fot. Jakub Strzelka/tojesttorun.pl

[TYLKO U NAS] A. Jakubowski: Miałem wielu kolegów, którzy byli bardziej utalentowani ode mnie, a mniej osiągnęli w sporcie

Jeżeli chodzi o moją karierę piłkarską, nie odczuwam jakiegoś wielkiego niedosytu. Wiem, że dałem z siebie wszystko. Miałem wielu kolegów, którzy byli bardziej utalentowani ode mnie, a mniej osiągnęli w sporcie mówi w rozmowie z redakcją sportowa Radia Maryja Ariel Jakubowski, jednokrotny reprezentant Polski, były zawodnik m.in. ŁKSu Łódź, Wisły Płock oraz Lecha Poznań.


Pierwszym Pana poważnym klubem w piłkarskiej karierze był ŁKS Łódź, z którym w sezonie 1997/1998 wywalczył mistrzostwo Polski. Co jednak sprawiło, że już zaledwie dwa lata później zespół spadł do II ligi?

Drużyna była mocna. Byli w niej doświadczeni, ale i też utalentowani zawodnicy. Po zdobyciu mistrzostwa Polski odeszło trzech z nich: Tomaszowie Kos i Kłos oraz Mirosław Trzeciak. Do tego wypadek motocyklowy Marka Saganowskiego to było dla nas spore osłabienie. W tym momencie tak naprawdę nie było już 50 procent zespołu. Jakby tego było mało, gra w europejskich pucharach również dawała się nam we znaki. Potem odeszła kolejna grupa piłkarzy, jak choćby Rafał Niżnik czy Jacek Paszulewicz. To był ciągły odpływ krwi w drużynie, dlatego dwa sezony później spadliśmy z Ekstraklasy.

Latem 1998 roku przyszło wam się zmierzyć z Manchesterem United w eliminacjach Ligi Mistrzów. Czy „Czerwone Diabły” rzeczywiście były wówczas nie do ruszenia?

Wiedzieliśmy doskonale, że jest to mega mocna drużyna i ktokolwiek nie pojechałby zagrać na Old Trafford, przyjmie dużo bramek. Występ w „Teatrze Marzeń” był dużym przeżyciem. Zrobiło na nas wrażenie to, że na rozgrzewce był pusty stadion, a jak tylko zeszliśmy do szatni i minęło 10 minut, wróciliśmy, a trybuny były już zapełnione do ostatniego miejsca. […] Na pewno po pierwszym meczu była wiara w sprawienie niespodzianki. Gdybyśmy w rewanżu na początku spotkania zdobyli gola, a mieliśmy ku temu dobre okazje, to kto wie, jakby się to skończyło. Trzeba też jednak przyznać, że był to tak mocny i doświadczony zespół, że kontrolował grę.

Który z piłkarzy sir Alexa Fergusona zrobił na Panu największe wrażenie?

Zawsze podziwiałem Ryana Giggsa. Był on moim idolem i fajnie było zagrać przeciwko niemu. Ale w United wówczas każdy był gwiazdą Jaap Stam, David Beckham czy Andy Cole. Bogusław Wyparło na pewno się cieszył, że spotkał Petera Schmeichela i mógł się z nim wymienić bluzami.

W czerwcu 1999 roku udało się Panu zaliczyć jedyny w karierze występ w reprezentacji Polski. Jak wspomina Pan okoliczności, w których udało się otrzymać powołanie od Janusza Wójcika?

To była taka kadra „wakacyjna”. Część kluczowych piłkarzy nie mogła wtedy przyjechać, więc w nagrodę za dobre występy w młodzieżówce trener Janusz Wójcik powołał mnie i Maćka Terleckiego. Po powrocie ze zgrupowania kadry moja forma po przygotowaniach do nowego sezonu nie była najwyższa, przyplątały się różne kontuzje i później trzeba było pracować nad dojściem do jak najlepszej dyspozycji, a nie myśleć o reprezentacji. Wydaje mi się, że najbliżej powrotu do kadry byłem w momencie, kiedy występowałem w Odrze Wodzisław Śląski. Graliśmy bardzo dobrą piłkę i wtedy z tego klubu powołanie do drużyny narodowej otrzymał Paweł Sibik. Może wówczas istniała szansa, ale też nie czułem, że jestem jakoś specjalnie brany pod uwagę.

Janusz Wójcik – jakim był trenerem?

Na pewno był to trener, który lubił porządek. Miał prosty kontakt z zawodnikami, w prostych słowach mówił to, czego oczekiwał. Często nie przebierał w słowach. Do wszystkich docierało to, co miał do powiedzenia.

Przed sezonem 2002/2003 trafił Pan do Wisły Płock. Nafciarze byli wówczas zespołem, który zaczął coraz więcej znaczyć na piłkarskiej mapie Polski.

Drużyna była mocna w tamtym czasie. Pieniądze w Płocku były, bo Orlen mocno wspierał klub. Trzeba było poczekać trochę aż ten zespół się zgra. Początki nie były najlepsze, bo pracę w roli trenera stracił Mieczysław Broniszewski. Po przyjściu Dariusza Gęsiora oraz Andrzeja Kobylańskiego poziom drużyny wzrósł. Wahan Geworgian był w dobrej dyspozycji, dużo goli strzelał Irek Jeleń. W pierwszym sezonie bardziej walczyliśmy o utrzymanie, ale też udało się dojść do finału Pucharu Polski, gdzie zmierzyliśmy się w dwumeczu z Wisłą Kraków, która wówczas była poza zasięgiem każdego polskiego klubu.

Największą gwiazdą drużyny był Ireneusz Jeleń. Co go wyróżniało na tle innych napastników Ekstraklasy?

Posiadał atuty, którymi w Polsce mogło pochwalić się niewielu napastników. Był bardzo szybki, umiał powalczyć o piłkę, miał niezły przegląd pola, dobre uderzenie i szczęście do goli. Często było tak, że piłka spadała mu pod nogi, czy na głowę i strzelał bramkę, ale miał też odpowiedni timing. Jak tylko obrońcy zostawili mu za dużo miejsca, on miał czas, żeby się rozpędzić i już ciężko było go dogonić. W ten właśnie sposób często wpisywał się na listę strzelców.

Podczas swojej kariery spotykał się Pan z różnymi sytuacjami jak choćby tą w ŁKS-ie, gdzie robiono wszystko, by nie wypłacać premii zapisanych w kontrakcie. Dużo mówi się też o specyficznym charakterze Libora Pali.

Te zapisy były wówczas śmieszne. Z drugiej strony takie kontrakty podpisywaliśmy, ale też nie wiedzieliśmy, że to będzie tak pilnowane i że jak komuś będzie coś brakowało, to już nie wejdzie na boisko, żeby tylko nie wyszedł na tym dobrze. Jako drużyna byliśmy zgrani, próbowaliśmy Markowi jakoś pomóc, ale nasze zamiary zostały rozszyfrowane [śmiech przyp. red.]. Marek przyszedł do klubu na mecz, dostał informację, żeby w ogóle się nie przebierał, poszedł na trybuny, żeby tu nie było jakichś kabaretów, że ktoś z kontuzją zejdzie, a on w jego miejsce pojawi się na boisku. Takie to były czasy. Trener Pala miał trudnych charakter. Momentami miał swoje odmienne opinie, ale na pewno też sporo się od niego nauczyłem jeśli chodzi o czystą merytoryczną trenerkę.

Patrząc z perspektywy czasu, piłkarze o największych umiejętnościach, z którymi miał Pan przyjemność grać w jednym zespole, to?

Na pewno Marek Saganowski. Miał wielkie możliwości charakter, praca, talent. Kontuzje i wypadek motocyklowy zahamowały mu jednak karierę. Bez dwóch zdań. Mógł być jeszcze groźniejszym napastnikiem, ale i tak mimo wszystko po tak ciężkim wypadku doszedł do formy i odpowiedniego poziomu. Poza tym, Tomek Wieszczycki. Jak wrócił z Francji, byłem pod wrażeniem jego umiejętności piłkarskich. Z takim zawodnikiem wówczas jeszcze nie grałem. Bardzo dobrze operował piłką zarówno prawą, jak i lewą nogą. Świetnie grał głową. Miał potencjał, żeby grać w lepszych klubach za granicą. Natomiast najciężej grało mi się przeciwko Kalu Uche. Był bardzo dobry technicznie. Niesamowicie szybki. Jak nie było asekuracji, potrafił ośmieszyć przeciwnika.

Niemal 20 lat piłkarskiej kariery z pewnością może posłużyć Panu do różnych przemyśleń i refleksji. Stąd pytanie – co się stało z naszą piłką klubową na przestrzeni tego okresu, że dziś polskie kluby w europejskich pucharach regularnie notują wstydliwe wyniki z zespołami, przynajmniej w teorii, z dużo słabszych lig?

Na pewno te teoretycznie słabsze ligi na przestrzeni lat poszły mocno w górę. Kwestia finansów ma tu olbrzymie znaczenie. Budżety klubów w Armenii, Azerbejdżanie czy Kazachstanie wzrosły i choćby dzięki temu nas dogonili. Grają tam dobrzy piłkarze (najczęściej z byłej Jugosławii), którzy zarabiają niezłe pieniądze i podwyższają poziom tamtejszych lig. U nas z kolei nie ma takich drużynliderów, które mogłyby ciągnąć całą ligę do przodu, jak choćby kiedyś Wisła Kraków czy Legia Warszawa. Na tym ucierpiała nasza piłka. Do tego dochodzą bazy szkoleniowe. Mamy tu trenera z Mołdawii, który mówił, że baza Sheriffa Tyraspol jest taka, że nikt w Polsce takiej nie ma. Więc my od siebie oczekujemy nie wiadomo czego, a też z drugiej strony nie do końca inwestujemy w naszą piłkę, infrastrukturę. Też oczywiście nie ma co wszystko zrzucać na kwestię pieniędzy. Słowacy i Czesi pokazują nam przecież, mając mniejsze czy porównywalne budżety do nas, że można zrobić fajne wyniki w europejskich pucharach. Wynika to pewnie ze struktury klubów, szkolenia, lepiej rozwiniętych akademii i utrzymania dzięki temu dłużej utalentowanych piłkarzy.

Na koniec kilka słów jeszcze o Pana karierze piłkarskiej. Jest Pan z niej zadowolony?

Byłem piłkarzem Antoniego Ptaka, a że on oczekiwał za mnie dość dużych pieniędzy oczywiście zachowując odpowiednie proporcje to ciężko było mi wyjechać za granicę i tam kontynuować karierę. […] Nie odczuwam jakiegoś wielkiego niedosytu. Wiem, że dałem z siebie wszystko. Miałem wielu kolegów, którzy byli bardziej utalentowani ode mnie, a mniej osiągnęli w sporcie. W Polsce wszystko przeżyłem: mistrzostwo, spadek, grę w europejskich pucharach. Jestem zadowolony ze swojej kariery. Wiadomo, że można było więcej oczekiwać, ale takie jest życie. Teraz trzeba się skupić na innych sprawach.

Wojciech Heron, Wojciech Papuga/radiomaryja.pl

drukuj