fot. PAP/EPA

Liga Mistrzów. Dramat Salaha, wtopa Kariusa i show Bale’a – Real z 13. triumfem w historii

Jeszcze do niedawna zastanawialiśmy się, kto wygra Champions League dwa razy z rzędu. Dziś, za sprawą znakomitej machiny skonstruowanej przez Zinedine’a Zidane’a iście Królewskiego Realu Madryt, zasadne zdaje się być pytanie o to, kto jako pierwszy odbierze Los Blancos tytuł najlepszej drużyny w Europie. Trzeci z rzędu i trzynasty w historii triumf był możliwy dzięki znakomitej zmianie Garetha Bale’a i fatalnym błędom Lorisa Kariusa.


Liverpool przystąpił do finału na tyle zmotywowany, że niemal całkowicie zdominował Królewskich w pierwszych fragmentach starcia. Wyraźna optyczna przewaga nie przełożyła się jednak na konkrety.

Więcej niż o poczynaniach boiskowych można napisać, niestety, o kontuzjach. Już po trzydziestu minutach z boiska, z powodu urazu barku, musiał zejść as w talii Juergena Kloppa – Mohamed Salah. Łzy, które pojawiły się na policzkach Egipcjanina, dobitnie świadczyły o tym, ile dla piłkarza oznacza nie tylko triumf, ale sam udział w finale Ligi Mistrzów. „Mo” ma jeszcze jeden powód do zmartwień. Według informacji BBC, nie zdoła wyleczyć kontuzji do mundialu w Rosji.

Kilka minut później podobny obrazek dotyczył Daniego Carvajala. Hiszpan również nie zdołał powstrzymać emocji i zaniósł się płaczem. The Reds, od chwili straty „Faraona”, byli zdecydowanie mniej pewni swego i oddali pole Realowi.

Prawdziwa katastrofa rozpoczęła się jednak po przerwie. Interwencja Lorisa Kariusa wydawała się być jedną z najbardziej rutynowych. Niemiec złapał futbolówkę i szybkim wyrzutem po ziemi chciał uruchomić kolegę z zespołu. Ta trafiła w wystawioną przez Karima Benzemę nogę i wpadła do siatki.

Wydawało się, że golkiperowi Liverpoolu wszystko ujdzie na sucho. A to za sprawą Sadio Mane. Senegalczyk z kilku metrów pokonał Keylora Navasa i ekipa Juergena Kloppa wróciła do gry. The Reds byli dla Los Blancos równorzędnym rywalem do czasu wejścia na boisko Garetha Bale’a.

Walijczyk zaliczył prawdziwe wejście smoka. Wrzutkę Marcelo z lewej strony wykończył w sposób tak niesamowity, że jeszcze długo będą toczyć się dyskusje o tym, czy jego strzał był lepszy niż trafienie Zinedine’a Zidane’a z finału w 2002 roku. Bale nie kalkulował i od razu złożył się do fantastycznej przewrotki, nie dając Kariusowi żadnych szans.

Skrzydłowy Realu, podobnie jak Karim Benzema, skorzystał również na niefrasobliwości Lorisa Kariusa. Walijczykowi przy drugim trafieniu niezbyt próbowała przeszkadzać także defensywa Liverpoolu. Na trzydziestym metrze przed bramką miał tyle miejsca i czasu, że zanim oddał strzał, mógł myśleć o wyborze „cieszynki”. Swoje trzy grosze dołożył jeszcze niemiecki golkiper i byliśmy świadkami takiego oto gola:

A zatem… Liga Mistrzów to takie rozgrywki, które każdy chciałby wygrać, ale na końcu zawsze najlepszy jest Real.

***

Real Madryt Liverpool FC 3:1 (0:0)
Karim Benzema 51’ Gareth Bale 64’ 83’ – Sadio Mane 55’

Real: Keylor Navas – Dani Carvajal (37′ Nacho), Raphael Varane, Sergio Ramos, Marcelo – Casemiro, Luka Modrić, Toni Kroos – Isco (61′ Gareth Bale), Karim Benzema (89′ Marco Asensio), Cristiano Ronaldo

Liverpool: Loris Karius – Trent Alexander-Arnold, Dejan Lovren, Virgil van Dijk, Andrew Robertson – Jordan Henderson, James Milner (83′ Emre Can), Georginio Wijnaldum – Mohamed Salah (31′ Adam Lallana), Roberto Firmino, Sadio Mane

Żółta kartka: Sadio Mane (Liverpool)

Sport.RIRM

drukuj