[Jestem w Kościele] Automat z rozgrzeszeniem
Znany jezuita o. Grzegorz Kramer przyznał ostatnio w mediach społecznościowych, że nie pamięta, kiedy odmówił udzielenia rozgrzeszenia. Swoją postawę poparł słowami papieża Franciszka, który wzywał księży, aby „przebaczali wszystko i zawsze” i który – jak sam zdradził – przez całe swoje życie nigdy nie odmówił rozgrzeszenia. Naprawdę chciałbym wierzyć, że zarówno u o. Kramera, jak i wcześniej u Franciszka spowiadali się sami świątobliwi ludzie, którym nie trzeba było odmawiać rozgrzeszenia, jednak powiedzmy sobie jasno – byłoby to niezwykle naiwne założenie. Przypadki konieczności odmowy rozgrzeszenia się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać, a próby przymykania na nie oczu przez spowiedników to robienie karykatury z sakramentu spowiedzi, co podpada wręcz pod świętokradztwo.
Odmowa rozgrzeszenia to nie surowa kara czy zemsta, lecz rozpoznanie i stwierdzenie obiektywnej prawdy, które wysyła człowiekowi komunikat – „Ocknij się! Brodzisz po kolana w grzechu i Twoje zbawienie jest zagrożone!”. Sam o. Kramer i jego akolici zapewne odpowiedzieliby, że to wyraz pychy albo braku miłosierdzia, ale niech przynajmniej uczciwie przyznają, że mają w głębokim poważaniu katolicką sakramentologię i ortodoksyjne rozumienie miłosierdzia. To prosta droga do powielenia wzorców z Zachodu Europy, a więc zaniku spowiedzi indywidualnej, no bo i po co, skoro rozgrzeszenie dostaje się z automatu? Przede wszystkim jednak taka postawa prowadzi do zaniku poczucia grzechu, o którym już papież Pius XII mówił, że to najgroźniejsza choroba duchowa współczesnego świata.
Świadomość różnych patologii związanych z sakramentem spowiedzi miał również św. Jan Paweł II, który w adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” pisał: „Niektórzy, na przykład, dążą do zastąpienia przesady występującej w przeszłości inną przesadą: przechodzą od widzenia grzechu wszędzie do niedostrzegania go nigdzie; od zbytniego akcentowania lęku przed karą wieczną do głoszenia miłości Bożej, która miałaby wykluczać wszelką karę za grzech; od surowości stosowanej w celu wyprostowania błędnych sumień do pozornego poszanowania sumienia do tego stopnia, że przestaje istnieć obowiązek mówienia prawdy”.
„Już od dawna mówię – pisze o. Kramer – że jeśli już ktoś przychodzi do konfesjonału i klęka, to jest to dla mnie znak, że potrzebuje przebaczenia. A to, że nie robi tego, jak ja bym oczekiwał, albo przewidziane normy, to naprawdę dla Boga nie jest to problemem”. Owszem, sam fakt, że ktoś przychodzi do spowiedzi jest godny uznania. To jednak nie przesądza o tym, że człowiek ten szczerze żałuje i postanawia poprawę. Bez upewnienia się co do prawidłowej dyspozycji penitenta lub, co gorsza, wbrew niej, rozgrzeszenie udzielone przez spowiednika tylko utwierdzi człowieka w grzechu i będzie po prostu świętokradcze.
Słowo Boże z natury musi człowieka trochę zaboleć. Bóg wzywa nas bowiem do rzeczy wymagających. Owszem, udziela nam w tym celu swojej łaski, ale to nie zmienia faktu, że nawrócenie (które przecież nie jest jednorazowym aktem, tylko ciągłym procesem) jest niewygodne, trudne i bolesne. Jeśli ktoś ciągle mówi „Bóg Cię kocha”, ale nie dopowiada, że zarazem nazywa On grzechy po imieniu i oczekuje, aby z nimi zerwać, to jest oszustem, ponieważ przedstawia część prawdy o Bogu jako całość. I nie chodzi o to, żeby umniejszać miłości, dobroci i miłosierdziu Boga, tylko o to, żeby nie kreować fałszywego obrazu Boga. Jak pisał Papież Benedykt XVI: „Jezus, który byłby w zgodzie ze wszystkim i ze wszystkimi, Jezus bez swojego świętego gniewu, bez twardości prawdy i prawdziwej miłości, nie jest prawdziwym Jezusem, jak Go przedstawia Pismo Święte, lecz Jego żałosną karykaturą”. Taką samą karykaturą jest traktowanie konfesjonału jak automatu z rozgrzeszeniami i ukrywanie tego za okrągłymi formułkami o miłosierdziu.
Wojciech Grzywacz



