[Jestem w Kościele] Dokąd prowadzi doktrynalna różnorodność? Przypadek anglikanów
Od niedawna wspólnota anglikańska ma nowego zwierzchnika duchowego, tzw. arcybiskupa (a raczej powinienem napisać arcybiskupkę) Canterbury, Sarah Mullally. Kobietę. Zwolenniczkę „prawa” do aborcji. Niektórzy bardzo by chcieli, aby również Kościół katolicki poszedł drogą anglikanizmu i z tego powodu forsują m.in. ideę różnorodności doktrynalnej. W tym kontekście opatrznościowo Doktorem Kościoła został były anglikanin, św. John Henry Newman, który doszedł do wniosku, że pełnię prawdy można znaleźć tylko w katolicyzmie.
Kard. Newman zapewne przewraca się w grobie, widząc, co się dzieje we wspólnocie, w której dorastał, przeżył połowę swoich lat i w której dojrzewało jego pragnienie komunii z Kościołem katolickim. Bo choć anglikanie nie od dziś są bardzo podzieleni (wystarczy wspomnieć nieformalny podział na High, Low i Broad Church), to jednak wybór kobiety o tak liberalnych poglądach na stanowisko tzw. arcybiskupa Canterbury przelał czarę goryczy i doprowadził do największego w historii tej wspólnoty rozłamu. Oto zdecydowana większość anglikanów na świecie skupiona wokół Globalnej Anglikańskiej Konferencji Przyszłości odrzuciła zwierzchnictwo Londynu i postanowiła, że utworzy odrębną strukturę. „Nie możemy trwać w jedności z tymi, którzy optują za rewizjonistyczną agendą, sprzeczną z niezmiennym słowem Boga” – napisali w swoim stanowisku.
A jednak dziś nie brakuje w Kościele środowisk, które chciałyby pójść drogą tego radykalnie liberalnego skrzydła anglikanów. Red. Tomasz Terlikowski napisał ostatnio tekst pt. „Papieżyca na czele Kościoła katolickiego? Ta sprawa nie jest zamknięta”, w którym przekonuje, że kapłaństwo kobiet jest realnym scenariuszem. Znamienne, że powołuje się na przykład zmiany podejścia do kary śmierci, która za pontyfikatu Franciszka została uznana za niedopuszczalną. Nie bez powodu właśnie ten wyłom w dwutysiącletniej doktrynie Kościoła, która w ściśle określonych warunkach dopuszczała tę karę, jest pretekstem do formułowania różnych rewolucyjnych postulatów. Trzeba bowiem bardzo się napocić, aby wykazać ciągłość między dawnym i aktualnym nauczaniem. Czym innym jest dojście do wniosku, że w obecnych realiach stosowanie kary śmierci nie ma uzasadnienia, a czym innym stwierdzenie, że jest ona ze swej natury niemoralna. W żadnej mierze nie wpisuje się to w prawidłowy rozwój doktryny, o którym tak wiele pisał św. John Henry Newman.
Ci, którym przeszkadza ortodoksja, zdają sobie sprawę, że trudno byłoby przeprowadzić w Kościele pełnoskalową rewolucję doktrynalną, więc obrali strategię rozbicia dzielnicowego: część episkopatów/biskupów trzyma się tradycyjnego nauczania, a inne, bardziej lub mniej otwarcie je odrzucają. Widać to doskonale na takich przykładach jak błogosławienie związków homoseksualnych, udzielanie Komunii Świętej osobom rozwiedzionym w nowych związkach czy w ogóle postrzeganie moralności. Czyż nie przypomina to sytuacji na łonie Wspólnoty Anglikańskiej? Nie oszukujmy się zatem, że te same mechanizmy mogą doprowadzić do innych konsekwencji.
Nie moglibyśmy wymyślić lepszego patrona na czas obecnego kryzysu i postępującej anglikanizacji katolicyzmu niż św. John Henry Newman. Jego umiłowanie prawdy może stanowić punkt odniesienia wobec współczesnych wyzwań. Miejmy nadzieję, że jego myśl upowszechni się w Kościele na tyle, że nie będziemy brnąć w błędy anglikanizmu. Ale kard. Newman jest dziś także drogowskazem dla anglikańskich wiernych rozczarowanych tym, co dzieje się w ich wspólnocie. Pamiętajmy, że drzwi dla nich szeroko otworzył Benedykt XVI, który realizując autentyczny ekumenizm utworzył dla nich specjalne ordynariaty personalne, gdzie byli anglikanie mogą przyjąć wiarę katolicką przy jednoczesnym zachowaniu niektórych anglikańskich tradycji. A zatem, drodzy bracia, Matka Kościół na was czeka…
Wojciech Grzywacz



