(fot. M. Borawski)

Znikający premier

Jeśli uważnie śledzimy informacje o rozwoju Polski, trudno będzie nam zachować optymizm. Współczynnik dzietności na poziomie 1.3, czyli mniej więcej na poziomie Chin, gdzie oficjalnie nie można mieć więcej niż jednego dziecka. Blisko 2 mln emigrantów, z czego ok. 1,5 mln będących za granicą dłużej niż rok.

 

Proces informatyzacji administracji publicznej od dekady stojący praktycznie w miejscu, ale za to niezmiennie rodzący dużej skali afery korupcyjne. Sądownictwo mamy najdroższe w Europie (w przeliczeniu na PKB), ale jednocześnie niesprawne i „sprawiedliwe” jak zawsze.
Budowa infrastruktury drogowej ślimaczy się w nieskończoność z powodu oczywistej niemożliwości wybudowania jej za połowę realnych kosztów. Wyszło na to, że to, co jednak powstało, częściowo sfinansowali polskiemu państwu (pod)wykonawcy. Nic dziwnego, że po czymś takim mamy falę upadłości. Na kolei upadłości jeszcze nie ma, bo niewiele się dzieje. Jest tylko powolny rozpad na coraz mniejsze spółki i stale malejąca prędkość przewozów. W energetyce cudem udaje się rozstrzygnąć przetarg na nowe moce po to tylko, by sąd unieważnił decyzję środowiskową. Po dwudziestu latach transformacji poziom innowacyjności polskiej gospodarki maleje, co stawia pod dużym znakiem zapytania zarówno jakość polskiej przedsiębiorczości, jak i osławionego boomu edukacyjnego. Krajowe firmy nie inwestują w technologie i nie chcą się rozwijać poza granicami Polski. Zadowolone z osiągniętej już pozycji w kraju gromadzą rezerwy na czarną godzinę albo na emeryturę właściciela. System edukacyjny, na który wydajemy rocznie ok. 70 mld złotych, jest w opinii samych wykładowców fabryką młodych bezrobotnych, których jest dziś 25 procent. Natomiast jednej rzeczy nam w Polsce nie brakuje – urzędników (430 tys.) i zawodów regulowanych (360).

Winnych brak
No dobrze, ale kto za to odpowiada? Tego zazwyczaj nie wiadomo. Odpowiedzialność w Polsce jest bowiem tak rozmyta, aby każdy mógł sobie pracować w spokoju i pokazywać, że on co prawda dopełnił obowiązków – na dowód czego jest pieczątka – ale najwyraźniej to system zawinił. Jeśli już jednak jakimś cudem wiemy, kto za to odpowiada, to zazwyczaj jest to ktoś inny. Za dziurę w wałach przeciwpowodziowych odpowiada wójt. Za katastrofę w Smoleńsku piloci. Za sprzedaż siedziby IPN… sam IPN. A ostatecznie nitki i tak prowadzą do gabinetu Jarosława Kaczyńskiego.
Wiemy też, kto na pewno za to nie odpowiada. Na pewno nie odpowiada premier. I jego partia, która dzielnie zwalcza problemy, które sama przed obywatelami stawia. Bo gdyby premier za to wszystko odpowiadał, to natychmiast zrobiłoby się jakoś tak… duszno. Zapanowałaby atmosfera podejrzeń, potem zaczęto by rozliczać, czyli grzebać w teczkach. Niekoniecznie tych w IPN, ale tych już zupełnie współczesnych, z dokumentami. Innymi słowy, nieodpowiedzialność premiera jest dziś szansą na nieodpowiedzialność dla wszystkich innych decydentów w państwie.
W związku z tym mamy do czynienia w Polsce z pewnym fenomenem społecznym, który dobrze pokazują badania demoskopijne CBOS. Gdy pyta się Polaków, czy uważają, że polityka rządu stwarza szanse poprawy sytuacji gospodarczej praktycznie od momentu wybuchu globalnego kryzysu gospodarczego we wrześniu 2008 r., odpowiedź jest jednoznacznie negatywna. Nie wierzymy, by rząd prowadził nas w dobrą stronę. Nowy gabinet Donalda Tuska rokuje jeszcze gorzej niż poprzedni. Jeśli zapytamy Polaków, jak oceniają wyniki działalności rządu kierowanego przez Donalda Tuska, to okaże się, że przez całą poprzednią kadencję mieliśmy do czynienia z okresowym przeplataniem się ocen pozytywnych i negatywnych. Do marca 2009 r. przeważały oceny pozytywne, następnie dominowały negatywne, by w… kwietniu 2010 r. ponownie ustąpić pozytywnym (po znaczącym skoku w górę). Następnie od początku 2011 r. ponownie przeważały oceny negatywne, by miesiąc przed wyborami ustąpić pozytywnym. Co ciekawe, rząd tego samego premiera w nowej kadencji notuje wyraźną przewagę ocen negatywnych, a rozziew sięga od 30 do 50 proc., co dowodziłoby raczej zdolności obywateli do trzeźwej oceny wartości jego pracy.
Wreszcie Polacy zapytani, czy są zwolennikami, czy przeciwnikami rządu kierowanego przez Donalda Tuska, praktycznie do stycznia 2012 r. identyfikowali siebie raczej jako zwolenników. W 2007 r. nadwyżka była olbrzymia, by potem systematycznie maleć. Jedyne dwa momenty, w których liczba zwolenników i przeciwników zrównywała się, to koniec 2009 r. i połowa 2011 roku. Co ciekawe, w 2012 r. liczba przeciwników gabinetu Tuska wyraźnie wzrosła, osiągając w szczytowym momencie 45 proc., wobec 27 proc. zwolenników. Z biegiem czasu jednak różnica ta malała, a do Euro 2012 poparcie powoli rosło. Te wyniki niemal dokładnie pokrywają się z akceptacją dla Donalda Tuska jako premiera, co może nasuwać wniosek, że obraz premiera determinuje obraz rządu.

Czerwona kartka dla rządu
Co nam mówią te wyniki? Po pierwsze, to, że Polacy raczej nie widzą w swoim rządzie nadziei na poprawę sytuacji gospodarczej kraju. Najprawdopodobniej różnią się od narodów Europy Zachodniej, które stawiają wymagania swoim państwom, tym, że starają się poprawić swój byt własnymi siłami, a gdy napotykają bariery ponad ich siły, emigrują. Ten sposób zachowania nie zmienił się praktycznie od 150 lat (tj. od kiedy zniesiono w Polsce pańszczyznę). Polacy na ulice wychodzili dotąd jedynie wtedy, kiedy nie mogli emigrować, czyli w PRL.
Po drugie, Polacy mimo ogólnego pesymizmu co do skuteczności działań rządu uważają, że rząd Tuska raczej się stara. Faktem, który trudno będzie zapewne zrozumieć osobie o prawicowych poglądach, jest osobliwy wzrost pozytywnej oceny działań rządu w okresie między katastrofą smoleńską a raportem MAK. Równie ciekawe wydaje się, że praktycznie od razu po wyborach w zeszłym roku negatywne oceny premiera, jego gabinetu oraz poparcie dla niego poszybowały w górę. Tak jakby Polacy od razu pożałowali, że dali się namówić Donaldowi Tuskowi na drugą kadencję. Po trzecie, widać z tych badań, że jest w Polsce jeszcze trzecia partia – partia obojętnych i niegłosujących. Równie duża jak partia przeciwników. Negatywne oceny pracy rządu w tej grupie dorównują właściwie ocenom w grupie zwolenników PiS. Odwieczny problem PiS jako opozycji polega na tym, że nie potrafi lub nie chce mówić jednocześnie do wszystkich przeciwników gabinetu Tuska. W sensie politycznym zatem Platforma jest tak długo bezpieczna, jak długo PiS nie potrafi wyciągnąć osób obojętnych do wyborów.
Po czwarte wreszcie, oczekiwania wobec rządu, ocena jego pracy i poparcie dlań to w Polsce trzy różne rzeczy. Mimo że Polacy niewiele oczekiwali, źle oceniali pracę rządu, to wciąż właściwie premiera popierali. Po wyborach sytuacja zmieniła się o tyle, że wzrósł poziom niezadowolenia, ale proporcje pozostały podobne – zła ocena pracy wciąż nie przekłada się wprost na mniejsze poparcie. Oczywiście pierwszą rzeczą, która przychodzi do głowy w tym momencie, jest znany problem braku przekonującej alternatywy dla obecnego gabinetu.

Jan Filip Staniłko jest członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego i ekspertem w dziedzinie ekonomii politycznej.

drukuj