fot. PAP/EPA

[TYLKO U NAS] Dr A. Wróblewski o relacjach na linii Polska-USA za czasów J. Bidena: Nie ma wątpliwości, że możemy spodziewać się kontynuacji bardzo dobrych relacji, które mieliśmy za czasów administracji prezydenta D. Trumpa

Nie ma wątpliwości, że możemy spodziewać się kontynuacji bardzo dobrych relacji, które mieliśmy za czasów administracji prezydenta Donalda Trumpa. Generalną zasadą zagranicznej polityki amerykańskiej, szczególnie jeśli chodzi o państwa sojusznicze, jest kontynuacja a nie zmiana. Tutaj będzie kontynuacja polityki odnośnie obronności i odstraszania, czyli bliskiej współpracy poświadczonej wizytami prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie czy podpisaniem umowy (w sierpniu zeszłego roku w Krakowie) o tzw. pogłębionej współpracy wojskowej w obszarze obronności polsko-amerykańskiej – powiedział dr Artur Wróblewski, politolog z Uczelni Łazarskiego w Warszawie, w rozmowie z portalem Radia Maryja.

Dr Artur Wróblewski odniósł się do współpracy na linii Polska-USA, która będzie miała miejsce w czasie prezydentury Joe Bidena.

– Nie ma wątpliwości, że możemy spodziewać się kontynuacji bardzo dobrych relacji, które mieliśmy za czasów administracji prezydenta Donalda Trumpa. Generalną zasadą zagranicznej polityki amerykańskiej, szczególnie jeśli chodzi o państwa sojusznicze, jest kontynuacja a nie zmiana. Tutaj będzie kontynuacja polityki odnośnie obronności i odstraszania, czyli bliskiej współpracy poświadczonej wizytami prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie w czerwcu i we wrześniu 2019 roku. Prezydenci Polski i USA podpisali wtenczas wspólną deklarację o  współpracy, zaś 23 września prezydenci przyjęli w Nowym Jorku drugą deklarację, która precyzowała założenia koncepcji zwiększenia zaangażowania sił zbrojnych USA w Polsce, wskazując lokalizację dla projektów trwałej obecności wojsk amerykańskich oraz potwierdzając  Poznań jako siedzibę wysuniętego dowództwa dywizji. Kolejnym krokiem była inauguracja działalności Wysuniętego Stanowiska Dowodzenia (Element Mission Command) Amerykańskiej 1. Dywizji Piechoty w Poznaniu  i wreszcie podpisanie umowy 15 sierpnia 2020 roku w Krakowie o tzw. pogłębionej współpracy wojskowej w obszarze obronności polsko-amerykańskiej, której namacalnym dowodem jest powołanie Wysuniętego Dowództwa V Korpusu Sił Lądowych USA w Polsce, odpowiedzialnego za koordynację, planowanie operacyjne oraz synchronizację działań sił amerykańskich z wojskami innych państw NATO na flance wschodniej  – wskazał politolog z Uczelni Łazarskiego w Warszawie.

– Wcześniej mieliśmy wysunięty element dowodzenia misją, a teraz arcyważne pełne dowództwo z ponad 200 żołnierzami amerykańskimi i z dowódcą w randze generała dywizji polskiego pochodzenia  przy reaktywacji V Korpusu amerykańskiego. To tworzy zupełnie nową jakość sojuszniczą w relacjach polsko-amerykańskich, ponieważ podpisane umowy zmieniają charakter obecności sił USA w naszym kraju z rotacyjnej na trwałą (tzw. enduring presence). To nie jest tylko zabieg semantyczny, ale sygnał, że tak naprawdę Amerykanie będą u nas stacjonować trwale, co było naszym celem strategicznym i jest historycznym przełomem – podkreślił nasz rozmówca.

Również charakter   wojsk amerykańskich w Polsce i ich zwiększonej obecności w ramach wschodniej flanki NATO się zmienił. To są siły tzw. szpicy, czyli bardzo wysokiej gotowości (Very High Readiness Joint Task Force, VJTF) gotowe do działania w ciągu 2 – 3 dni w ramach zreformowanych na szczycie NATO w Newport w 2014 roku NATO Response Forces – Sił Odpowiedzi NATO. I co istotne, na pewno nie będzie redukcji wojsk amerykańskich ani w Polsce, ani w Niemczech, a tam  prezydent Donald Trump chciał dokonać pewnych redukcji. Wiemy na pewno, że Joe Biden będzie utrzymywał tę samą liczbę żołnierzy w RFN, co generalnie sprzyja zwiększonemu zaufaniu i bezpieczeństwu w Europie oraz buduje zdolności obronno-odstraszające. To jest bardzo korzystne dla Polski z tego powodu, że tak naprawdę każda potencjalna agresja na Polskę byłaby dzisiaj atakiem na siły USA – dodał.

Dr Artur Wróblewski zaakcentował, że zachowane zostaną umowy dotyczące kupna amerykańskiego sprzętu.

– Będzie kontynuacja w obszarze samej wojskowości, czyli wszystkich umów związanych z zakupem sprzętu wojskowego dotyczących na przykład wielozadaniowych myśliwców F-35, systemu HIMARS, czyli systemu artylerii rakietowej wysokiej mobilności, czy rakiet Patriot, czyli systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Będzie   kontynuacja, ponieważ jest to na pewno dobre dla amerykańskiego biznesu i przemysłu wojskowego, bo zapłacimy kilka miliardów dolarów za ich sprzęt. Jednak pamiętajmy, iż tutaj nie chodzi jedynie o  zwykły zakup sprzętu wojskowego, który będzie kosztował kilka miliardów dolarów (4,75 mld dolarów w przypadku F-35), ale o pozyskanie czegoś więcej – nabywamy za kilka miliardów dolarów amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, czyli amerykański parasol, który już działa – w związku z obecnością amerykańskich żołnierzy – odstraszająco  na potencjalnego agresora. To istotne w kontekście powracającej krytyki, która wylała się jakiś czas temu na obecny rząd, że na przykład nie kupiliśmy Caracali, czyli francuskich śmigłowców. Umowy z Francuzami poza lokalizacją jakiś zakładów kooperujących w Łodzi nie wnosiłyby kompletnie żadnej wartości dodanej do naszego mixu bezpieczeństwa – oznajmił nasz rozmówca.

– Pamiętajmy, że kupno francuskich czy jakichkolwiek innych śmigłowców oznacza kupno sprzętu, który za jakiś czas i tak będzie się starzeć i trzeba go będzie ciągle serwisować i szkolić nowe kadry, natomiast za tym nie poszłyby wiarygodne gwarancje bezpieczeństwa, które uzyskujemy we współpracy z Amerykanami. A zatem widzimy obopólną korzyść dla USA i Polski, która płynie ze współpracy przemysłów wojskowych, tworzenia high-tech zaplecza intelektualnego i technologicznego, bo część rzeczy będziemy produkować w Polsce, a jednocześnie immunizujemy się na potencjalny atak i chronimy flankę wschodnią NATO, a to jest bezcenne – podkreślił politolog.

Współpraca będzie opierać się także o gałąź energetyczną.

– Tutaj ważą się sprawy odnośnie polskiego programu energetycznego, który zakłada budowę od 4 do 6  elektrowni jądrowych III generacji o łącznej mocy 6-9 tys. MW. W ciągu 10-15 lat, czyli mniej więcej w 2033 roku powinien ruszyć pierwszy blok jądrowy na Pomorzu – mówił.

– Sprawa jest otwarta odnośnie koncepcji, czy będą to duże reaktory typu AP1000  (Cztery takie jednostki pracują w Chinach, a dwie są budowane w Stanach Zjednoczonych), czy będą to małe modułowe reaktory – small modular reactor, czyli SMR, których technologia jest dopracowywana w Stanach Zjednoczonych (pierwszy blok ma powstać w stanie Utah). Małe reaktory o mocy ok. 300 MW są mniej kapitałochłonne, można je szybciej zbudować, dostawiać nowe bloki i pozwolą na  lokalizację rozproszoną w  różnych miejscach, co lepiej wpisze się w koncepcję kogeneracji, czyli tworzenia bardziej efektywnych, skojarzonych źródeł energii elektrycznej i ciepła.  To jest kwestia otwarta, jaka będzie technologia, natomiast to, że poprawi się polskie bezpieczeństwo energetyczne, to jest sprawa wynikająca z memorandum, które Polska podpisała w czerwcu 2019 roku w Waszyngtonie, czy też ustaleń z października 2020 roku, kiedy strona polska i amerykańska dały sobie 18 miesięcy czasu na ustalenie szczegółów technologicznych i finansowania przedsięwzięcia w raporcie na temat prac przygotowawczych. Projekt ten jest opłacalny także dla Amerykanów, więc tutaj także nie będzie jakiejś wolty prezydenta Joe Bidena. Warto jednak pamiętać, że ostatnio do gry wkroczyli Francuzi, których firma EDF jest największym operatorem elektrowni jądrowych na świecie. Firma ta zarządza 56 blokami we Francji zlokalizowanymi w 18 elektrowniach jądrowych i również proponuje technologię III generacji, czyli  tzw. reaktor EPR (Europejski Reaktor Ciśnieniowy). Ten typ reaktorów już działa w Chinach, zaś we Francji powstał na razie prototyp w miejscowości Falamanville, chociaż jego uruchomienie przeciąga się w czasie, a budżet został przekroczony już trzykrotnie – wskazał dr Artur Wróblewski.

– My jeszcze nie zdecydowaliśmy, jaką weźmiemy technologię jądrową: czy technologię AP 1000, SMR, czy też EPR, natomiast zwiększają się szybko nasze potrzeby energetyczne i postawienie na zeroemisyjne źródła energii w kontekście celów Europejskiego Nowego Ładu i dekarbonizacji, tym bardziej, że ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla gwałtownie rosną i już wynoszą ok. 40 dolarów za tonę CO2 – od listopada zdrożały o 60 procent, co przekłada się na ceny prądu w Polsce. Również potrzebujemy więcej gazu. W tej chwili samego gazu potrzebne jest już 19 miliardów metrów sześciennych, a my z Amerykanami zakontraktowaliśmy na mocy 4 umów PGNiG z 3 firmami z USA (między wrześniem a grudniem 2018 roku) 10 miliardów metrów sześciennych gazu LNG dostarczanego regularnie od 2022 roku. Widzimy, że z amerykańskiego gazu, czy też z odnawialnych źródeł energii całej energii nie stworzymy, żeby pokryć nasze zapotrzebowanie. Na pewno starczy miejsca na energetykę jądrową. Wystarczy popatrzeć, że na przykład Francuzi czy Belgowie swoje potrzeby energetyczne zabezpieczają przy pomocy energii jądrowej w ok. 75 procentach – zwrócił uwagę politolog z Uczelni Łazarskiego w Warszawie.

Pozostaje pytanie, co z poparciem dla Inicjatywy Trójmorza?

– Wydaje się, że utrzymane będzie poparcie dla Trójmorza z tego powodu, iż już w grudniu, czyli kilka miesięcy temu, zabudżetowano pieniądze na Inicjatywę Trójmorza, które były obiecane w lutym zeszłego roku, w czasie konferencji bezpieczeństwa w Monachium jeszcze przez sekretarza stanu Mike’a Pompeo. W grudniu Amerykańska agencja rządowa (DFC, International Development Finance Corporation) zatwierdziła  300 milionów dolarów pierwszej transzy wsparcia dla Funduszu Trójmorza i dorzuci jeszcze 1 dolara za każde 3 dolary wydane na projekty aż do kwoty 1 miliarda dolarów. Wiemy już na pewno, że Amerykanie będą dofinansowywać współpracę regionalną, gdzie Polska jest liderem, a w której mamy jeszcze 11 innych państw. Tutaj nie będzie odwrotu. To jest bardzo dobra wiadomość dla Polski i innych państw naszego regionu, które czują się zagrożone tym, co dzieje się na Wschodzie w kontekście Krymu, Donbasu czy ostatniej wojny armeńsko-azerbejdżańskiej stymulowanej prze Rosję i Turcję – powiedział.

Co z poparciem USA dla inicjatywy Nord Stream 2?

– Kwestia jest niepewna. Być może administracja Joe Bidena, naśladując błędną polityką prezydenta Baracka Obamy, pójdzie na jakiś reset z Rosją. W kontrze do tego wiemy, że powstanie Baltic Pipe z pól norweskich, a ponadto od 2022 roku zaczną działać umowy LNG z Amerykanami – akcentował nasz rozmówca.

– Jeśli chodzi o niedawne sankcje, to wydaje się, iż mamy do czynienia z bardziej zabiegiem PR-owym, bo dotyczą one wąskiej grypy adresatów np. barki „Fortuna” oraz firma KVT-Rus do której należy, która buduje brakujący fragment Nord Stream 2. To także ostatnie unijne sankcje uderzające w kilka osób związanych z Nord Stream 2. To nie jest dotkliwe dla Rosji, ale stanowi raczej symboliczny zabieg, tym bardziej, że te sankcje zaplanowała jeszcze administracja Trumpa, natomiast Biden nie nałożył żadnych sankcji na podmioty niemieckie, o co apelowała strona polska i ukraińska. Wydaje się zatem, że administracja Joe Bidena jest trochę zagubiona i raczej gotowa pójść na kompromis z Moskwą i Berlinem. Ukończenie NS II jest już tylko kwestią nie „czy” gazociąg zostanie ukończony, tylko „kiedy” – dodał.

W Polsce szerokim echem odbiła się amerykańska Ustawa JUST (tzw. ustawa 447, Justice for Uncompensated Survivors Today Act) mówiąca o restytucji mieniu bezspadkowego ofiar Holokaustu, które miałoby przejść w ręce żydowskie.

– Niestety tutaj możemy spodziewać się dalszej kontynuacji polityki wyrażonej w rezolucjach: znanej jako ustawa 447, którą zatwierdził Senat i przyjętej następnie przez aklamację w Izbie Reprezentantów. Czytamy w niej, że sekretarz stanu USA będzie zobowiązany do przedstawienia w dorocznym raporcie o przestrzeganiu praw człowieka w poszczególnych państwach albo w dorocznym raporcie o wolności religijnej na świecie sprawozdania o realizacji ustaleń zawartych w Deklaracji Terezińskiej, czyli apelu o zwrot żydowskich nieruchomości i innego mienia  także w Polsce. Po przygotowaniu swoistego audytu amerykański rząd podejmowane dalsze kroki w kwestii tzw. mienia bezspadkowego, które miałoby  trafić na rzecz organizacji żydowskich. Wiemy, że to jest absurd, bo już prawo rzymskie stanowiło (a nasze prawo jest jego odbiciem jego zasad w kwestii dziedziczenia), że jak coś jest bezspadkowe, to przechodzi na Skarb Państwa. Tu widzimy chyba próbę dokonania pewnego  wyłomu w tradycji prawnej odnośnie dziedziczenia i spraw majątkowych. Skoro tzw. ustawa 447 ma tylko wymiar deklaratywny i symboliczny, to po co amerykański Departament Stanu gromadzi teraz w Polsce informacje na temat mienia żydowskiego sprzed 80 lat? Wyraźnie jest też powiedziane, że Amerykanie będą kontynuować tę sprawę, dlatego że tak stanowi przecież ustawa 447. Pytanie tylko, czy prezydent Joe Biden będzie chciał zaostrzać relacje z Polską, bo to wywoła reakcję po polskiej stronie i może popsuć klimat dla firm amerykańskich w sektorze wojskowym i energetycznym, a oni chcą zarobić u nas pieniądze. Wszyscy wiemy przecież, że Żydów mordowali Niemcy i wywieźli cały żydowski majątek, meble, dzieła sztuki etc. pociągami z Warszawy po likwidacji getta warszawskiego, a domy spalili. A zatem widzimy, że chyba wkradła się pomyłka – adresatem ustawy 447 musza być Niemcy, a nie Polacy – stwierdził dr Artur Wróblewski.

Domaganie się polskiego mienia bezspadkowego mogłoby spowodować ogólnie osłabienie relacji Polski z USA.

– Mądrość administracji Joe Bidena będzie polegała na tym, że sprawa po prostu będzie w zamrażarce. Coś się będzie działo, ale tak naprawdę nie do końca wiadomo co konkretnie. Dlaczego? Dlatego, że obok silnego lobby izraelskiego, czyli żydowskiego, a Żydów w USA jest ponad 1 proc., to jednak należy pamiętać o obecności lobby producentów wojskowego uzbrojenia czy grup energetycznych. Oni widzą interes w relacjach z Polską, żeby sprzedawać nam LNG czy nowe uzbrojenie. Kwestie żydowskie psują relacje polsko-amerykańskie, dlatego mamy sojusznika w postaci lobby przemysłu wojskowo-przemysłowego oraz energetycznego, który chce handlować i zarabiać pieniądze, a nie wikłać się w sprawy dotyczące roszczeń Żydów amerykańskich czy Izraela. Warto również pamiętać, że pewne agresywne środowiska żydowskie w USA specjalnie podsycają animozje w ramach tzw. Przemysłu Holokaustu. Liczą, że być może uda się wycisnąć jakieś pieniądze, często też mamy tam  działaczy o prorosyjskich poglądach. Niestety po dogadaniu się z RFN po wojnie jeszcze za czasów kanclerza Adenauera i Hansa Globkego (zresztą współautora ustaw norymberskich dyskryminujących Żydów) niestety, ale pewne środowiska zaczęły przerzucać powoli odpowiedzialność z Niemiec na kozła ofiarnego, czyli Polskę. Potrzebny jest jakiś wróg w Europie, a Polska jest słabsza niż Niemcy, więc staliśmy się swoistym dyżurnym winowajcą – podsumował politolog z Uczelni Łazarskiego w Warszawie.

Jakub Gronczakiewicz/radiomaryja.pl

drukuj