fot. twitter.com/EpiskopatNews

Ks. Z. Pawłowski dla „Naszego Dziennika”: Ks. abp H. Hoser walczył o człowieka, o jego godność, o życie zgodnie z zasadami Bożymi i robił to zawsze ze względu na Pana Boga

Ks. abp Henryk Hoser to był współbrat bardzo zainteresowany drugim człowiekiem. Naszą małą wspólnotę chętnie odwiedzali inni – po części ze względu na to, że byliśmy w stolicy, blisko lotniska, ale także dlatego, że ksiądz arcybiskup umiał stwarzać bardzo przyjacielską atmosferę, więc ludzie licznie do niego przybywali, prosząc o radę. Wspólnie bardzo zaangażowaliśmy się w pomoc Kościołowi lokalnemu – mówił w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. Zbigniew Pawłowski, wspominając śp. ks. abp. Henryka Hosera.

Rozmowa z ks. Zbigniewem Pawłowskim, pallotynem, wieloletnim kustoszem sanktuarium Matki Bożej w Kibeho, który udaje się do pracy w Polskim Domu Pielgrzyma w Medziugoriu.

Proszę księdza, w jakich okolicznościach poznał Kksiądz śp. ks. abp. Henryka Hosera?

– To było dawno temu, w 1967 roku, spotkaliśmy się w nowicjacie. Późniejszy ksiądz arcybiskup budził wówczas podziw, bo większość z nas była po prostu po szkole średniej, po maturze, a on wstąpił do nowicjatu po studiach. Rodziło to zaciekawienie, że taki wykształcony lekarz chce zostać księdzem.

Był od nas starszy, ode mnie o 6 lat, ale szybko ten dystans został przełamany z tego względu, że był bardzo otwarty, do wszystkich podchodził z wielką sympatią, był zawsze chętny do pomocy. Potem naturalnie był 6-letni okres seminarium w Ołtarzewie. Ksiądz Arcybiskup był wcześniej święcony, bo zaliczono mu niektóre przedmioty, np. filozofię.

Po święceniach udał się z trójką współbraci do Paryża, by szlifować naukę języka francuskiego, ponieważ jego pragnieniem było pracować na misjach. Już będąc w seminarium, animował grupę misyjną, która miała zadanie modlitwy za misje, jak również kontaktu z misjonarzami i misjami. Codziennie o godzinie 9.00 spotykaliśmy się na różańcu, a co najmniej raz w miesiącu mieliśmy Mszę św. w intencji misji.

Później wspólnie z ks. abp. Henrykiem Hoserem trafił ksiądz na misje do Rwandy.

– To był 1975 rok. O Rwandzie niewiele słyszeliśmy, nie wiedzieliśmy, jacy są ludzie, którzy tam żyją. Jechaliśmy tam z wielkim zapałem, zaufaniem i radością, że Pan Bóg wysyła nas na tę misję.

Już pierwszego dnia po przylocie wyprawiono nas na studium nauki tamtejszego języka, który był bardzo ciekawy, ale dla nas trudny, bo do niczego niepodobny. Najbardziej uczyliśmy się go w praktyce. Od samego początku Ksiądz arcybiskup jako lekarz, już będąc na tym studium miejscowego języka, rozpoczął starania o budowę ośrodka zdrowia w jednej z dzielnic w Kigali. Ta dzielnica dopiero się tworzyła, ja wkrótce zostałem tam proboszczem nowej parafii. Rozwijała się ona bardzo dynamicznie. Gdy zaczynałem posługę, było tam 300 rodzin, zaś gdy odchodziłem, pozostawiałem 30 tysięcy.

Ksiądz arcybiskup zajął się przede wszystkim organizowaniem służby zdrowia, miał do pomocy kilkadziesiąt osób personelu medycznego – głównie pielęgniarek i personelu pomocniczego, a później także 2-3 lekarzy. Bardzo interesował się sprawami rodziny i już w 3.-4. roku pobytu w Rwandzie utworzył tzw. akcję rodzinną, gdzie najpierw kształcił pielęgniarki, kobiety, które uczyły następnie naturalnych metod planowania rodziny.

Praca ks. abp. Henryka Hosera była sukcesem, spotkała się z uznaniem międzynarodowym. Zapraszano go na kongresy. Akcja pomocy rodzinom rozwinęła się we wspaniałe dzieło. Trzy lata temu spotkałem się z przedstawicielami tej grupy, która nadal bardzo prężnie działa, ma swoje ośrodki we wszystkich diecezjach Rwandy, w wielu parafiach.

Sprawy rodziny były bliskie księdzu arcybiskupowi przez całe życie.

– On walczył o człowieka, o jego godność, o życie zgodnie z zasadami Bożymi i robił to zawsze ze względu na Pana Boga. Na początku lat 80. pojawiła się w Rwandzie nowa choroba, którą tam nazywano SIDA, a po polsku to AIDS. Zbierała olbrzymie śmiertelne żniwo, późniejsze statystyki mówiły, że co trzeci Rwandyjczyk był chory na AIDS. Pamiętam, jak ksiądz arcybiskup bardzo dużo czytał o AIDS, choć dostęp do literatury medycznej był wówczas bardzo ograniczony, nie było internetu. Z wielką troską głosił wykłady dla biskupów, księży o olbrzymim zagrożeniu, jakie niesie ta choroba.

To był współbrat bardzo zainteresowany drugim człowiekiem. Naszą małą wspólnotę chętnie odwiedzali inni – po części ze względu na to, że byliśmy w stolicy, blisko lotniska, ale także dlatego, że ksiądz arcybiskup umiał stwarzać bardzo przyjacielską atmosferę, więc ludzie licznie do niego przybywali, prosząc o radę. Wspólnie bardzo zaangażowaliśmy się w pomoc Kościołowi lokalnemu, należeliśmy do wielu komisji na szczeblu diecezjalnym, ale także na poziomie krajowym.

To był czas, gdy dobrze poznał ksiądz późniejszego księdza arcybiskupa.

– Tak, przez 10 lat mieszkaliśmy w jednym domu, a nie było nas wielu – trzech, góra czterech. Mieliśmy różnorodne zadania, ale wzajemnie sobie pomagaliśmy. Ja byłem odpowiedzialny za parafię, a ksiądz arcybiskup pomagał mi, zwłaszcza w niedzielę – odprawiał Msze św., głosił kazania, włączał się w duszpasterstwo.

Był takim bardzo zwyczajnym misjonarzem, a jednocześnie bardzo światłym, miał wielką łatwość oceny danej sytuacji. W wielu wypadkach radził mi, jak się w konkretnych okolicznościach zachować.

Drogi księdza i ks. abp. Henryka Hosera ponownie spotkały się w Medziugoriu, gdzie podejmuje ksiądz posługę w Polskim Domu Pielgrzyma.

– Obecność Matki Bożej była bardzo ważna dla nas obydwóch, między innymi za sprawą objawień Matki Bożej w Kibeho, w Rwandzie. Ostanie lata pracowałem w Rwandzie właśnie w Kibeho, byłem kustoszem sanktuarium, gdzie w latach 1981-1991 miały miejsce objawienia. Gdy ksiądz arcybiskup został mianowany przez Ojca Świętego wizytatorem apostolskim w Medziugoriu, bardzo to mnie ucieszyło. Ale o ile objawienia w Kibeho są zakończone i uznane, to w Medziugoriu wciąż trwają, co stwarza trudność do oficjalnego ich uznania przez Kościół.

Gdy ksiądz arcybiskup zachorował na COVID-19, mówiłem do niego, że Matka Boża, gdy ktoś dla Niej pracuje, jest bardzo wymagająca i taka posługa, często wiąże się z jakimś cierpieniem, ofiarą, przy czym myślałem, że to wszystko skończy się tylko na chorobie… Niestety, w piątek dotarła do nas informacja, że ksiądz arcybiskup zmarł. Byłem w Medziugoriu dwa razy: u księdza arcybiskupa, ale także jako pielgrzym. Gdy zakończyłem swoją misję w Kibeho, gdzie pracowałem 44 lata, a Pan Bóg daje jeszcze trochę sił i zdrowia, stwierdziłem, że mogę jeszcze trochę popracować. I gdy podczas posługi w Pallotyńskim Sekretariacie Misyjnym przełożeni zapytali, czy nie pojechałbym do Medziugoria – ze względu na moją posługę w Kibeho, znajomość języków, jak i z uwagi na moją znajomość z księdzem arcybiskupem, zgodziłem się. Zaraz po pogrzebie księdza arcybiskupa udaję się do Medziugoria.

Gdy Polski Dom Pielgrzyma otwiera swe progi dla wiernych, odchodzi wielki czciciel Maryi i orędownik ruchu pielgrzymkowego do Medziugoria.

– Odszedł wielki przyjaciel. Gdy w niedzielę mi powiedziano, że umarł, nie wierzyłem, dzwoniłem w wiele miejsc, by się upewnić, tym bardziej że w sobotę miałem odwiedzić księdza arcybiskupa w szpitalu, odprawić dla niego Mszę świętą i towarzyszyć ks. kard. Robertowi Sarah z Watykanu, który miał go także w sobotę odwiedzić.

Po ludzku śmierć księdza arcybiskupa to szok, ale do tych naszych spraw życia codziennego musimy podchodzić z wiarą, że wszystko jest kierowane przez Pana Boga. Dlatego tak jak to wskazałem jeszcze w rozmowie z księdzem arcybiskupem – być może potrzebna była ta ofiara jego życia, by objawienia w Medziugorie zostały uznane i żeby to miejsce, które stało się sanktuarium świata, zostało oficjalnie uznane przez Kościół za miejsce objawień.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska/”Nasz Dziennik”/radiomaryja.pl

drukuj