Perspektywy regionalizacji

Polska była w swoich dziejach regionalizowana dwukrotnie – najpierw w procesie rozpadu dzielnicowego, a potem w procesie rozbiorów. Dziś po raz trzeci stoi wobec projektu regionalizacji. Tym razem w ramach integracji europejskiej.

Perspektywa polska
Rozpad dzielnicowy Polski w XII wieku był skutkiem przekonania, że władza panującego rodu Piastów jest częścią ich rodzinnego dziedzictwa i w ramach dziedziczenia podlega podziałowi podobnie jak prywatny majątek. Po śmierci Bolesława Krzywoustego pomiędzy jego synów podzielona została zatem władza wraz z ziemiami i zamieszkującymi je poddanymi. W imię zachowania całości politycznej ustanowiono wprawdzie seniorat (czyli zwierzchnictwo najstarszego dziedzica), ale w warunkach nieustannych sporów i wojen o podziały spadkowe seniorat nie spełnił funkcji czynnika skutecznie scalającego Polskę. Poszczególnym dzielnicom nadawana była odrębna organizacja polityczna, a ich rozdrobnienie i nieustanne spory otworzyły drogę do ekspansji żywiołu niemieckiego na ziemie polskie. W walce z tym żywiołem Bolesław Krzywousty odnosił znaczące sukcesy na polach bitewnych, ale niestety przegrał swój testament.
Ostatni Piastowie odbudowali w XIV wieku jedność państwa w oparciu o przekonanie, że Korona Królestwa Polskiego jest niepodzielna – spoczywa wprawdzie na głowie piastowskiego dziedzica, ale służyć ma nie tyle pożytkowi domu panującego, ile dobru całego królestwa. Podstawowym czynnikiem scalającym okazał się Kościół jako główny wychowawca Narodu, a także doradca polityczny, dążył bowiem do ustanowienia trwałych podstaw pokoju pomiędzy zwaśnionymi księstwami dzielnicowymi. Podstawowym zadaniem scalonego Królestwa stało się powstrzymanie ekspansji niemieckiej na ziemie polskie. Temu celowi służyły też zawierane przez Polskę porozumienia międzynarodowe, a w szczególności unia z Wielkim Księstwem Litewskim, która z czasem rozwinęła się w Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Pomimo potęgi, którą Rzeczpospolita osiągnęła, nie udało się już odzyskać wielu terytoriów utraconych w czasach rozpadu dzielnicowego, zaś Prusy stać się miały w późniejszym czasie głównym organizatorem rozbiorów Polski.
Upadek Rzeczypospolitej poprzedzony został długotrwałym procesem rozkładu, którego istotnym skutkiem (niektórzy uważają, że przyczyną) był rozkład władzy królewskiej. Warto jednak pamiętać, że cały XVII wiek to nie tylko czas licznych błędów polskich, ale także czas wielorakich zabiegów międzynarodowych zmierzających do rozmontowania potęgi naszego państwa. Na początku XVIII wieku osłabienie władzy królewskiej, rozwój licznych „państw” magnackich i otwarta współpraca wielu magnatów z obcymi stolicami otworzyły sąsiadom możliwość bezkarnej eksploatacji ziem Rzeczypospolitej. Rozbiory nastąpiły jako odpowiedź Prus, Rosji i Austrii na kolejne próby przywrócenia rzeczywistej władzy polskiej. Spowodowały w życiu polskim zmiany niewspółmiernie głębsze niż dawny rozpad dzielnicowy. Siłą rozerwane części jednego narodu znalazły się nie tylko w granicach kilku obcych organizmów politycznych, ale także w obszarze oddziaływania obcych systemów prawnych, kultur, języków. Czynnikiem decydującym o odbudowaniu państwa stał się fakt, że Naród zachował swój byt i poczucie łączności pomimo utraty własnej organizacji politycznej i – co więcej – w warunkach niewoli zdołał dynamicznie rozwijać własną kulturę. Nie dokonałoby się to bez ofiarnej postawy rodzin polskich i bez pacierza po polsku. Zjednoczenie większości ziem polskich w ramach odbudowanego państwa polskiego rozumiano jako gwarancję wolności we własnym, polskim domu. I usilnie pracowano nad niwelacją różnic będących obciążającą pozostałością po rozbiorach. Głównym zaś przeciwnikiem odrębnej państwowości polskiej ponownie okazały się Niemcy, ze swą doktryną o Polsce jako „państwie sezonowym”. I ponownie podjęły współpracę z Rosją przeciwko Polsce. Splot okoliczności II wojny światowej sprawił, że II Rzeczpospolita upadła. Po klęsce Niemiec i po przesunięciach granicznych, których dokonali zwycięzcy, Polska utraciła swoje Kresy Wschodnie, a odzyskała dawne ziemie piastowskie utracone w czasach rozbicia dzielnicowego. Przetrwała jako odrębna i jednolita narodowo państwowość, niestety – za zgodą głównych stolic Zachodu – uzależniona od Moskwy. Naród, któremu brunatni i czerwoni wrogowie wymordowali warstwy przywódcze, zmuszony był kontynuować opór (kulturowy przede wszystkim) wobec „nowoczesności” narzucanej przez Moskwę i jej pełnomocników w kraju. Opór ten – znów głównie dzięki polskim rodzinom i Kościołowi – okazał się skuteczny. Natomiast wobec zmian, które nastąpiły po 1989 roku, zapanowała daleko idąca dezorientacja Polaków co do rzeczywistego ich znaczenia. Niewątpliwie przyczyniło się do tej dezorientacji kilkakrotne zrywanie ciągłości państwowej i wyniszczenie polskich elit.
Włączenie Polski w procesy integracji europejskiej bardzo wielu interpretuje dziś jako przejaw polskiej wolności. Przede wszystkim dlatego, że wybór ten został dokonany w warunkach demokratycznych głosowań i – intencjonalnie – przeciwko perspektywie uzależnienia od Moskwy, która pozbawiała Polskę niepodległości i której działania do dziś budzą niepokój Polaków. Uwadze wielu umyka natomiast fakt, że wciąż narastające polityczne, prawne i gospodarcze uzależnienie Polski w warunkach integracji europejskiej jest już – delikatnie to ujmując – co najmniej nie mniejsze niż dawne uzależnienie PRL od Związku Sowieckiego. Polityką Unii Europejskiej sterują głównie Niemcy, niestroniący zresztą od bliskiej współpracy z Rosją. Kluczowe zaś niemieckie cele polityczne w ramach integracji europejskiej to federalizacja i regionalizacja.

Perspektywa kontynentalna
W broszurze „Regionalizacja jako instrument likwidacji państw narodowych” (2005) Jan Engelgard zrelacjonował niektóre znamienne stanowiska wobec regionalizacji europejskiej. Poczynając od opinii Szwajcara Denisa de Rougemont´a (1906-1985), uważanego za jednego z głównych ideologów regionalizmu. De Rougemont twierdził między innymi: „Nie wierzę w tę „potężną konfederację”, o której mówił generał de Gaulle, a która składałaby się z Państw Narodowych, zazdrośnie upierających się przy pretensjach do absolutnej suwerenności. (…) Wierzę natomiast w konieczność dekompozycji naszych Państw Narodowych. Albo raczej w konieczność ich odrzucenia, zdemistyfikowania ich sakralności; ich granice powinny być przepuszczalne jak sito, te granice na ziemi, pod ziemią i w powietrzu powinny być zakwestionowane i przy każdej okazji należy wykazywać, jak są absurdalne”. „W jutrzejszej Europie, wyzwolonej od tyranii granic politycznych i administracyjnych, narzucanych całościom etnicznym i ekonomicznym, bardzo szybko zarysuje się i umocni podział na organizujące się regiony (…) na tych właśnie regionach zbudujemy Europę, nie zaś na strukturach – w dużej mierze nie wypełnionych treścią – narodów. Przejście od narodu do regionu będzie podstawowym zjawiskiem dla Europy końca XX wieku”.
O „zjednoczenie Europy poprzez ograniczanie suwerenności narodowej na wybranych, wąskich odcinkach życia narodowego” zabiegał Jean Monnet (1888-1979) (Engelgard za: Jerzym Chodorowskim – Osoba ludzka w doktrynie i praktyce europejskich wspólnot gospodarczych). W 1948 r. Monnet twierdził, że „zacząć trzeba od zrobienia czegoś jednocześnie i bardziej praktycznego i bardziej ambitnego. Suwerenność narodową trzeba zaatakować odważniej na węższym froncie”. W ten sposób narodziła się koncepcja Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, której plan powołania (dostarczony przez Monneta) ogłosił francuski minister Robert Schuman i stąd zwany jest planem Schumana. Monnet został pierwszym przewodniczącym Wysokiej Władzy tej Wspólnoty i jej rzeczywistym organizatorem. Kilka lat później zasady działania wypracowane w ramach EWWiS zostały w ramach kolejnych wspólnot europejskich rozszerzone na całość zagadnień gospodarczych i dziś rozwijane są w ramach Unii Europejskiej.
Warto dodać, że zasady te są rozwinięciem pomysłów dawniejszych, praktykowanych w czasach powołania niemieckiego Związku Celnego (1833). Związek ten doprowadził do przekształcenia licznych państw i państewek niemieckich w jedno scentralizowane i nastawione na zewnętrzną ekspansję państwo. Działało ono pod faktycznym przewodem Prus. Berlin zaś nigdy nie osiągnąłby pozycji umożliwiającej przeprowadzenie tej operacji, gdyby nie potencjał, który Prusy wcześniej zdobyły, uczestnicząc w rozbiorach Polski. Francuz Pierre Hillard, autor wydanej w 2002 r. książki „Mniejszości i regionalizmy w federalnej Europie Regionów. Dochodzenie w sprawie niemieckiego planu, który wstrząśnie Europą”, dokonał analizy polityki niemieckiej na przestrzeni czasu. „Doszedł do wniosku, że polityka ta powróciła do koncepcji obecnej już od czasów średniowiecza, która polega na wykorzystywaniu różnorodności etnicznej, językowej i kulturowej Europy w celu rozbicia silniejszych struktur politycznych i zaprowadzenia na całym kontynencie ładu prawnego, będącego odwzorowaniem struktury obowiązującej w RFN”. „Chodzi o budowę Europy Federalnej, w której podstawową jednostką będzie nie państwo narodowe, lecz region autonomiczny”. Pracują nad tym projektem Europy Regionów liczne wyspecjalizowane instytucje niemieckie, w tym zasilane ze środków publicznych. Jako czołowych zwolenników regionalizmu na gruncie polskim Engelgard wskazuje polityków z kręgu gdańskich liberałów. Przytacza wypowiedź Donalda Tuska z 1995 roku: „W interesie polskiej prowincji leży więc ograniczenie centralnej redystrybucji, obniżenie podatków i zmiana ich charakteru z państwowego na lokalny oraz ustanowienie dużych, samodzielnych województw samorządowych z szerokimi kompetencjami (ze stanowieniem prawa lokalnego włącznie). Tylko silny i zdeterminowany ruch polityczny jest w stanie sprostać temu wyzwaniu, ruch będący autentycznym buntem prowincji. Historia pokazuje, że moloch Państwa jest zdolny do wszystkiego, z wyjątkiem dobrowolnego wyzbycia się władzy”. Inny polityk tego samego środowiska – Jan Krzysztof Bielecki, stawiał pytanie: „Czy Europę czeka diametralne przeobrażenie i polityczna rewolucja? Czyżby polityczna mapa Europy miała coraz bardziej przypominać tę sprzed tysiąca lat? Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale jedno jest pewne – coraz większe znaczenie będą miały w Europie silne, sprawnie zarządzane społeczności lokalne i regionalne”. Radykalny krok w kierunku realizacji tych planów stanowiła reforma administracyjna przeprowadzona przez rząd Jerzego Buzka, oparta na AWS i Unii Wolności, zmierzająca do tworzenia wielkich, euroregionalnych województw. Autor tego artykułu (w tamtym czasie będący posłem na Sejm RP) miał zaszczyt być wyrzuconym z klubu AWS za sprzeciw wobec realizacji tych planów. Przy okazji otrzymał liczne krytyki od swoich za to, że podobno „rozbijał prawicę”. Ciekawy to przyczynek do stanu orientacji politycznej współczesnych. Czy gdyby ten stan orientacji był nieco wyższy, to parę lat później byłoby możliwe powierzenie losów polskiej nawy państwowej komuś, kto nawoływał do buntu prowincji przeciwko „molochowi” własnego państwa?
Osobną jest kwestią, na ile główni twórcy europejskiej federalizacji i regionalizacji nie prowadzą kalkulacji błędnej ze względu na deklarowane przez siebie cele. Dążą mianowicie do europejskiej federacji, aby w jej imieniu uczestniczyć w urządzaniu ładu globalnego na równi z innymi współczesnymi mocarstwami. Postrzegając państwa narodowe jako przeszkodę w budowaniu federacji europejskiej, posługują się regionalizacją do osłabienia i niszczenia państw. Tym samym osłabiają jednak Europę. To przecież państwa europejskie wciąż jeszcze dysponują czynnikami realnej siły. Osłabione, będą tą siłą dysponować mniej sprawnie, ale regiony ich w tym na pewno nie zastąpią. Władze państwa federacyjnego są wciąż jeszcze w powijakach i nie wiadomo, czy i jak się rozwiną (z perspektywy dobra narodów Europy – najlepiej aby nigdy). Chyba że jedno państwo przejmie funkcje pozostałych państw i samo siebie nazwie władzą federalną albo jakaś rewolucja rozpętana w skali kontynentalnej ustanowi nową, centralną i z konieczności totalitarną władzę. I to teoretycznie jest możliwe. Tylko po co wtedy wszystkie te tyrady o walce z molochem państwa w imię wolności? Oto rodzi się moloch kontynentalny! Wypada mieć nadzieję, że bariery strukturalne i finansowe, które twórcy Unii Europejskiej sami prowokują, powstrzymają realizację wielu szaleństw. Jest jednak mało prawdopodobne, aby kłopoty Unii doprowadziły do zarzucenia przez Niemcy planów regionalizacji Europy.

Perspektywa globalna
W stosunkach międzynarodowych pojęcie regionalizacji ma inne jeszcze znaczenie – jako podejmowanie trwałej współpracy państw położonych w jakimś regionie świata. Z perspektywy globalnej współpraca państw europejskich w ramach Unii jest właśnie takim przejawem współpracy regionalnej o zasięgu europejskim. Taka współpraca regionalna – sama w sobie często nader pożyteczna i cenna – też może być traktowana jako narzędzie niwelowania znaczenia poszczególnych państw. Współcześnie bowiem na celowniku znalazła się sama zasada suwerenności. Raport Klubu Rzymskiego „Pierwsza rewolucja globalna” przytacza opinię wybitnego historyka brytyjskiego Arnolda Toynbee´ego, iż „kult suwerenności stał się wielką religią ludzkości. Jej Bóg domaga się ofiar w ludziach”.
Można by zgodzić się z tą tezą, jednak z pewnym uzupełnieniem: otóż, ofiar w ludziach domagają się też inne kulty współczesnego świata, jak choćby globalizm promowany przez autorów raportu. Na udział w takich fałszywych kultach naraża się każdy, kto chciałby budować ludzki ład w oderwaniu od prawdy o Bogu i o człowieku – bo wtedy ginie pamięć, że my, wszyscy ludzie, jesteśmy dla siebie bliźnimi. We współczesnej Europie i w świecie promocja federalizmu jest równoległa już nie tylko do negacji Boga, ale i do negacji prawa naturalnego. Na jakiej zatem podstawie mielibyśmy wierzyć, że w miejsce kultu suwerenności współczesnych państw nie rozwinie się kult suwerenności nowego państwa regionalnego czy globalnego?
Absolutyzacja suwerenności państwowej została upowszechniona, gdy ostatecznie załamała się w Europie wspólnota narodów chrześcijańskich. W warunkach Christianitas doskonale rozumiano, że ponad każdym prawem ludzkim, a zatem także ponad prawem narodów i państw pozostaje prawo miłości Boga i bliźniego. W konsekwencji żadne ludzkie prawo czy przywilej nie mogły być absolutyzowane. Ład polityczny, w tym międzynarodowy, w czasach Christianitas również nosił wyraźne ślady ludzkich ułomności, pełen był różnorodnych niesprawiedliwości, konfliktów i wojen. Tym niemniej świadomie dążono w nim do wypełnienia prawno-naturalnego i ewangelicznego ideału, w tym duchu formowano ludzkie sumienia, rozstrzygano spory i łagodzono konflikty. I zazwyczaj szanowano kulturową i polityczną różnorodność. Niezbędną jedność narodów budowano w oparciu o wspólne duchowe i moralne fundamenty, a nie w oparciu o polityczne stanowienie.
W warunkach głębokiego kryzysu religijnego, w którym pogrążyły się narody chrześcijańskie, nastąpiła utrata wspólnych kryteriów oceny dobra i zła. Skutki utraty tej wspólnej miary spraw ujawniły się także w stosunkach pomiędzy narodami. W ramach tzw. systemu westfalskiego, czyli w ramach ładu międzynarodowego ustanowionego po zakończeniu wojny trzydziestoletniej (1648), o stosunkach pomiędzy państwami decydować miało nie tyle prawo, ile siła, którą poszczególne z nich dysponowały. Co więcej – przez prawo zaczęto rozumieć nie to, co słuszne, ale to, co postanowione przez dysponentów siły. W efekcie prawo jakiegokolwiek narodu do samodzielnego bytu może być zakwestionowane, jeżeli tylko zostanie przeciwstawiona mu stosowna siła. I można przy pomocy siły „legalnie” ustanowić władanie jakiegoś państwa na terytorium cudzym. Jak daleko twórcom tego westfalskiego systemu do ojców Soboru w Konstancji (1414), którzy przyjęli dowodzenie naszego Pawła Włodkowica – podniesione wbrew posłom cesarskim czy krzyżackim – że ziemia pogan nie jest ziemią niczyją. W systemie westfalskim pokój pomiędzy narodami zapewniony ma być nie tyle przez odwołanie się do prawdy o Bogu i człowieku oraz do prawa naturalnego, ile poprzez równowagę sił, w tym militarnych. System ten, choć powszechnie krytykowany, trwa do dziś i upowszechnił się daleko poza Europę. Uzupełniają go przeróżne, mniej lub bardziej trwałe koalicje państw, a w ostatnich kilkudziesięciu latach niezliczone organizacje międzynarodowe, z Narodami Zjednoczonymi na czele. Dziś, także przy pomocy tych organizacji, trwa światowa operacja przeciwko narodom i państwom, które powinny zaniknąć, aby uczynić miejsce siłom o szerszym zakresie oddziaływania. Siły te – stanowione głównie przez ośrodki sterujące obiegiem pieniądza i światowym handlem – zdolne są do podejmowania decyzji o warunkach rozwoju poszczególnych krajów, o wojnie lub warunkach pokoju, o zmianie systemów politycznych. Rozbijanie narodów i państw przez przenoszenie ich kompetencji na szczebel globalny albo regionalny – w imię ustanowienia nowego ładu światowego – okazuje się zatem dobrze znanym z ludzkich dziejów zjawiskiem podboju. Okazuje się podbojem realizowanym w gigantycznej skali i przy wykorzystaniu nowych środków, które daje współczesna cywilizacja. Twórcy tego projektu marzą o powołaniu jednego narodu kontynentalnego (Richard de Coudenhove-Kalergi czy Romano Prodi) albo nawet światowego (amerykański prezydent Ulisses S. Grant). Fundamentem zaś moralnym takiego ładu politycznego miałoby stać się ustanowienie jakiegoś zupełnie nowego, synkretycznego systemu religijnego o zasięgu światowym (niedawno, w artykule poświęconym globalizacji i globalizmowi, przytaczałem projekt Klubu Rzymskiego w tej sprawie zawarty w „Pierwszej rewolucji globalnej”). Jaka siła ludzka byłaby zdolna zapobiec absolutyzowaniu suwerenności światowej władzy powołanej w takich warunkach?

Perspektywa nauki Kościoła
Z perspektywy nauki Kościoła powoływanie instytucji międzynarodowych stojących na straży dobra wspólnego całej rodziny narodów jest celowe i pożądane – oczywiście z tym zastrzeżeniem, które wynika z zasady pomocniczości. Instytucje międzynarodowe mają wypełniać te zadania, których narody i państwa same z siebie nie są w stanie wypełnić, a nie zastępować narody i państwa w wypełnianiu właściwych im zadań. Wszelkie przejmowanie właściwych kompetencji narodów i państw, a w szczególności ich niszczenie w imię budowy przyszłych władz kontynentalnych czy światowych jest aktem skierowanym przeciwko wolności tych wspólnot politycznych, a w konsekwencji przeciwko wolności osób ludzkich, które te wspólnoty stanowią. Są to zatem akty głęboko niesprawiedliwe i niegodziwe. Takimi aktami są też manipulacje na wspólnotach politycznych, które pozornie są wyrazem troski o jedno dobro, ale w istocie zmierzają do niszczenia innego dobra wspólnego.
Tworząc nowe projekty polityczne, warto wreszcie pamiętać, że zarówno wadliwe działanie, jak i upadki złych systemów o zasięgu kontynentalnym czy globalnym prowadzą do ludzkich nieszczęść niewspółmiernie większych niż te, które powodowane są wadliwym działaniem czy upadkami poszczególnych narodów i państw. Budowanie godziwego ładu politycznego wymaga od jego uczestników poczucia dobra wspólnego całej rodziny narodów, ale i szacunku dla dóbr poszczególnych ludów i narodów. Oczywiście także dla dóbr społeczności regionalnych ukształtowanych w toku dziejów. Należy zatem dobra te rzetelnie rozeznać, a nie wymyślać i kreować pod wpływem egocentrycznych rojeń i egoistycznych dążeń. Budowanie ładu politycznego musi dokonywać się w prawdzie, bez której nie jesteśmy w stanie ani się porozumieć, ani podejmować dobrych decyzji.

drukuj