Za wiarę w Polaków, dziękuję

Dziękuję Radiu Maryja i "Naszemu Dziennikowi" za pomoc, za wsparcie, za
podtrzymanie na duchu i wiarę w Polaków. Dla mnie to prawdziwe objawienie, że są
media, które nie kłamią i nie manipulują.

To nie jest prawda, że przed 10 kwietnia nie wiedziałam, co to jest Radio
Maryja, czy też nie miałam w rękach "Naszego Dziennika". Oczywiście miałam, bo
czasem kupował go mój mąż, bo czytałam przed autoryzacją wszystkie wywiady
Janusza, taki mieliśmy od lat zwyczaj, a były tam też wywiady udzielane "Naszemu
Dziennikowi". Słuchałam również audycji z jego udziałem emitowanych w Radiu
Maryja. Ale to wszystko. Życie wygenerowało we mnie nastawienie antyklerykalne.
Od świata związanego z instytucją Kościoła wolałam trzymać się z daleka, by po
prostu uniknąć rozczarowań co do reprezentujących go osób. Nawet na starość nie
potrafiłam pozbyć się swojej idealistycznej wizji osoby duchownej – pełnej
miłości do innych ludzi, szczególnie tych biednych i zagubionych – skromnej i
ubogiej. Nikt nie mógł spełnić moich kryteriów poza Janem Pawłem II.
Inna zupełnie sprawa to dziennikarstwo w Polsce. Zdeprawowany przez 50 lat
komunizmu zawód nie zdołał się odrodzić po 1989 roku. Uczniowie przejęli od
swoich nauczycieli kunsztowną sztukę manipulacji faktami i gdy się spojrzy
głębiej, to nawet sponsorzy się nie zmienili. A nawet gorzej. Apoteoza komunizmu
i zwycięstwa proletariatu zmieniła się w apoteozę pieniądza bez względu na to,
kto płaci i czyje interesy za pomocą tych pieniędzy załatwia. Zniknęły gdzieś w
tzw. kulturze masowej wartości bezwzględne, takie, które nadają sens życiu
człowieka, które go upodmiotowiają, sprawiają, że różni się on od przystrojonego
w barwy godowe, dobrze odżywionego i zadowolonego z siebie zwierzęcia. To media
sprawiają, że jednostka staje się w coraz większej mierze przedmiotem
manipulacji. Jej praca, konsumpcja, czas wolny są manipulowane przez reklamę,
przez podawaną na tacy ideologię. "Dostosowana" osoba łatwo uczy się, że
zachowanie, które nie pasuje do podawanego i akceptowanego schematu, jest dla
niej niekorzystne. By się lansowanemu przez media sposobowi myślenia
przeciwstawić, tzn. zacząć samodzielnie myśleć, człowiek musi się zdobyć na
wielką odwagę, na wysiłek stworzenia własnego systemu wartości, na ryzyko utraty
popularności, pracy, a nawet w niektórych systemach – wolności. Żeby nie być
gołosłownym, wystarczy sięgnąć po przykłady z ostatnich tygodni. Publiczne,
medialne przyzwolenie na potępianie, wyśmiewanie ludzi należących do PiS
wygenerowało patologię społeczną, która skończyła się zabiciem człowieka w
biurze tej partii w Łodzi. Gdyby taką publiczną nagonkę media prowadziły
przeciwko populacji niedźwiedzi, prawdopodobnie ludzka istota sprowadzona przez
system – który akceptowała – do roli przedmiotu, poszukałaby wartości
upodmiotowiającej w zabiciu niedźwiedzia górskiego.
Trudno się więc dziwić mojej daleko posuniętej niechęci do kontaktu z mediami.
Po tragedii 10 kwietnia, po okresie żałoby, polskie media wylansowały i
narzuciły społeczeństwu jedyną możliwą interpretację, zalecaną także przez
polski rząd jako jedyna dobrze widziana: trudno, stało się, przypadek, wina mgły
i pilotów, ale żyć musimy dalej, teraz będzie lepiej, więc wracajmy i bawmy się,
póki my żyjemy.
Wtedy właśnie postanowiłam, że nie można dać się zmanipulować i trzeba mówić
prawdę, gdzie tylko się da i za wszelką cenę. I wtedy popełniłam błąd. Zgodziłam
się na wywiad do "Wprost", naiwnie spodziewając się po wstępnej rozmowie, że
będzie to forma upamiętnienia mojego męża i ludzi, którzy zginęli 10 kwietnia.
Powstał ckliwy artykuł pt. "Smoleńskie wdowy", z pociętym moim tekstem, z
którego nic nie wynikało. I który pani redaktor mimo moich licznych telefonów i
e-maili zapomniała przysłać mi do autoryzacji.
Z dużym dystansem i nieufnością podeszłam do rozmowy, gdy któregoś dnia
zadzwonił do mnie pan Mariusz Kamieniecki z "Naszego Dziennika" z prośbą o
wywiad. I pewnie gdyby nie gdzieś głęboko ukryta świadomość, że katolickie media
przecież nie mogą kłamać i manipulować, to nie zgodziłabym się na tę rozmowę. Od
tej chwili minęło pół roku, a może nawet więcej. Współpraca z panem Kamienieckim
w porównaniu z kontaktami z innymi dziennikarzami – a zdążyłam zgromadzić już
sporo doświadczeń – to po prostu różnica klasy. Sposób prowadzenia rozmowy,
takt, umiejętność słuchania tego, co rozmówca ma do powiedzenia, to cechy dziś
całkowicie unikatowe wśród dziennikarzy. A to dzięki nim treść przekazu staje
się ważna, a nie sensacja, którą tekst ma wygenerować.

Siła prawdy i odwagi
Po kilku dniach żałoby i Mszy św. na placu Piłsudskiego oficjalnie zamknięto
temat Tragedii Narodowej 10 kwietnia 2010 roku. Samo to określenie zostało przez
media wyszydzone i sparodiowane. Podano Polakom na tacy, co mają myśleć i jak
myśleć dalej. Rodziny zostały pozostawione same sobie z ogromnym problemem
zmanipulowanego śledztwa. Znalazła się jednak ogromna siła, która w tej sytuacji
podała nam rękę i która sprawiła, że przestaliśmy czuć się sami. To było jak
objawienie. Pojechałam w lipcu tego roku do Częstochowy zbierać podpisy ludzi
pod petycją o powołanie Międzynarodowej Komisji Ekspertów w celu prowadzenia
wiarygodnego śledztwa w sprawie katastrofy w Smoleńsku. Patrzyłam na zebrane
tłumy, które modliły się godzinami w niewiarygodnym zupełnie upale, które tam
właśnie zaczęły zbierać dla nas podpisy. Na ludzi, którzy podchodzili, by tylko
powiedzieć, że są, że myślą tak samo, że chcą pomóc. Uświadomiłam sobie wtedy,
jak wielka jest to siła, tym większa, że ideowa, że nie kupiona za pieniądze
żadnych koncernów. Gdyby nie Radio Maryja, nigdy nie udałoby się nam zebrać
ponad 300 tysięcy podpisów, a być może także nie udałoby się znaleźć w sobie
dostatecznie dużo siły, by walczyć o prawdę.
Mój przyjaciel, który także już nie żyje, powiedział kiedyś żartem, że "Nasz
Dziennik" powinien teraz zmienić nazwę na "Dziennik Lotniczy". Bardzo trafna
uwaga. Ogrom pracy merytorycznej dziennikarzy włożonej w analizę mechanizmów
katastrofy Tu-154M poraża nawet takiego laika jak ja. Liczne wywiady i opinie
ekspertów, wypowiedzi ludzi doświadczonych w ocenie katastrof lotniczych to
jedna strona problemu. Druga, nie mniej ważna, to wyjaśnianie opinii publicznej
tła politycznego tej katastrofy, pokazywanie ogromu zaniedbań i nonszalancji
strony polskiej, uświadamianie niedociągnięć i manipulacji dowodami śledztwa
przez Rosjan. Trzeba dużej odwagi, by głosić tak niepopularne prawdy. Myślę, że
to jednak daje satysfakcję, mnie również, zwłaszcza kiedy stoję przy kiosku, do
którego podchodzi młody człowiek i prosi o "Nasz Dziennik", a kioskarz go pyta,
czego taki młody szuka w tej gazecie. I pada odpowiedź: "Chcę się czegoś
dowiedzieć o katastrofie smoleńskiej". A kolejna osoba już nie dostaje tej
gazety, bo nakład w kiosku wykupiono. To bardzo ważne – dla mnie i innych ludzi,
którzy myślą podobnie. Ważne, że nie jest tak, jak każą myśleć nam prorządowe
media, teraz także dołączyła do nich TVP 1. Że dla wielu ludzi sprawa śmierci
prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wielu wybitnych Polaków jest kwestią bardzo
ważną, że czują, jak na ich oczach tworzy się historia i chcą w jej odkłamywaniu
mieć swój twórczy udział. Za pomoc, za wsparcie, za podtrzymanie na duchu i
wiarę w Polaków – dziękuję.

Zuzanna Kurtyka
 

drukuj