Blaski i cienie unijnej kasy

Walka o kształt unijnego budżetu wkroczyła w decydującą fazę. Niezależnie jednak od jej finału unijny budżet na lata 2014-2020 oznacza dla Polski chyba tylko ogromne kłopoty, bez względu na to, ile miliardów euro uda się Polsce ostatecznie wytargować.

O co idzie walka?

Do decydującego szczytu, który ma się odbyć pod koniec listopada, pozostał niecały miesiąc, ale już dziś widać jak na dłoni, o co walczą poszczególne państwa. O ile Komisja Europejska i Parlament Europejski domagają się zwiększenia budżetu, o tyle państwa najwięcej do niego wpłacające chciałyby utrzymać poziom budżetu na poziomie poprzedniego, czyli w granicach 920 mld euro. Najwięcej zastrzeżeń wobec propozycji budżetowych zgłasza Wielka Brytania ustami premiera Davida Camerona, który wprost mówi, że jest gotów go zawetować. Z kolei Francja broni tego, co jest najważniejsze dla jej interesów, czyli wysokości budżetu dla wspólnej polityki rolnej. Mówi się, że Wielka Brytania jest w nieformalnym sojuszu z Francją, którego wspólnym mianownikiem jest utrzymanie rabatu brytyjskiego w zamian za utrzymanie wysokości budżetu rolnego. Niemcy, głównie ze względu na termin przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, nie mogą, przynajmniej otwarcie, mówić o zwiększeniu budżetu i deklarować wprost pomocy dla kolejnych państw przeżywających kłopoty finansowe, czyli Portugalii, Hiszpanii i Włoch, gdyż opinia publiczna ma dość wspierania państw z południa Europy. Jakie polityczne aspiracje w tej walce o kształt unijnego budżetu ma Polska?

300 mld zł na 7 lat

Magiczne 300 mld zł, o których premier Donald Tusk mówił w czasie całej ubiegłorocznej kampanii wyborczej, było bardzo zręcznym chwytem marketingowym, ale jeśli przyjrzeć się temu od strony matematycznej, owa kwota nie wygląda imponująco. Te 300 mld podzielone jest przede wszystkim na 7 lat, czyli rocznie Polska miałaby dostać, przy optymistycznym wariancie, około 40-42 mld zł (z powodu różnic kursowych nie jesteśmy w stanie dokładnie określić tej kwoty). Te 40 mld zł rocznie trzeba poddać jednak redukcji. Polska składka do unijnego budżetu wyniosła w 2011 roku 15,7 mld złotych. Dodatkowo wpłacamy jeszcze składki do kilku innych unijnych instytucji, jak Europejski Bank Inwestycyjny oraz Europejski Bank Centralny. Łącznie kolejne 2,5 mld złotych. Zostaje około 20 mld zł rocznie, z czego połowa przepływów z Unii idzie na dotacje dla rolnictwa (przypomnijmy, że niemal połowa unijnego budżetu idzie na Wspólną Politykę Rolną). Zostaje zatem rocznie tak naprawdę 10 miliardów złotych na inwestycje i wsparcie projektów.

Ile zyskaliśmy z unijnej kasy

To jest to, co widać na pierwszy rzut oka. Wielu rzeczy jednak nie widać wprost. A to jest zdecydowanie ważniejsze! Jeśli porównamy wpływy do Polski z Unii w latach 2007-2013, to wychodzi, że łącznie trafiło do nas 91 mld euro (czyli jeśli obecny projekt budżetu zostanie finalnie zatwierdzony, Polska otrzyma mniej więcej tyle samo). Efektywnie wykorzystanych zostało 67 mld euro. Czyli blisko jedna trzecia tej sumy przepadła. Nikt nie mówi, że strata tych blisko 25 mld zł nie była bezkosztowa. Przecież ktoś przygotowywał projekty, które zostały odrzucone, ktoś poświęcił na to czas, który mógłby spokojnie wykorzystać na coś zupełnie innego (tzw. opportunity cost). Wreszcie – co chyba najważniejsze – część decyzji została podjęta tylko dlatego, że te środki wydawały się dosłownie na wyciągnięcie dłoni, a dopiero później przyszła refleksja, iż nie ma pełnego finansowania i trzeba mieć swój wkład, często wcale niebagatelny, na który brakuje środków.

Wszystko to, o czym wspominam, jest widoczne dopiero wtedy, gdy spojrzymy na zadłużenie polskich samorządów, które są głównymi beneficjentami unijnych środków pomocowych. W 2002 roku dług wszystkich jednostek samorządu terytorialnego wynosił 13 mld złotych. W 2005 roku, czyli rok po wstąpieniu Polski do Unii, dług wszystkich polskich samorządów wynosił już 25 mld złotych. W 2008 roku osiągnął poziom 28 mld zł, a w 2010 roku wzrósł do 41 mld zł, aby zaledwie po roku sięgnąć 55 mld zł, zaś na koniec I kwartału 2012 roku dojść do poziomu ponad 83 miliardów. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że zdecydowana większość samorządów zadłużyła się w ciągu ostatnich pięciu lat. Zadłużyła się do tego poziomu, że dalej już nie może (60 proc. to granica możliwości zadłużania miast i gmin w stosunku do wysokości swoich dochodów), gdyż groziłoby to niewypłacalnością i bankructwem. Warto przy okazji zauważyć, że największy wzrost zadłużenia nastąpił w miastach gospodarzach tegorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej, czyli Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku i Warszawie.

Samorządy na minusie

Z perspektywy unijnego budżetu kondycja finansowa samorządów ma ogromne znaczenie. Realizacja projektów współfinansowanych ze środków pomocowych pochodzących z Unii przez samorządy wiązała się z zaciąganiem zobowiązań na przyszłość i doprowadziła do olbrzymiego zadłużenia. Ponieważ jest granica zwiększania zadłużenia, bardzo prawdopodobne jest to, że w nowej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020 wiele samorządów, nawet jeśli będzie chciało, nie będzie w stanie skorzystać z dostępnych środków pomocowych. Wydaje się zatem, że jeśli w ciągu ostatnich 6 lat udało się Polsce wykorzystać 67 mld euro z dostępnych nieco ponad 90 mld euro, to było to szczytem możliwości.

Niezależnie zatem od ostatecznego kształtu unijnego budżetu i miliardów, które uda się dla Polski wyrwać, z perspektywy ekonomicznej, zdrowego rozsądku, nie mają one większego znaczenia na rzeczywisty rozwój Polski. Właściwie nie ma żadnych dowodów na to, że powodują one jakikolwiek rozwój, liczby pokazują zaś, że cały ten system jest niezwykle kosztowny (szczególnie jeśli chodzi o koszty poboczne, o których dziwnym trafem mało kto w ogóle wspomina), często nieefektywny, a przy tym ogromnie marnotrawny.

Szkolenia dla szkoleń

Doskonale widać to na przykładzie rynku szkoleń, na które idzie gros pieniędzy. Jesteśmy chyba w czołówce Europy, jeśli chodzi o liczbę szkoleń, w których bierzemy udział. Sęk w tym, że gros tych szkoleń współfinansowanych przez Unię odbywa się tylko po to, aby zamknąć projekt, pomijając w ogóle fakt, czy w rzeczywistości mają one jakiekolwiek praktyczne znaczenie. Pamiętam, jak odwiedzałem w maju br. Łódź w poszukiwaniu sali na konferencję Fundacji PAFERE. Zwiedziłem wówczas 6 różnych sal w mieście. W pięciu z nich odbywały się właśnie jakieś konferencje współfinansowane przez Unię Europejską. Jakież było moje zdumienie, gdy zajrzałem do jednej z sal i zobaczyłem, że poza żarzącym się zestawem kateringowym na sali nie ma ANI JEDNEJ osoby, mimo że zgodnie z programem konferencji powinien odbywać się właśnie wykład. Na sali nie było nawet wykładowcy. To jest empiryczny dowód, że ogrom tych środków jest po prostu dobrze księgowanych, nie idzie za tym zaś jakiekolwiek meritum. System służy do zarobienia całkiem przyzwoitych pieniędzy, ale dla gospodarki jest niezwykle szkodliwy.

To nie jest rozwój gospodarczy. To jest system patologii, nieefektywności i antyprzedsiębiorczości.

Jak zatem na to wszystko patrzeć z perspektywy unijnego budżetu i pieniędzy, jakie mamy otrzymać z Unii? Można na to spojrzeć z perspektywy politycznej, odkładając na bok czysty rachunek ekonomiczny, który jak wykazałem, jest ujemny, i obrócić te środki w sukces polityczny państwa i dyplomacji. Problem w tym, że niezależnie od tego, ile na forum Unii Polska ostatecznie wywalczy pieniędzy na „rozwój”, znając metody propagandowe obecnego rządu i tak zostanie to obrócone w wielki sukces i wielki triumf. W słynne „yes, yes, yes” premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Jak patrzeć na to z perspektywy ekonomicznej? Krytycznie, bo to nie dotacje są źródłem rozwoju i bogactwa. To nie biurokratyczne elity powinny decydować o sensowności lub niezgłaszanych projektach, bo skąd właściwie ludzie siedzący po 8 godzin za biurkiem, w zdecydowanej większości przypadków nieprowadzący nigdy żadnego biznesu, mają wiedzieć, co jest właściwe, a co nie. Teza, że urzędnicy wiedzą lepiej, które projekty są dobre, innowacyjne, a które nie, jest w samej swej istocie absurdalna i przypomina system, który podobno zakończył się w 1989 roku.

Z ekonomicznego i w wielu przypadkach z praktycznego punktu widzenia dotacje są antyrozwojowe, ale świat ekonomii i polityki rządzi się całkiem różnymi od siebie prawami. Jak wspomniałem, Polska, wywalczając dla siebie to, co chce wywalczyć, mogłaby pokazać, że jest jednym z ważniejszych graczy na arenie unijnej, że w końcu jesteśmy zdecydowanie największym państwem, które przystąpiło do Unii w 2004 roku. Interesem wszystkich państw powinno być jak największe ograniczenie wysokości budżetu, który jest narzędziem realizacji interesów niektórych państw Unii. Ale czy o tym ktoś w ogóle wspomina?

Czy takie podejście do kwestii budżetowych jest możliwe? Z tym rządem wydaje się to niemożliwe. Czy z innym byłoby możliwe? Nie można tego wykluczyć, ale do czasu zakończenia negocjacji w sprawie budżetu chyba nie będzie dane nam tego sprawdzić.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

 

Autor jest związany z Polsko-Amerykańską Fundacją Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego PAFERE (www.pafere.org).
drukuj