fot. https://pixabay.com/pl/

[JESTEM W KOŚCIELE] Prymat sumienia w krzywym zwierciadle

„Małżonkowie mogą współżyć ze sobą, nie zważając na to, jakie normy głosi katolicka etyka. To także jest nauczanie Kościoła!”. To nie jest żart – takie słowa możemy przeczytać w Tygodniku Powszechnym, który w ten zwięzły sposób prezentuje (a w zasadzie fałszuje) doktrynę o prymacie sumienia. Takie postawienie sprawy przez formalnie katolicki tygodnik jest nie tylko nieprawdziwe, ale i nieodpowiedzialne.

Nie neguję faktu, że przestrzeganie katolickiej etyki seksualnej może być trudne, nawet bardzo trudne, zwłaszcza że żyjemy w świecie, który – jak powiedział papież Leon XIV – ma obsesję na punkcie seksualności. Wszystko kręci się wokół tych kwestii. Ale to nie jest tak, że wyłącznie normy moralne w tej sferze są wymagające. Cała Ewangelia jest wymagająca, wystarczy wspomnieć tylko miłość nieprzyjaciół. Życie w wierności Chrystusowi to nieustanna walka duchowa, kształtowanie cnót i otwieranie się na Bożą Łaskę, która uzdalnia nas do „przekraczania siebie”. Sumienie pełni w tym procesie

Tak więc trudno zgodzić się z takim postawieniem sprawy, że wierność Magisterium w sferze etyki seksualnej jest jakimś heroizmem, bo jeśli tak na to patrzeć, to wierność przykazaniom też musi wymagać heroizmu. Odpowiedź na tego rodzaju podejście znajdziemy w encyklice św. Jana Pawła II Veritatis splendor: „Byłoby bardzo poważnym błędem wyciągać (…) wniosek, że norma, której naucza Kościół, sama w sobie jest tylko «ideałem», jaki należy następnie przystosować, uczynić proporcjonalnym, odpowiednim do tak zwanych konkretnych możliwości człowieka: według «bilansu różnych korzyści w tym zakresie”.

To, że prymat sumienia obowiązuje wtedy, nawet kiedy ono błądzi, nie oznacza, że grzeszny czyn, przestaje być obiektywnie zły. Co więcej, Kościół naucza, że są czyny wewnętrznie złe, które zawsze, niezależnie od okoliczności i intencji, pozostają złe. Owszem, wina człowieka może być zmniejszona lub całkowicie zniesiona, np. kiedy sumienie jest obarczone niewiedzą niepokonalną, która jest niezawiniona. Pytanie na ile taka sytuacja jest współcześnie możliwa, w obliczu niemal nieograniczonego dostępu do informacji. Stąd w omawianym przypadku będziemy raczej mieć do czynienia ze świadomym odrzuceniem nauczania Kościoła. W tym miejscu możemy zatem płynnie przejść do niewiedzy pokonalnej, w przypadku której człowiek odpowiada za doprowadzenie sumienia do takiego stanu. Trzeba więc przede wszystkim bardzo roztropnego rozeznania, a nie szkodliwego ogłaszania wszem i wobec: „Możecie zignorować nauczanie Kościoła w imię sumienia i to jest w porządku”.

Nie bez powodu św. Jan Paweł II we wspomnianej encyklice przestrzega: „Tak więc, zanim znajdziemy łatwe usprawiedliwienie, zasłaniając się własnym sumieniem, powinniśmy rozważyć słowa Psalmu: <<Kto jednak dostrzega swoje błędy? Oczyść mnie od tych, które są skryte przede mną>>. Istnieją winy, których nie dostrzegamy, ale które mimo to nie przestają nimi być, ponieważ to my nie chcieliśmy dotrzeć do światła”.

Może warto przy tej okazji zrobić sobie rachunek sumienia z tego, jak i czy w ogóle formujemy sumienie. Bardzo łatwo jest zatrzymać się w połowie drogi, skupiając się na tym, że sumienie to głos, któremu należy być posłusznym – norma normans, a więc zasada regulująca, kierująca. Trzeba jednak pamiętać, że sumienie to zarazem norma normata, czyli zasada, która sama musi być regulowana. Dopiero wtedy staje się ono głosem godnym zaufania – norma normans. Stąd Kościół tak bardzo kładzie nacisk na konieczność formacji i kształtowania sumienia, m.in. poprzez modlitwę, życie sakramentalne, ascezę czy zgłębianie nauczania Kościoła.

Na koniec mały eksperyment myślowy. Czy Tygodnik Powszechny podpisałby się pod następującą parafrazą swoich słów: „Antysemici mogą pozostać antysemitami, nie zważając na to, jakie normy głosi katolicka etyka. To także jest nauczanie Kościoła!”. Czy aby na pewno o taki prymat sumienia chodzi?

 

Wojciech Grzywacz

drukuj