fot. Monika Tomaszek

[Jestem w Kościele] Adoracja, głupcze!

Adoracja Najświętszego Sakramentu receptą na powołania kapłańskie. Taki wniosek płynie zza oceanu, gdzie zaobserwowano ścisły związek między nowymi powołaniami do kapłaństwa a adoracją eucharystyczną wśród młodych ludzi. Badania przeprowadzone w USA pokazują, że aż 78 procent tegorocznych kandydatów do święceń przed wstąpieniem do seminarium regularnie spędzało czas przed Najświętszym Sakramentem. To kolejny przykład na to, że nie trzeba uciekać się do nowinek (często wątpliwych) i stawać na głowie, aby przyciągnąć młodych do Kościoła. Wystarczy zdrowa, sprawdzona, tradycyjnie katolicka pobożność.

Rolę adoracji w życiu kapłana podkreślił ostatnio Papież Leon XIV w homilii podczas Mszy Św. z udzieleniem sakramentu święceń. Wzywając neoprezbiterów do gorliwości w modlitwie, Ojciec Święty zaakcentował właśnie adorację, dając do zrozumienia, że powinna być ona szczególną formą kapłańskiej modlitwy. Nasuwają się tu od razu słowa św. Augustyna, w którego myśli Leon XIV jest mocno zakorzeniony: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała jeśli Go najpierw nie adorował”.

Wielkim orędownikiem regularnej adoracji był Sługa Boży ks. abp Fulton Sheen. Amerykański biskup w dniu swoich święceń kapłańskich zobowiązał się do spędzania codziennie nieprzerwanej Świętej Godziny przed Najświętszym Sakramentem, co czynił aż do śmierci, która nota bene nastąpiła właśnie w najlepszym możliwym miejscu – w kaplicy przed Chrystusem Eucharystycznym. Podjęcie tej praktyki polecał szczególnie kapłanom, wskazując, że „sama wiedza teologiczna lub sama działalność społeczna nie wystarczy, abyśmy trwali w zakochaniu w Chrystusie, jeśli obu tych rzeczy nie poprzedzi osobiste spotkanie z Nim”.

Nie ma prawdziwej i owocnej adoracji bez ciszy. Duży nacisk kładł na to Papież Benedykt XVI, apelując o przeznaczenie odpowiedniej ilości czasu na milczenie (co skądinąd odnosi się także do Mszy Świętej, tak często dziś przegadywanej). Organizujemy różnego rodzaju uwielbienia, niekiedy w formie zapożyczonej od innych odłamów chrześcijaństwa, w których liczą się przede wszystkim poruszenia emocjonalne i które są przepełnione przeróżnymi formami aktywności (niestety czasami niegodnymi), byle nie ciszą. Szukamy inspiracji poza Kościołem, a przecież w nim mamy bezcenne skarby w postaci tradycyjnej, przebogatej pobożności eucharystycznej, która gdzieniegdzie niesłusznie idzie w odstawkę.

Niestety cały czas zdarza się, że tego typu praktyki jak adoracja czy generalnie kult Najświętszego Sakramentu, bywają przedmiotem ataków czy wyśmiewania. W tym kontekście chciałbym przytoczyć niezwykle bulwersującą sprawę z ostatnich dni. Prof. Andrea Grillo, wykładowca Papieskiego Instytutu Liturgicznego Anselmianum w Rzymie (a jednocześnie człowiek, który miał być spiritus movens uderzenia w Mszę Trydencką w postaci niesławnego motu proprio „Traditionis custodes”) napisał na swoim blogu tekst uderzający w Carlo Acutisa. Oburzyła go popularyzacja cudów eucharystycznych przez błogosławionego (a niebawem świętego), który dał się poznać jako gorliwy czciciel Najświętszego Sakramentu. Grillo zarzucił mu m.in. obsesję i głoszenie teologii „starej, ciężkiej i skupionej na rzeczach nieistotnych”. No cóż, nie pierwszy to raz, kiedy wykształcenie nie idzie w parze z mądrością. Miejmy tylko nadzieję, że dożyjemy czasów, w których teolodzy wygłaszający takie antykatolickie bzdury przestaną być bezkarni.

Wojciech Grzywacz

drukuj