fot. PAP/EPA

[Jestem w Kościele] Migranci i ewangelizacja: Dlaczego to temat tabu?

W dyskusjach i sporach nt. migracji, które ostatnio żywiołowo toczymy także w Kościele, jeden aspekt pozostaje konsekwentnie całkowicie ignorowany lub co najmniej marginalizowany. Chodzi o ewangelizacyjny wymiar tego zjawiska, bardzo mocno podkreślony w niedawnym orędziu Papieża Leona XIV na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Dlaczego niektórzy, w tym ludzie Kościoła, mówiąc o migracji i migrantach, potrafią posuwać się do szantażu moralnego, przekłamań i manipulacji, a nie zajmuje ich tak fundamentalna kwestia, jak głoszenie Ewangelii migrantom i przez migrantów?

Papież Leon w swoim pierwszym orędziu poruszył wątek w niewielkim stopniu akcentowany przez swojego poprzednika. Czytamy w nim: „W szczególny sposób, katoliccy migranci i uchodźcy mogą stać się dziś misjonarzami nadziei w przyjmujących ich krajach, wskazując nowe drogi wiary tam, gdzie orędzie Jezusa Chrystusa jeszcze nie dotarło, lub inicjując dialog międzyreligijny oparty na życiu powszednim i poszukiwaniu wspólnych wartości. Dzięki swojemu duchowemu entuzjazmowi i żywotności mogą się oni bowiem przyczynić do ożywienia skostniałych i ociężałych wspólnot kościelnych, w których groźnie poszerza się pustynia duchowa”. Tak się dzieje m.in. w krajach skandynawskich, gdzie Kościół rozrasta się z uwagi na napływ ludzi np. z Polski czy Litwy.

Papież wskazuje na misyjny potencjał i powołanie migrantów, ale przecież to działa również w drugą stronę – naszym obowiązkiem jest głoszenie Ewangelii niewierzącym w Chrystusa (a wręcz często Go nieznającym) przybyszom. Tymczasem choć jeszcze teoretycznie pojęcia takie jak ewangelizacja czy misje funkcjonują w kościelnym słowniku, to w praktyce zostały one tak stępione przez „religijną poprawność”, że są dziś utożsamiane przede wszystkim z działalnością charytatywną lub w porywach ze świadectwem życia. Wszystko, co wychodzi poza te ramy, zwykło się określać jako niedopuszczalny prozelityzm.

A przecież jeśli traktujemy na poważnie naszą wiarę, powinno nam zależeć na zbawieniu nie tylko swoim, ale i innych. Ewangelia, na którą wielu się tak chętnie powołuje ws. migracji, jasno stawia nam głoszenie Chrystusa jako fundamentalny cel. Kościół, który nie jest misyjny, jest wydmuszką. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”; „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony”; „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!”. Albo jako ludzie wierzący traktujemy te fragmenty na poważnie, albo wprost przyznajmy, że nie pasują one do naszego skażonego relatywizmem i indyferentyzmem światopoglądu, w myśl którego wszystkie religie są równorzędnymi drogami zbawienia.

Oczywiście, pomoc charytatywna i dzieła miłosierdzia powinny być praktycznym wyrazem naszej wiary i nie można tego ignorować, ale Kościół nie jest tylko jedną z wielu organizacji dobroczynnych, lecz sakramentem zbawienia. I żeby było jasne – nikt tu nie wzywa do łamania sumień i nawracania pod jakimś przymusem. Jeśli coś takiego kiedykolwiek miało miejsce, działo się zawsze wbrew Magisterium i było stanowczo potępiane przez Kościół.

Tak więc czy to nie znamienne, że w niedawnych wypowiedziach księży kardynałów Grzegorza Rysia i Konrada Krajewskiego nt. migracji, które odbiły się tak szerokim echem w mediach, zabrakło nawet nie tyle wezwania do ewangelizacji imigrantów (jestem realistą), ale choćby pobieżnego odniesienia się do wspomnianej perspektywy zarysowanej przez Leona XIV? Dlaczego? Cytując klasyka – nie wiem, ale się domyślam.

Wojciech Grzywacz

drukuj