fot. facebook.com/Marian Szołucha

[TYLKO U NAS] Dr M. Szołucha o ACTA 2: To walka niemieckich koncernów o wpływy finansowe oraz wprowadzenie całkowitej kontroli w internecie

Niemieccy wydawcy, skrajni biurokraci i zwolennicy totalnej inwigilacji społeczeństw dążą do tego, by internet – ostatnie swobodne medium – uczynić przez siebie kontrolowanym w możliwie dużym stopniu – podkreślił dr Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula podczas rozmowy z portalem Radia Maryja.

W środę w Parlamencie Europejskim odbędzie się kolejne już głosowanie ws. przyjęcia dyrektywy o prawach autorskich, nazywanej ACTA 2. W lipcu europosłowie odrzucili jej zapisy. Dr Marian Szołucha zwrócił uwagę, że opowiedzenie się za dokumentem doprowadzi do ograniczenia wolności słowa i wprowadzenia cenzury prewencyjnej w internecie. Skorzystać mają na tym w szczególności największe niemieckie koncerny.

– Od 2012 r. środowiska takie, jak: niemieccy wydawcy i zrzeszające ich związki, ośrodki stojące za formami trolli rozpowszechniającymi fake newsy, czyli nieprawdziwe informacje w internecie, skrajni biurokraci i zwolennicy totalnej inwigilacji społeczeństw – intensywnie podejmują działania na rzecz tego, by ostatnie swobodne medium uczynić przez siebie kontrolowanym w możliwie dużym stopniu: wprowadzić bariery wejścia do działania w internecie, ograniczyć dostęp do informacji – a więc także do wiedzy – i ograniczyć swobodę wypowiedzi – podkreślił ekonomista.

Rozmówca portalu Radia Maryja wskazał, że najbardziej kontrowersyjne są dwa zapisy w dyrektywie: art. 11 i art.13.

– Pierwszy niepokojący element to tzw. podatek od linków, czyli opłaty, które internauci musieliby wnosić dla rzecz twórców źródła pierwotnej informacji po zamieszczeniu hiperłączy. Najwięcej treści w internecie europejskim generują wielcy wydawcy niemieccy, więc strumień pieniądza popłynąłby do nich (…). Drugi z niepokojących pomysłów, to tzw. filtry cenzorskie, czyli algorytmy, do których stworzenia i uruchomienia byliby zobowiązani operatorzy stron internetowych, które miałyby sprawdzać – a w określonych przypadkach także blokować – treści, jakie internauta chciałby w sieci zamieścić. To nic innego, jak cenzura prewencyjna, ograniczanie wolności słowa – mówił.

Ekspert zauważył, iż dyrektywa wprowadzana jest pod pretekstem wzmocnienia ochrony praw autorskich i pokrewnych, walki z piractwem itp. Przypomniał jednak, że obecnie nikt nie jest przecież zwolniony z odpowiedzialności za własne wypowiedzi w internecie. Czasem, jeśli publikujemy nieprawdziwe informacje, naruszamy czyjeś dobra osobiste czy prawa autorskie, ponosimy odpowiedzialność karną, więc o co chodzi twórcom projektu? – pytał retorycznie dr Marian Szołucha.

– Twórcom chodzi o dodatkowe wpływy finansowe – interes głównie wielkich niemieckich wydawców – oraz o to, aby mieć kontrolę nad internetem, treściami w nim publikowanymi. Jak widać, wielkie ośrodki siły władzy, wpływu, lobbingu nie mogą ścierpieć, że internet jest poza ich kontrolą, a każdy może się wypowiedzieć (…). Jest to bardzo niebezpieczne dla Polski, dla wszystkich tych, którym zależy na przełamaniu dotychczasowego niemal monopolu tzw. głównego nurtu w naszej dyskusji medialnej. To dzięki internetowi w dużej mierze udało się przełamać w Polsce oligopol „Gazety Wyborczej”, TVN i pokrewnych liberalno-lewicowych mediów. To młodzi ludzie, którzy poszli do wyborów w 2015 r., a którzy nie są wychowani na wspomnianych przed chwilą mediach, lecz głównie na internecie – pozwolili także dokonać przełomu politycznego w Polsce – zaznaczył ekonomista.

Rozmówca Radia Maryja poinformował, że zablokować tę niebezpieczną dyrektywę może presja ze strony społeczeństwa. Żyjemy w warunkach demokracji, zatem rządzący muszą liczyć się z głosem swoich obywateli – dodał.

– Warto obserwować, co będzie się działo w środę i w kolejnych miesiącach w Parlamencie Europejskim czy stolicach europejskich miast. Na pewno powinniśmy informować siebie wzajemnie na ten temat, wypowiadać się w tej sprawie, patrzeć na ręce naszym posłom do PE, dawać im do zrozumienia, że ta obywatelska kontrola ma miejsce, bo tu chodzi o wolność do wypowiedzi, prawa, które są wpisane w naszą cywilizację, a które niestety w imię wielkich interesów tego świata są naruszone (…). Niestety polski rząd zajmuje w tej sprawie postawę „nie dość twardą”. Dedykowane merytorycznie do prezentowania polskiego stanowiska jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Co prawda w sferze werbalnej sprzeciwia się temu projektowi od kilku miesięcy, ale jednak w sferze działań tego sprzeciwu zupełnie nie widać. Widać wręcz uległość wobec tego, co planują eurokraci, niemieccy lobbyści, zwolennicy totalnej kontroli nad wolnymi dotąd Europejczykami – wyjaśnił ekspert.

Dr Marian Szołucha zwrócił uwagę, iż próby wprowadzenia unijnej dyrektywy zagrażającej wolności słowa w internecie będą podejmowane permanentnie, gdyż w grę wchodzą wielkie pieniądze i inne profity dla największych koncernów.

– Mowa jest o tak ważnych sprawach i tak dużych pieniądzach, że na stałe trzeba trzymać rękę na pulsie i aktywizować się szczególnie w takich momentach jak obecnie. W 2012 roku się udało, udało się w 2016 r., kiedy ten projekt po raz pierwszy się pokazał (został uznany za kontrowersyjny, a prace nad nim zostały zatrzymane), udało się w czerwcu tego roku, mam nadzieję, że uda się jutro i będzie się udawało w przyszłości. To są kwestie, które bardzo poważnie mogą zaważyć na rzeczywistości całej Europy – podsumował ekonomista z Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Monika Bilska/RIRM

drukuj