
Prof. R. Niżnikowski dla „Naszego Dziennika”: Potrzebna jest dziś przede wszystkim chłodna, uczciwa debata oparta na faktach, a nie na politycznych sloganach
Potrzebna jest dziś przede wszystkim chłodna, uczciwa debata oparta na faktach, a nie na politycznych sloganach. Jeśli polityka klimatyczna ma być skuteczna, musi uwzględniać realia państw takich jak Polska, a nie opierać się wyłącznie na ideologicznych deklaracjach i hasłach, które dobrze wyglądają na wiecach, ale znacznie gorzej sprawdzają się w praktyce – mówił w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” prof. Roman Niżnikowski, prezesem Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. dr. hab. Jana Szyszko.
„Nasz Dziennik”/Rafał Stefaniuk: Godziny dzielą nas od protestu przeciwko polityce klimatycznej Unii Europejskiej – rozpocznie się on już jutro o godz. 12.00 na pl. Zamkowym w Warszawie. Fakt, że do protestów dołączają dziś nie tylko rolnicy, ale również leśnicy i związki zawodowe, pokazuje, że społeczny sprzeciw zaczyna obejmować coraz szersze grupy zawodowe?
prof. Roman Niżnikowski: – Trudno się temu dziwić – coraz więcej środowisk zaczyna odczuwać skutki tej polityki bezpośrednio na własnej skórze. Rolnicy od dawna alarmowali, że kolejne regulacje i umowy handlowe, w tym choćby Mercosur, mogą uderzyć nie tylko w polskie rolnictwo, ale szerzej – w bezpieczeństwo żywnościowe i konkurencyjność całej gospodarki. Przez długi czas ich protesty traktowano jak branżowy problem jednej grupy zawodowej. Dzisiaj widać wyraźnie, że ten bunt zaczyna się rozszerzać. Dołączają leśnicy, pojawiają się organizacje społeczne, związki zawodowe czy podmioty związane z szeroko pojętym bezpieczeństwem państwa – m.in. Ruch Obrony Granic. To pokazuje, że coraz więcej ludzi dostrzega, iż nie chodzi o pojedyncze przepisy, lecz o kierunek zmian, który wpływa na funkcjonowanie całego państwa i wielu sektorów gospodarki jednocześnie. Widać też coś jeszcze: po latach rozproszenia różne organizacje zaczynają działać razem. Wcześniej każdy protestował osobno, każdy mówił własnym głosem i siłą rzeczy ten przekaz był słabszy. Teraz pojawia się wspólny front środowisk, które uznały, że skutki obecnej polityki gospodarczej i klimatycznej zaczynają dotyczyć wszystkich, niezależnie od branży.
Panie Profesorze, czy to podkreśla znaczenie tego protestu?
– Właśnie dlatego ten protest ma większe znaczenie niż wiele wcześniejszych manifestacji. To już nie jest wyłącznie spór o jeden sektor gospodarki. To coraz bardziej czytelny sygnał społecznego zmęczenia polityką, którą część obywateli postrzega jako oderwaną od realiów ekonomicznych i codziennych problemów ludzi pracy i setek tysięcy polskich rodzin.
Polityka klimatyczna Unii Europejskiej zagraża lasom? Komisja Euroepejska twierdzi, że chodzi o środowisko…
– Nikt rozsądny nie kwestionuje samej potrzeby dbania o środowisko. Wszyscy chcemy oddychać czystym powietrzem, mieć zdrowe lasy, czyste rzeki i bezpieczną przestrzeń do życia. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod hasłem ochrony przyrody próbuje się wprowadzać rozwiązania, które mają coraz mniej wspólnego z pragmatyzmem, a coraz bardziej przypominają ideologiczny eksperyment prowadzony na gospodarce i społeczeństwie. Dziś kluczowe pytanie nie brzmi „czy chronić środowisko?”, tylko „w jaki sposób to robić?”. Czy decyzje podejmowane są w oparciu o realne badania naukowe, doświadczenia ekspertów i lokalne uwarunkowania, czy raczej według politycznych założeń tworzonych przy biurkach w Brukseli? Różnica jest fundamentalna. Nauka zakłada dyskusję, analizę skutków i korektę błędów. Ideologia bardzo często działa odwrotnie – najpierw ustala kierunek, a dopiero później próbuje dopasować do niego argumenty.
Dlatego coraz więcej środowisk, również leśników czy rolników, zaczyna bić na alarm?
– Oni patrzą na te zmiany z perspektywy praktyków, ludzi, którzy od dekad funkcjonują w konkretnych warunkach gospodarczych i przyrodniczych. Widzą, że część proponowanych rozwiązań może prowadzić nie tyle do ochrony środowiska, ile do paraliżu normalnego funkcjonowania całych sektorów gospodarki. Potrzebna jest dziś przede wszystkim chłodna, uczciwa debata oparta na faktach, a nie na politycznych sloganach. Jeśli polityka klimatyczna ma być skuteczna, musi uwzględniać realia państw takich jak Polska, a nie opierać się wyłącznie na ideologicznych deklaracjach i hasłach, które dobrze wyglądają na wiecach, ale znacznie gorzej sprawdzają się w praktyce.
Przed kancelarią premiera powstaje miasteczko protestacyjne. To znak, że wracają polityczne i społeczne napięcia znane z czasów poprzednich rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego?
– Wielu ludzi pamięta podobne obrazy sprzed 2015 roku. Pamięta również, czym wtedy kończyło się lekceważenie społecznych nastrojów. Powiem więcej: ta reakcja i tak jest spóźniona. Polacy wyjątkowo długo wykazywali cierpliwość, wobec tego, co dziś dzieje się w państwie. Granice społecznej wytrzymałości były przesuwane miesiącami. Ludzie zaciskali zęby, licząc, że sytuacja się ustabilizuje, ale w pewnym momencie przychodzi chwila, gdy przelewa się czara goryczy. To nie jest wyłącznie demonstracja polityczna – to wyraz narastającego przekonania, że władza nie słucha Polaków. Dlatego najwyższy czas, by wszystkie środowiska, które czują się ignorowane, zaczęły mówić jednym, zdecydowanym głosem.
Referendum w sprawie polityki klimatycznej Unii Europejskiej to polityczna konieczność?
– Tak – w przeciwnym razie cały spór dalej będzie się toczył ponad głowami Polaków. Prezydent Karol Nawrocki zaproponował bardzo prostą rzecz: trzeba zapytać społeczeństwo, co naprawdę myśli o kierunku, w którym zmierza polityka klimatyczna Unii Europejskiej. A jak inaczej zapytać obywateli, jeśli nie poprzez referendum? Przecież na tym polega demokracja. Problem w tym, że w Polsce referendum od lat traktowane jest nie jako narzędzie realnej debaty publicznej, lecz jako kłopotliwy obowiązek, którego politycy najchętniej by uniknęli. I właśnie to budzi mój największy sprzeciw. Mam wrażenie, że część klasy politycznej wychodzi z założenia, że społeczeństwo ma jedynie potwierdzać decyzje podjęte wcześniej w gabinetach, najlepiej bez zadawania niewygodnych pytań. Tymczasem sprawa polityki klimatycznej dotyczy absolutnie każdego: cen energii, kosztów życia, przyszłości przemysłu, rolnictwa, transportu czy bezpieczeństwa energetycznego państwa. To nie abstrakcyjny spór ideologów w Brukseli, tylko temat, który bezpośrednio uderza w portfele milionów ludzi.
Takie referendum mogłoby wywołać wstrząs?
– Gdyby takie referendum rzeczywiście udało się przeprowadzić, byłoby to wydarzenie o znaczeniu zdecydowanie szerszym niż tylko krajowym. Cała Europa patrzyłaby na Polskę. Inne państwa również zaczęłyby zadawać pytanie, dlaczego obywatele nie mogą wypowiedzieć się w sprawach, które mają fundamentalny wpływ na ich codzienne życie i gospodarki narodowe. Stawka jest dużo większa niż wielu dziś zakłada. To byłby sygnał, że społeczeństwo chce odzyskać wpływ na decyzje podejmowane w jego imieniu. I dlatego tak ważne są społeczne protesty oraz nacisk opinii publicznej. Jeśli obywatele nie pokażą wyraźnie, że oczekują prawa do wypowiedzenia się w tej sprawie, politycy bardzo chętnie zamkną temat w sejmowych i senackich szufladach. A wtedy znów usłyszymy, że „decydenci wiedzą lepiej”. Problem polega na tym, że coraz więcej ludzi przestaje w to wierzyć.
Dziękuję za rozmowę.
Nasz Dziennik/Rafał Stefaniuk



