fot. pixabay.com

[JESTEM W KOŚCIELE] Tajemnica owinięta w pieluszki

„Partie mają wyznawców, a Bóg sympatyków, choć powinno być odwrotnie”. Te słowa przytoczył w jednym ze swoich ostatnich filmów Tomasz Samołyk i wydaje mi się, że właśnie teraz powinny one wzbudzić w nas refleksję. Ostatnie wydarzenia polityczne były przecież na tyle burzliwe, że absorbowały (i nadal absorbują) niemal w pełni uwagę wielu z nas. W takiej sytuacji bardzo łatwo o przegapienie końcówki Adwentu, a także brak należytego przygotowania się do tego, co lada moment będziemy świętować. A przecież nie powinno być teraz w życiu człowieka wierzącego bardziej priorytetowej kwestii niż uczczenie Słowa, które stało się ciałem.

Nie chodzi tu o całkowite oderwanie się od rzeczywistości i bieżących problemów, ale o zachowanie właściwej hierarchii. Często nawet dla chrześcijan Boże Narodzenie wydaje się czymś tak abstrakcyjnym i odległym, że wielu przeżywa tylko otoczkę, zewnętrzną warstwę tych świąt. Trudno się dziwić, bo świat robi wszystko, żeby istotę Bożego Narodzenia przykryć, przede wszystkim wszechobecnym konsumpcjonizmem. Gdyby jednak tyle samo energii i zaangażowania, ile poświęcamy np. na wspomniane polityczne spory, przeznaczyć na kontemplację narodzenia Chrystusa, czyż wtedy świat nie byłby piękniejszy, a relacja z Bogiem głębsza?

Ktoś powie – no dobrze, łatwo mówić, ale co tu kontemplować? Pan Jezus się narodził, fajna sprawa, ale to było dawno i w sumie to nie wiadomo, jak naprawdę było. Ilu z nas w ten sposób myśli i przechodzi do porządku dziennego nad Bożym Narodzeniem. Zastanówmy się więc pokrótce o czym tak naprawdę są te święta. Myślę, że warto zwrócić uwagę na szczególnie jedną kwestię. Wierząc w Boga z definicji powinniśmy założyć, że należy mu się cześć. Z kolei cześć się oddaje komuś, w kim dostrzega się jakąś wartość. Jaką wartość zatem dostrzegamy w Bogu, a zwłaszcza w tym, że przybrał On ludzką naturę? Aby obrazowo przedstawić fakt wcielenia Chrystusa, ks. abp Fulton Sheen posłużył się następującym obrazem: wyobraźmy sobie, że porzucamy ludzkie ciało, a duszę umieszczamy w ciało węża. Wiązałoby się to z podwójnym upokorzeniem: po pierwsze przyjęciem ograniczeń wężowego organizmu przy jednoczesnej świadomości własnego umysłu, a po drugie życiem wśród innych, zwykłych węży. Choć analogia ta nie jest doskonała, to jednak w pewnej mierze obrazuje, na czym polegało upokorzenie Chrystusa, które jest nieporównywalne z niczym innym.

Chrystus, władca świata, przyszedł na ziemię, będącą Jego własnością tylnymi drzwiami. Narodził się w ostatnim miejscu, gdzie można byłoby się Go spodziewać. Nie zależało Mu na zaszczytach, ale na uratowaniu człowieka. Bez tej Bożej interwencji nasze życie w zasadzie nie miałoby sensu. Oto właśnie tajemnica owinięta w pieluszki. Aby ją zrozumieć, trzeba pochylić głowę wchodząc do betlejemskiej groty, czyli zdobyć się na odrobinę pokory. Jeśli więc Bóg dokonał dla człowieka tak ogromnego poświęcenia, czy i my nie możemy choć trochę się Mu „odwdzięczyć”? Nie poprzez wysprzątanie domu, przygotowanie dwunastu potraw lub ubranie choinki, które to czynności mają drugorzędne znaczenie, ale przez choćby najmniejszy gest miłości względem Boskiego Dzieciątka.

Święta Narodzenia Pańskiego to święta nadziei, która nigdy nie gaśnie. Pięknie o tym pisał o. prof. Jacek Salij: „Na tym polega sama istota radości Bożego Narodzenia – że przecież nie musi być tak, że grzech rządzi naszym życiem; że przecież nasz świat nie musi być taki nieludzki. Przecież samemu Bogu na nas zależy. I nawet jeśli brak nam sił, żeby zbliżyć się do Boga, On sam chce przychodzić do nas – bylebyśmy Mu na to pozwolili”. Właśnie tej pokrzepiającej świadomości, że Bogu na nas zależy życzę Tobie, drogi czytelniku.

Wojciech Grzywacz

drukuj