie są zagrożone, natomiast zagrożeni mogą i powinni się czuć ci, którzy postępowali nieetycznie i mają coś na sumieniu. Mam tu na myśli jakieś malwersacje czy nadużycia. I tacy ludzie nawet powinni się czuć zagrożeni, bo prawo musi być stosowane wobec wszystkich, w innym wypadku mamy do czynienia jedynie z atrapą, a nie państwem prawa. W Polsce nie jest zagrożona ani demokracja, ani media. Poszczególni dziennikarze muszą sobie uświadomić, że zadaniem dziennikarza, co zresztą wynika z prawa i etyki, jest służba prawdzie, rzetelność i staranność.

W związku z nowelizacją ustawy ws. mediów publicznych za objęciem Polski nadzorem Komisji Europejskiej opowiedział się komisarz ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa – Guenther Oettinger. Jak to możliwe, że polityk obcego państwa pozwala sobie na upominanie czy wręcz połajanki wobec władz innego suwerennego kraju?

– Panie redaktorze taki scenariusz przerabialiśmy już za czasów sowieckich i PRL-u. Dobrze pamiętam te doświadczenia, kiedy nas upominano bezustannie. To,z czym dzisiaj mamy do czynienia, jest świadectwem, że niestety w Unii Europejskiej mimo pięknie brzmiących haseł i szyldów tak naprawdę nie ma demokracji. Kiedy bowiem w Europie byłaby demokracja, to wówczas nikt nie wtrącałby się w nasze wewnętrzne sprawy. Kiedy przed laty w wyborach prezydenckich startował Jarosław Kaczyński i kiedy wspomniał, że Polska jest kondominium, a nie suwerennym krajem, to pojawiła się krytyka, odezwały się też głosy piętnujące, ale jak widać prezes Kaczyński mówiąc to, miał rację. Sytuacja jest bardzo trudna i tak naprawdę, póki co, wcale nie jesteśmy ani suwerenni, ani samodzielni, ale walczymy o tę suwerenność i samodzielność. I Panu Bogu dziękujmy, że znaleźli się ludzie, którzy swoim życiem i doświadczeniem postawili na prawdziwe zmiany, na dobre zmiany w Polsce.

Komisja Europejska ma prawo narzucać Polsce, czy wręcz dyktować, co mamy robić w kwestii mediów publicznych?

– Komisja Europejska z pewnością nie ma takiego prawa. Natomiast do Parlamentu Europejskiego z Polski docierają głosy od ugrupowań, środowisk czy osób, które nie mogą pogodzić się z utratą władzy. Te głosy trafiają do tzw. przyjaciół ideologicznych, którzy nakręcają tę machinę krytyki i podsycają nastroje na unijnej arenie politycznej. Przede wszystkim musimy sobie wszyscy uświadomić, że jesteśmy suwerenni, bo tego chcemy. Dlatego przeciwko próbom łamania naszej suwerenności musimy protestować. Nie wiem, czy polskie społeczeństwo wobec tych prób wkraczania czy ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy nie powinno wystosować obywatelskiego protestu do Komisji Europejskiej. Protest przeciwko wchodzeniu w sprawy suwerennego Narodu.

Zdaniem Pani Profesor, taki protest może się okazać skuteczny?

– Uważam, że obywatelski, oddolny protest miałby rację bytu. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto podejmie taką inicjatywę. Sama chętnie się do tego przyłączę, bo tak trzeba. Musimy pokazać Komisji Europejskiej, że my, Polacy, mamy swoją godność, rozum i chcemy mówić własnym głosem i – co więcej – że mamy do tego prawo. To, co mówił ojciec literatury polskiej Mikołaj Rej: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Jako Naród uczyliśmy się tego przez całe wieki i teraz chcemy z tego korzystać.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj