fot. Obraz autorstwa WangXiNa na Freepik

[Jestem w Kościele] Między miłosierdziem a roztropnością. O migracji po katolicku

Bardzo często w debacie publicznej nauczanie Kościoła jest przedstawianie w taki sposób, że staje się karykaturą niemającą nic wspólnego z prawdą. Nie inaczej dzieje się w kwestii migracji, która jest ostatnio wiodącym tematem w naszym kraju. Podczas gdy niektórzy twierdzą, że jedynym słusznym, ewangelicznym i zgodnym z nauczaniem Kościoła rozwiązaniem jest przygarnięcie do siebie wszystkich jak leci, warto przypomnieć, co naprawdę nt. migracji mówi Kościół, a nie co się temu czy innemu człowiekowi wydaje.

Właściwe podejście do sporu nt. przyjmowania imigrantów w obecnej sytuacji jawi się jako prawdziwa cnota. A skoro o cnocie mowa, to warto przypomnieć, że zgodnie z klasyczną, arystotelesowską definicją jest ona złotym środkiem leżącym między dwoma skrajnościami. Przyjrzyjmy się zatem bliżej jednej z nich. „Tymczasem katolicka nauka społeczna (na którą tak wielu się powołuje…) wyraźnie stwierdza, że KAŻDY CZŁOWIEK ma prawo wybrać sobie miejsce do życia; i ma prawo w tym miejscu być uszanowanym w swoich przekonaniach, kulturze, języku i wierze”. Takie słowa usłyszą bądź już usłyszeli wierni w kościołach w jednej z polskich archidiecezji. Jednak już na pierwszy rzut oka coś tu nie gra. Owszem, człowiek ma prawo migrować za lepszym życiem, a zwłaszcza uciekać np. przed wojną czy prześladowaniami i nikt tego nie neguje. Czy jednak to prawo jest absolutne? Oczywiście nie, dlatego nic dziwnego, że niektórzy ironicznie pytali, czy w takim razie mogą wybrać sobie Kurię Biskupią jako miejsce do życia.

Przypomnijmy, że św. Jan Paweł II, a wraz z nim Benedykt XVI i Franciszek na równi, a nawet ponad prawem do migrowania, stawiali prawo do nieemigrowania, czyli do pozostania w swojej ojczyźnie. Mówiąc o nauczaniu Kościoła, nieuczciwe intelektualnie jest przedstawianie samych tylko praw przysługującym migrantom, pomijając całkowicie nie tylko ich obowiązki, ale także prawa przysługujące państwu, którego podstawowym zadaniem jest roztropna troska o dobro wspólne.

Najprościej będzie tu zacytować najbardziej rzetelne źródło, czyli Katechizm Kościoła Katolickiego. „Narody bogate są obowiązane przyjmować, o ile to możliwe, obcokrajowców poszukujących bezpieczeństwa i środków do życia, których nie mogą znaleźć w kraju rodzinnym. Władze publiczne powinny czuwać nad poszanowaniem prawa naturalnego, powierzającego przybysza opiece tych, którzy go przyjmują. Władze polityczne z uwagi na dobro wspólne, za które ponoszą odpowiedzialność, mogą poddać prawo do emigracji różnym warunkom prawnym, zwłaszcza poszanowaniu obowiązków migrantów względem kraju przyjmującego. Imigrant obowiązany jest z wdzięcznością szanować dziedzictwo materialne i duchowe kraju przyjmującego, być posłusznym jego prawom i wnosić swój wkład w jego wydatki”. Sięgnięcie do Katechizmu to najprostszy i najbardziej wiarygodny sposób na weryfikację różnych teorii, które niektórzy usiłują prezentować jako stanowisko Kościoła.

Trzeba jednak otwarcie powiedzieć, że istnieje druga skrajność. Nie brakuje ludzi, którzy – często z obawy o bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich – mimo wszystko dopuszczają się krzywdzących uogólnień, a nawet używają języka, który z katolicyzmem nie ma nic wspólnego. Troska o bezpieczeństwo i roztropne podejście do migracji naprawdę nie muszą iść w parze z odczłowieczaniem imigrantów i odmawianiem im godności, co nierzadko ma miejsce. Fakt, trudno jest zachować w tak skomplikowanych sytuacjach umiar i roztropność, ale mamy jasny punkt odniesienia w postaci Magisterium Kościoła, które zawsze musi być brane w całości, a nie wykorzystywane instrumentalnie przez kogokolwiek.

Wojciech Grzywacz

drukuj