
By Fabio Pozzebom/ABr - Agência Brasil [1], CC BY 3.0 br, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2087683
[Jestem w Kościele] Benedykt XVI na drodze do świętości?
Wiele wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości może ruszyć proces beatyfikacyjny Benedykta XVI. Mnożą się bowiem świadectwa o uzdrowieniach przypisywanych wstawiennictwu niemieckiego papieża. Były sekretarz Benedykta XVI ks. abp Georg Gänswein przyznaje, że zbiera relacje o domniemanych cudach. Napływają one z całego świata i są bardzo szczegółowe.
Warto jednak podkreślić, że w sprawach beatyfikacji czy kanonizacji pośpiech jest wysoce niewskazany. Nie bez powodu prawo kościelne reguluje, że otwarcie procesu beatyfikacyjnego jest możliwe po upływie pięciu lat od śmierci kandydata. Owszem, papież może udzielić dyspensy – jak choćby uczynił sam Benedykt XVI w przypadku Jana Pawła II – jednak są to sytuacje naprawdę wyjątkowe. To oczywiście jedynie przypuszczenie, ale podejrzewam, że sam zainteresowany, ze względu na swoją wielką pokorę, raczej nie chciałby, aby przyspieszać procedury lub czynić dla niego jakieś specjalne wyjątki. Skoro bowiem napływają informacje o cudach i zostaną one potem potwierdzone, to znaczy, że sam Bóg domaga się wyniesienia na ołtarze.
Niektórzy mają jednak wątpliwości co do świętości niemieckiego papieża. Wskazują choćby, że z uwagi na rezygnację z urzędu Piotrowego, nie zasługuje na wyniesienie na ołtarze, gdyż według nich był to akt tchórzostwa. Nawet jeśli przyjąć to założenie i uznać tę decyzję za błąd – choć przecież trudno tak twierdzić, nie znając dokładnie całej sytuacji i serca Benedykta XVI – to pamiętajmy, że świętość nie oznacza bycia idealnym. W moim przekonaniu świętość Josepha Ratzingera (o której jestem przeświadczony), objawia się m.in. właśnie w świadomości własnych słabości i ograniczeń, przy jednoczesnym dziecięcym wręcz zaufaniu Bogu. W tym kontekście warto pamiętać, że papież cierpiał np. na chroniczną bezsenność, z którą zmagał się przez cały pontyfikat.
Ta ludzka kruchość nie przeszkodziła mu jednak w zbudowaniu monumentalnego dorobku naukowego. Benedykt XVI już teraz jest bowiem wzorem dla całej rzeszy teologów, w związku z tym niewątpliwie w przypadku wyniesienia na ołtarze mógłby zostać ogłoszony właśnie ich patronem. Zwłaszcza w czasach obecnego zamętu i teologii targanej pokusami dostosowania do aktualnych trendów, mógłby on wskazywać kierunek takiej teologii, która nie sprowadza się do czegoś w rodzaju uduchowionej socjologii, ale zarazem nie unika wchodzenia w dialog, a nawet konfrontację z innymi naukami, zachowując przy tym swoją naturalną niezależność i wyjątkowość. Stąd zupełnie naturalne są głosy, aby w przyszłości (byłoby to możliwe dopiero po kanonizacji) nadać Benedyktowi XVI tytuł Doktora Kościoła. Jako błogosławiony, a potem święty, niemiecki papież mógłby też patronować staraniom na rzecz pięknej i godnej liturgii. Doskonale wiadomo, jak bardzo zależało mu na tej kwestii i jak wiele zrobił, aby liturgia była prawidłowo rozumiana i celebrowana.
O Benedykcie XVI można mówić wiele, przede wszystkim można powiedzieć, że pełne odkrycie jego dziedzictwa dopiero przed nami. Dobrą okazją do refleksji będzie przyszłoroczna setna rocznica urodzin tego wielkiego myśliciela. Tymczasem warto modlić się, aby przez jego życie i spuściznę Bóg był jeszcze bardziej uwielbiony. W końcu właśnie to było celem Benedykta XVI, a chyba w najpiękniejszy sposób dowodzą tego jego ostatnie słowa wypowiedziane przed śmiercią: “Panie, kocham Cię”.
Wojciech Grzywacz



