fot,. pixabay.com

[Jestem w Kościele] Zbawienna cisza

Cisza jest całkowitym przeciwieństwem tego, co serwuje nam współczesny świat. Nie tylko hałas wielkich miast, ale przede wszystkim media społecznościowe, przez które przebodźcowani ludzie wpadają w różnego rodzaju problemy, m.in. psychiczne. Cisza, która powinna dawać ukojenie, jawi się im jako pustka nie do zniesienia. Niestety jednak nawet w Kościele, który zawsze podkreślał zbawienną rolę ciszy (zwłaszcza w kontekście liturgii), dziś tego świętego milczenia często się unika.

O tym, jak kluczową rolę odgrywa cisza dla zdrowia psychicznego człowieka, naukowcy napisali całe tomy. Ma ona chociażby udowodniony wpływ na obniżenie poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu. Jednak chciałbym się skupić na znaczeniu milczenia dla, nie mniej ważnego przecież, zdrowia duchowego. I nie chodzi tu tylko o osobistą modlitwę, ale przede wszystkim o dzieło publiczne Kościoła, czyli liturgię. Jak pisał ks. kard. Joseph Ratzinger: „Mówiącemu do nas Bogu odpowiadamy śpiewem i modlitwą, ale wielka Tajemnica, której nie może wyrazić żadne słowo, wzywa nas także do zamilknięcia”.

Przed posoborową reformą liturgiczną podczas Mszy Świętej nie brakowało momentów ciszy. Przede wszystkim kanon eucharystyczny był odmawiany przez celebransa po cichu. Dziś odmawianie go na głos jest dla nas oczywistością, choć np. ks. kard. Joseph Ratzinger wskazywał, że wcale tak być nie musi, czym ściągnął na siebie ataki liturgistów, którzy z pogardą podchodzą do wszystkiego, co przedsoborowe.

Owszem, również w nowej liturgii mamy wciąż kilka modlitw, które kapłan wypowiada szeptem – przed odczytaniem Ewangelii, podczas przygotowania darów, przed Komunią kapłańską i po jej przyjęciu, ale nie stwarzają one wystarczającej przestrzeni na milczenie. Zwłaszcza że gdy nie ma śpiewu, modlitwa przygotowania darów jest wypowiadana głośno, podczas gdy jest to doskonała okazja do zachowania świętego milczenia. Ponadto normy liturgiczne zachęcają, aby trwać w ciszy np. po homilii i Komunii Świętej, ale niestety bardzo często celebransi tego nie respektują, pozbawiając siebie i wiernych szansę na kontemplację i głębsze przeżycie Najświętszej Ofiary.

W zamian mamy do czynienia z problemami zarówno zbytniego pośpiechu w sprawowaniu Mszy Świętej, jak i jej „przegadania”. Ks. kard. Robert Sarah, autor wspaniałej książki „Moc milczenia” (którą swoją drogą z całego serca polecam) zauważył, że podczas naszych liturgii jest zbyt dużo hałasu.

„Celebrujący ksiądz jest często przed mikrofonem i ciągle mówi, mówi, mówi” – ubolewał emerytowany prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Gdzie, jeśli nie w Kościele człowiek ma doświadczyć, że cisza nie jest nudna albo niezręczna, że nie jest marnowaniem czasu? Skoro ignorujemy jej znaczenie to nie dziwmy się, że ludzie szukają wyciszenia np. w praktykach wschodu, choćby w medytacji. Tymczasem – sięgając znów do ks. kard. Ratzingera – „Od liturgii oczekujemy tego właśnie, że da nam pozytywną ciszę, w której odnajdujemy siebie samych – ciszę, która nie będzie jedynie pauzą, kiedy to przechodzą nam przez głowę tysiące myśli i pragnień, lecz jest skupieniem, które od wewnątrz napełnia nas pokojem, pozwala złapać oddech i odnaleźć zakryte dotąd sprawy istotne”.

Wojciech Grzywacz

drukuj