[Jestem w Kościele] Gdyby tylko Kościół…
Bardzo często w środowiskach dalekich od Kościoła da się słyszeć głosy w rodzaju „Gdyby tylko Kościół… (tu można wstawić dowolny, zwłaszcza liberalny postulat), to nie miałbym z nim problemu, a nawet sam bym mógłbym być katolikiem”. Ta życzeniowa postawa idzie w parze z popularnym hasłem „Bóg tak, Kościół nie” oraz ze zjawiskiem wierzących, lecz niepraktykujących. Wspólnym mianownikiem tych postaw jest subiektywizm, zaś w praktyce przejawiają się one w postaci tzw. „chrześcijaństwa socjologicznego bez ustalonych dogmatów i bez obiektywnej moralności”, przed którym przestrzegał św. Jan Paweł II na początku lat 80.
Poruszam tę kwestię, gdyż natknąłem się ostatnio na recenzje pewnego granego obecnie w kinach filmu, który podejmuje tematykę kościelną (tytułu celowo nie podaję). Otóż krytycy piszą, że obraz ten jest tak naprawdę życzliwy dla Kościoła i roztacza jego bardziej inkluzywną wizję (a więc wspomniana życzeniowość – „ach, gdyby tylko ten zacofany Kościół stał się bardziej inkluzywny i postępowy…”). Na czym dokładnie miałby polegać ów „Kościół marzeń”? Celnie podsumował to ks. bp Robert Barron – „Jedyną drogą naprzód jest przyjęcie postępowych haseł, takich jak różnorodność, inkluzywność, obojętność na doktrynę, a ostatecznym rozwiązaniem jest kardynał sygnalizujący cnotę, który przyjmie papieskie imię Innocenty i będzie biologicznie kobietą”. Tak, dokładnie taki jest finał owego filmu – na Papieża zostaje wybrany kardynał z żeńskimi chromosomami i zaburzeniami interseksualnymi. Nic więc dziwnego, że bp Barron mówi, aby uciekać od tego filmu jak najdalej.
Najbardziej gróźne w obecnej sytuacji jest to, że wyznawcy uwspółcześniania Kościoła za cenę prawdy są dziś nie tylko gdzieś daleko w Hollywood czy w innych modernistycznych środowiskach, ale wewnątrz samego Kościoła. Ba! Nawet zajmują odpowiedzialne funkcje i godności kościelne. Niewykluczone, że m.in. właśnie to niebezpieczeństwo mógł mieć na myśli św. Paweł VI wypowiadając w 1972 r. słynne, lecz niepokojące słowa – „Wydaje się, że przez jakąś szczelinę dym szatana wszedł do Kościoła”.
Przed rosnącymi wpływami heretyków przebranych za katolików przestrzegał choćby Dietrich von Hildebrandt. Jak pisał „Dostatecznym powodem do smutku jest już to, że ludzie tracą wiarę i opuszczają Kościół, jednak dzieje się znacznie gorzej, kiedy ci, którzy w rzeczywistości wiarę stracili, pozostają w Kościele i usiłują – niczym termity – drążyć wiarę chrześcijańską, oznajmiając, że interpretują chrześcijańskie objawienie tak, by odpowiadało ono nowoczesnemu człowiekowi”.
Na podobny problem zwrócił uwagę ostatnio biblista ks. prof. Wojciech Węgrzyniak, który zauważył niepokojącą popularność fałszywego obrazu Chrystusa, „który musi wszystkich zbawić, do którego mówienie o piekle nie pasuje, który nigdy nikogo nie wyklucza”. Kapłan porównał to do marksizmu, który był utopią szczęśliwego społeczeństwa na ziemi i wskazał, że tu mamy do czynienia z „marksizmem teologicznym”, a więc utopijnym myśleniem, że jak zmienimy (zafałszujemy) obraz Boga, to świat będzie lepszy. „Nie będzie lepszy. Nie jestem fanem piekła, ani nie marzę, by tam był ktokolwiek, ale pytam się, czy my czasem nie oszukujemy ludzi głoszeniem Jezusa, którego nie ma w Ewangelii?” – skwitował ks. Węgrzyniak.
Wydaje się, że skala rozpowszechnionych współcześnie błędów jest tak wielka, że potrzeba nam nowej kontrreformacji. Ks. abp Fulton Sheen podkreślał, że Kościół zawsze umacniał się w konfrontacji z herezjami i błędami, więc trzeba wierzyć, że tak będzie i teraz. Nie może to jednak oznaczać bezczynności, gdyż potrzeba konkretnych i stanowczych działań – trzeba powrotu do ewangelicznego radykalizmu – radykalizmu w miłości, ale co za tym idzie, również i w obronie prawdy, czyli świętej wiary katolickiej, która została nam objawiona przez samego Boga i nie może podlegać powiewom ducha tego świata.
Wojciech Grzywacz



