[Jestem w Kościele] D. Trump nie taki wspaniały, jak go malują
Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich nasza krajowa prawica wpadła niemal w ekstazę. Skandowanie jego nazwiska przez posłów podczas posiedzenia Sejmu czy peany na cześć prezydenta-elekta nie budują powagi państwa, a raczej świadczą o postkolonialnej mentalności. Problem tkwi jednak w tym, że mimo iż zwycięstwo Trumpa jest rzeczywiście mniejszym złem niż rządy Kamali Harris, to polska prawica (a przynajmniej jej znacząca część) żyje wyobrażeniami i złudzeniami nt. nowego przywódcy USA. Trump bowiem wcale nie jest taki wspaniały, jak go malują jego bezkrytyczni zwolennicy.
Oddzielmy na początek dwie sprawy. Pierwsza kwestia to interesy Polski. Tu sprawa jest pozornie prostsza, bo pierwsza kadencja Donalda Trumpa była korzystna dla naszego kraju, więc można mieć uprawnione przekonanie, że teraz również będzie podobnie. Problem jest jednak w tym, że Polską rządzą na razie ludzie, którzy – delikatnie mówiąc – nie będą budzić sympatii nowego prezydenta, który bardzo zwraca uwagę na osobiste animozje. Nie liczę tu prezydenta Andrzeja Dudy, który ma z Donaldem Trumpem świetne relacje, ale jego prezydentura zbliża się do końca, a kto go zastąpi jest na razie wielką niewiadomą. Do tego mamy niepokojące zapowiedzi republikanina i jego ludzi nt. postawy wobec wojny na Ukrainie. Być może to tylko retoryka na potrzeby kampanii, jednak nie sposób zaprzeczyć, że trudno przewidzieć działania Trumpa w tej najbardziej kluczowej z naszego punktu widzenia sprawie.
To fakt, że rządy Donalda Trumpa mogą pomóc prawicy w Polsce odnieść sukces choćby w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Błędem byłoby jednak zbytnie inspirowanie się jego kampanią i w ogóle nim samym, co wynika z wypowiedzi części polityków PiS. Wydaje im się, że Trump wygrał kampanię wyrazistością poglądów i radykalną walką z lewicowymi postulatami, lecz prawda jest bardziej skomplikowana. W jednych sprawach republikanin był pryncypialny, w innych nie. Rację ma tu Mateusz Morawiecki, który stwierdził, że Donald Trump skupił się podczas kampanii na gospodarce, skrzętnie omijając kwestie światopoglądowe. Sam były premier upatruje sukcesu w takiej wizji prawicy, która jest technokratyczna i w zasadzie zeświecczona, która akceptuje zastane status quo w sprawach cywilizacyjnych.
Niestety Donald Trump skapitulował w kampanii w tych właśnie sprawach. Wystarczy wspomnieć deklaracje zawetowania ewentualnego ogólnokrajowego zakazu aborcji, proaborcyjne poglądy jego żony Melanii, czy obwoływanie się przez Trumpa ojcem zapłodnienia in vitro i wsparcie dla tej procedury. Jeśli do tego dołożyć akceptację dla agendy LGBTQ (z wyłączeniem literki T) – np. pamiętny wywiad ambasador Mosbacher, w którym pouczała nas, że ws. mniejszości seksualnych stoimy po złej stronie historii – sprawy nie wyglądają już tak kolorowo, a niepokojących symptomów jest dużo więcej.
Nie mam zamiaru kwestionować tu zasług republikanina. Z pewnością konserwatyści powinni być wdzięczni Trumpowi przede wszystkim za to, że mianując konserwatywnych sędziów do Sądu Najwyższego, walnie przyczynił się do obalenia wyroku Roe v Wade, za sprawą którego aborcja w USA była gwarantowana konstytucyjnie. Trzeba mieć jednak pełen obraz rzeczywistości. Wielu katolickich publicystów zza oceanu obawia się, że podczas nadchodzącej kadencji sprawy np. ochrony życia nie będą tak priorytetowo traktowane. Już w kampanii niektórzy betonowi wyborcy Trumpa atakowali tych, którzy zwracali uwagę na umizgi republikanina do środowisk pro-choice. Czy nie podobnie próbowano u nas w Polsce zamykać usta tym, którzy nie wahali się piętnować części polityków PiS-u za ich deklaratywny, ale bezobjawowy w praktyce katolicyzm? Jeśli będziemy przymykać oczy na różne tego rodzaju ustępstwa i kapitulacje w najbardziej fundamentalnych sprawach nie dziwmy się, że za kilka, kilkanaście lat polska prawica będzie tak samo „konserwatywna” jak brytyjska Partia Konserwatywna, która zalegalizowała na wyspach „małżeństwa jednopłciowe”.
Wojciech Grzywacz



