fot. PAP/Radek Pietruszka

Prof. W. Wysocki dla „Naszego Dziennika”: Skala okrucieństwa, metodyka działania i bezwzględność wobec ludności cywilnej czynią z banderyzmu fenomen co najmniej tak zbrodniczy jak nazizm czy komunizm, a w niektórych epizodach – jeszcze bardziej bestialski

Banderyzm mieści się w tym samym szeregu ideologii totalitarnych, które realizowały najbrutalniejsze formy przemocy i ludobójstwa. Trzeba przypomnieć kontekst: to doktryna wyrastająca na gruncie nacjonalistycznych mitologii, ale czerpiąca także z najgorszych wzorców XX wieku – z rasistowskiej logiki nazizmu i z przemocy ideologii stalinowskiej. W jej rdzeniu leżało przekonanie o obowiązku „oczyszczenia” przestrzeni etnicznej: „Ukraina dla Ukraińców” przełożona na praktykę oznaczała, że obcy – Polacy, Żydzi, Węgrzy, Ormianie i inni – mieli być nie tylko wypędzeni, lecz także systematycznie likwidowani. Skala okrucieństwa, metodyka działania i bezwzględność wobec ludności cywilnej czynią z banderyzmu fenomen co najmniej tak zbrodniczy jak nazizm czy komunizm, a w niektórych epizodach – jeszcze bardziej bestialski. Mówienie o tym otwarcie to kwestia uczciwości wobec ofiar i obowiązku historycznego – powiedział prof. Wiesław Wysocki, historyk i wykładowca akademicki, w rozmowie z red. Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika”.

Nasz Dziennik: Dziś w Jureczkowej mają ruszyć ukraińskie prace poszukiwawczo-ekshumacyjne dotyczące członków UPA. To jest „cena”, jaką rząd Donalda Tuska zapłacił za możliwość prowadzenia polskich poszukiwań na Ukrainie?

Prof. Wiesław Wysocki: Z humanitarnego punktu widzenia każdemu należy się godny pochówek – dotyczy to także najcięższych przestępców czy zbrodniarzy. To zasada cywilizacji, na której zbudowany jest nasz kraj. I tym się różnimy od ludów Wschodu. W Polsce np. nie niszczy się cmentarzy. W sprawie, o którą Pan pyta, bardzo ważne jest to, żeby zmusić Ukrainę do tego, aby zagwarantowała nam pełny i nieskrępowany dostęp do badań poszukiwawczo-ekshumacyjnych wszędzie tam, gdzie mogą spoczywać nasi rodacy. To jest kwestia nie politycznych porachunków, tylko rzetelności i szacunku wobec ofiar i historii. Na Ukrainie są dziesiątki miejsc – dołów śmierci, zapomnianych mogił – gdzie mogą spoczywać Polacy. Kijów nie może blokować naszych badań. Ale nie godzę się na traktowanie badań i ekshumacji na Wołyniu jako coś do negocjacji. Jeżeli Ukraina chce wywierać na nas presję – próbując handlować zgodami na prace na Wołyniu – to powinniśmy na to zareagować.

W Polsce trwa obecnie dyskusja o rozwiązaniach prawnych, które mają wprost traktować banderyzm jako ideologię zakazaną. Prezydent Karol Nawrocki zgłasza swój projekt – penalizacja propagowania ideologii OUN-UPA.

– Jest to bardzo potrzebne. Nie może być wyjątków ani swoistej amnestii dla formacji, które brały udział w ludobójczych akcjach. Gdy mówię, że nawet sprawcy zasługują na godny pochówek, mam na myśli wyłącznie wymiar humanitarny – prywatny, kameralny pogrzeb, a nie publiczne gloryfikowanie ani państwowe ceremonie. Historia Wołynia i innych miejsc na terenach dzisiejszej Ukrainy jest krwawa: to były zbrodnie popełniane przez struktury OUN-UPA, które atakowały bezbronnych – kobiety, dzieci, osoby starsze. Nie możemy pozwalać, by ktokolwiek próbował je upiększać czy nawet symbolicznie rehabilitować. Obrona przed takim rewizjonizmem to obowiązek państwa.

Z tym że Ukraina konsekwentnie dąży do zrównania katów z ofiarami…

– Niestety, to widać gołym okiem. Poddawanie się temu budzi mój sprzeciw. W ostatnich latach obserwujemy działania i sygnały, które prowadzą do niebezpiecznej relatywizacji odpowiedzialności historycznej: próby rehabilitacji struktur OUN-UPA idą w parze z zapowiedziami, że uznanie przez Polskę UPA za formację zbrodniczą pociągnęłoby za sobą odwet wobec pamięci o bohaterach polskiej niepodległości. A więc Kijów zapowiada uderzenie w Armię Krajową. Tego nie można zaakceptować. Sprawiedliwość historyczna polega na jasno rozpoznanej prawdzie o tym, kto był sprawcą zbrodni, a kto ofiarą. Polska musi twardo stać przy tej zasadzie: pamięć o ofiarach obronić, zbrodnie potępić, a wszelkie próby relatywizacji i rewizjonizmu zdecydowanie odpierać.

Nie nadszedł zatem czas, by sięgnąć po narzędzia nacisku wobec Ukrainy – wykorzystując szeroki wachlarz możliwości międzynarodowych?

– Oczywiście, że trzeba rozważać instrumenty nacisku, ale robić to trzeba z głową – tak jak dyplomacja zawsze powinna działać: konsekwentnie, z rozmachem i jednym, jasnym głosem. Problem w tym, że dziś tego jednego głosu brakuje. Zamiast skoordynowanej polityki widzimy fragmentaryczne ruchy, próby obchodzenia właściwych procedur i instytucji, a nawet działania ad hoc, które zamiast wzmacniać pozycję Polski, rozmywają naszą narrację. Jeśli mamy realne narzędzia – ukierunkowane sankcje, blokady współpracy, warunkowanie pomocy konkretnymi gwarancjami dostępu do miejsc pamięci i ekshumacji – trzeba ich użyć, ale w ramach przemyślanej strategii.

Skoro cała polska klasa polityczna deklaruje zgodę ponad podziałami w sprawie Ukrainy i zbrodni wołyńskiej, to co realnie stoi na przeszkodzie, by przełożyć to na konkretne działania?

– Rzeczywiście, w kwestii oceny Wołynia mamy w Polsce wyjątkową jednomyślność – od lewej do prawej strony sceny politycznej wszyscy przyznają, że było to ludobójstwo i że należy je potępić. Problem polega na tym, że na słowach o potępieniu się kończy. Deklaracje wybrzmiewają głośno, ale w praktyce niewiele się dzieje. Wyjątkiem jest obecny prezydent, który nie poprzestaje na retoryce i próbuje wprowadzać w życie konkretne działania. Niestety, w rządzie dominują politycy wciąż uciekający w wygodne hasło „wybierzmy przyszłość”, jakby historia była przeszkodą, a nie fundamentem naszej tożsamości. I tu tkwi sedno problemu: mamy zgodę w słowach, ale brakuje odwagi, by pójść krok dalej i zamienić tę zgodę w politykę, która rzeczywiście coś zmienia.

W tej sytuacji w Sejmie znajdzie się większość gotowa poprzeć prezydencką propozycję penalizacji propagowania banderyzmu?

– Jestem przekonany, że tak właśnie powinno się stać. Bo jeśli ktoś miałby odrzucić ten projekt, to wprost ustawia się w kontrze do polskiej racji stanu, a to jest sytuacja nie do przyjęcia dla każdego, kto chce reprezentować Rzeczpospolitą. Sprzeciw wobec uznania kata za zbrodniarza, a zbrodniczej ideologii za zbrodniczą, oznacza w praktyce samowykluczenie z poważnej polityki. Tu nie ma miejsca na półśrodki ani relatywizowanie – sprawa jest oczywista i wymaga absolutnego poparcia. Prezydent, korzystając także z doświadczeń wyniesionych z pracy w Instytucie Pamięci Narodowej, potrafił rzetelnie ocenić charakter i mechanizmy działania tej ideologii. I dlatego właśnie jego propozycja powinna spotkać się z pełnym uznaniem, bez lawirowania.

Banderyzm to przecież ideologia tej samej kategorii zła co nazizm i komunizm.

– Tak. Banderyzm mieści się w tym samym szeregu ideologii totalitarnych, które realizowały najbrutalniejsze formy przemocy i ludobójstwa. Trzeba przypomnieć kontekst: to doktryna wyrastająca na gruncie nacjonalistycznych mitologii, ale czerpiąca także z najgorszych wzorców XX wieku – z rasistowskiej logiki nazizmu i z przemocy ideologii stalinowskiej. W jej rdzeniu leżało przekonanie o obowiązku „oczyszczenia” przestrzeni etnicznej: „Ukraina dla Ukraińców” przełożona na praktykę oznaczała, że obcy – Polacy, Żydzi, Węgrzy, Ormianie i inni – mieli być nie tylko wypędzeni, lecz także systematycznie likwidowani. Skala okrucieństwa, metodyka działania i bezwzględność wobec ludności cywilnej czynią z banderyzmu fenomen co najmniej tak zbrodniczy jak nazizm czy komunizm, a w niektórych epizodach – jeszcze bardziej bestialski. Mówienie o tym otwarcie to kwestia uczciwości wobec ofiar i obowiązku historycznego.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik/radiomaryja.pl

drukuj