Kazanie pasyjne („Droga Krzyżowa”) wygłoszone podczas Gorzkich Żali w Bazylice św. Krzyża w Warszawie

Jeden z nieżyjących już wybitnych polskich teologów zauważa, że „Życie Chrystusa, Jego droga krzyżowa i ofiarna śmierć są jakby lustrem, w którym może się przejrzeć każdy człowiek i zobaczyć siebie takim, jakim naprawdę jest” (Ks. Wincenty Granat). W naszym rozważaniu Męki Pańskiej, chcemy dzisiaj towarzyszyć Zbawicielowi dźwigającemu krzyż na Kalwarię. Pragniemy też zobaczyć, jak nasze ludzkie drogi wpisują się w drogę krzyżową Pana Jezusa: czy jesteśmy Jego wiernymi uczniami i naśladowcami właściwie odczytującymi przesłanie płynące od Jezusa obarczonego krzyżem?

Męka Jezusa jest faktem historycznym, ale też jednak przerasta czas historyczny. Jeśli mówimy, że nasz Zbawiciel cierpi jeszcze dalej – to dotykamy wielkiej tajemnicy Boga – Człowieka bliskiego i solidarnego z każdym człowiekiem, i naszymi kruchymi, ograniczonymi pojęciami chcemy wyrazić coś więcej, niż znaczą te ludzkie słowa.

Według zwyczaju panującego z czasach Pana Jezusa, skazany na śmierć przez ukrzyżowanie, sam powinien zanieść krzyż na miejsce egzekucji. Wykonanie wyroku odbyło się tym spieszniej, bo zbliżało się wielkie święto żydowskie i po zapadnięciu zmroku, miano spożywać uroczystą wieczerzę paschalną. Prawdopodobnie – zgodnie z obyczajem rzymskim – krzyż niesiony przez Jezusa to belka poprzeczna, zwana belką śmierci, podczas gdy słup prostopadły wbijano już na miejscu kaźni uprzednio. Niektóre wizerunki przedstawiające scenę obarczenia Pana Jezusa krzyżem, ukazują to w sposób bardzo wymowny – w duchu Chrystusowej, ewangelicznej nauki o przyjmowaniu krzyża. Otóż Pan Jezus, na tych niektórych obrazach, wręcz wyciąga ręce po krzyż, którym będzie obciążony. Wąskimi uliczkami Jerozolimy, teraz zatłoczonymi przez tłumy pielgrzymów przybyłych na Paschę, zmierza na Kalwarię bolesny pochód: żołnierze rzymscy prowadzą na stracenie Jezusa wraz z dwoma złoczyńcami. Drogę krzyżową naszego Pana opisali nam Ewangeliści, a o niektórych wydarzeniach, jakie miały na niej miejsce, wiemy dzięki przekazom pobożnych tradycji. Zarówno prawo żydowskie jak i rzymskie, nie pozwalało wyroku ukrzyżowania dokonywać w mieście i w skwarne, palestyńskie przedpołudnie musiał, umęczony już wcześniej Pan Jezus przez biczowanie i inne udręki, przejść prawie kilometrową, kamienistą drogę, pnącą się pod górę.

Z ewangelicznych opisów przymuszenia Szymona Cyrenejczyka, by pomógł Panu Jezusowi w dźwiganiu krzyża można wnioskować, że musiał Zbawiciel pod jego ciężarem upadać i albo dla sprawniejszego przeprowadzenia egzekucji, albo z obawy, by skazaniec nie umarł w drodze, żołnierze zorganizowali pomoc. Na wspomnianym w poprzednim rozważaniu pasyjnym Całunie Turyńskim, zachowały się też ślady krwawych obrażeń, związanych z drogą krzyżową Pana Jezusa. Dwa rozległe otarcia

znaczą okolicę prawego i lewego barku Człowieka z Całunu. Postały one na skutek tarcia ciężkiego narzędzia męki – belki krzyża (patibulum), niesionej na ramionach, po biczowaniu. Choć Jezus miał na sobie jakąś szatę, jednak tarcie to na nowo otworzyło rany, powiększając je i deformując. Belka była przywiązana do rąk i pęta, obejmowały także nogi, na wysokości kostek. Zwykle też skazańcy byli powiązani między sobą, więc nie trudno było o upadki, czy to z powodu nierówności drogi, czy też skazani pociągali się nawzajem. Pan Jezus upadając, nie mógł złagodzić upadku rękami przywiązanymi do narzędzia kaźni, więc upadał na kolana i na twarz, przygnieciony dźwiganą belką. Wskazuje na to utrwalone na Całunie Turyńskim szerokie otarcie na lewym kolanie, a także zdeformowane opuchlizny na czole i twarzy oraz złamana przegroda nosowa.

Żołnierze widząc coraz bardziej słabnącego skazańca, „przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa, który wracając z pola właśnie przechodził, żeby niósł krzyż Jego” (Mk 15, 21). Nie wiemy, co czuł i myślał Szymon, gdy wracając po całodziennej pracy w polu, został przymuszony przez żołnierzy, do pomocy w niesieniu krzyża, pewnie nieznanego dla siebie Skazańca. Musiało jednak to przedziwne spotkanie potem przynieść jakiś zbawienny owoc, na co wskazuje wymienienie przez Ewangelistę Marka imion synów Szymona z Cyreny. Nie jest wykluczone, że ci dwaj ludzie noszący rzymskie imiona, byli znani odbiorcom Ewangelii Marka. A o tym samym Rufusie wspomina Apostoł Paweł, w Liście do Rzymian (por. Rz 16, 13).

A nam, dzisiaj, Pan Jezus przyjmujący pomoc Szymona Cyrenejczyka mówi: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Czeka nasz Pan dzisiaj na pomoc w ludziach chorych, cierpiących, głodnych, przybyszach, więźniach i będących w różnych trudnych sytuacjach. Czego im nie uczyniliśmy, tego nie uczyniliśmy Jezusowi (por. Mt 25, 45). Święty Paweł Apostoł nas tu jeszcze zachęci: „Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnijcie prawo Chrystusowe” (Ga 6, 2). A to prawo Chrystusowe – to prawo miłości – nowe i największe przykazanie naszego Pana. I to z miłości będziemy kiedyś sądzeni. Błogosławieni, czyli szczęśliwi będą ci, którzy okazali konkretną solidarność z potrzebującymi pomocy (por. Mt 25, 34). Kiedyś – jak słusznie zauważa Paul Claudel – „W martwych dłoniach poniesiemy tylko to, co daliśmy innym; bliźni trzymają nasze klucze do nieba!”.

Ewangelista Łukasz opisując drogę krzyżową Pana Jezusa wspomina o spotkaniu cierpiącego Zbawiciela z niewiastami. W atmosferze wrogości, która otaczała skazanego na śmierć krzyżową Jezusa, znalazły się jednak osoby, które współczuły Zbawicielowi. Może wśród tych niewiast były i takie, które wcześniej doznały ze strony Pana Jezusa jakiegoś dobra? Wobec ich głośnego płaczu, obarczony krzyżem Jezus, zwraca się do nich z pouczeniem i przestrogą: „nie płaczcie nade mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi… Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31). Łzy współczucia, były jedynym darem, jaki te niewiasty chciały ofiarować Panu Jezusowi, ale Zbawiciel oczekiwał czegoś więcej. Pragnął, by poznały przyczynę Jego Męki i dlatego zwraca się do nich z wezwaniem do nawrócenia, przepowiadając jednocześnie straszne dni zburzenia Jerozolimy. Obraz drzewa w tym wypadku, jest ilustracją Jezusowego napomnienia: jeżeli tak oto dzieje się z drzewem zielonym, którym jest Jezus, to cóż dopiero stanie się z grzesznikami, których symbolizuje drzewo suche? Może ich pochłonąć ogień sądu Bożego.

Pobożna tradycja przekazała nam o spotkaniu Pana Jezusa na drodze krzyżowej ze Swoją Matką. Choć nie opisali nam tego wydarzenia Ewangeliści, to przekaz tradycji potwierdza i nasze głębokie przekonanie, że Maryja chciała być jak najbliżej swojego, tak okrutnie cierpiącego, umiłowanego Syna! Jak trudno wyrazić, w ludzkich słowach, tajemnicę spotkania tych dwóch serc: Syna i Matki, w tak dramatycznych okolicznościach. Może łatwiej wniknąć w tajemnicę serca Bożej Matki, tak bardzo bolejącego nad cierpieniem Syna, zwłaszcza tym matkom, które musiały zetknąć się z cierpieniem swojego dziecka, które bardzo kochały, a któremu, po ludzku, nie mogły pomóc?

Duszę Maryi przeniknął ów miecz z proroctwa Symeona (por. Łk 2, 33 nn.), które głosiło też, że Jej Syn „będzie znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”. Maryja – Matka Bolesna jest błogosławiona, bo uwierzyła (por. Łk 1, 45) ; w Nazarecie, w Betlejemie, a także teraz, na drodze krzyżowej, i będzie podążała na Swoim Synem aż na Kalwarię, by tam stanąć pod Jego krzyżem. I dlatego też potem będzie uczestniczyła w radości i chwale Zmartwychwstania swojego Boskiego Syna. Oto droga wiary Matki naszego Pana, która ma być i naszą drogą! Kiedyś, z bólem serca, Maryja wraz z Józefem, szukali 12-letniego Pana Jezusa w Jerozolimie, dokąd przybyli na Święto Paschy. Gdy po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, na pytanie Maryi: „Synu, czemuś nam to uczynił?” z ust Jezusa padła odpowiedź, niełatwa do zrozumienia: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (por. Łk 2, 41 nn.). I teraz, na drodze krzyżowej, zdaje się Jezus mówić Swojej Bolesnej Matce, że musi być w tym, co należy do Jego Ojca – w dziele zbawienia świata, i że wolę Ojca trzeba Mu wypełnić do końca! W nabożeństwie Gorzkich żalów jest też część nazwana: Rozmowa duszy z Matką Bolesną. W jednym z wersetów, patrząc na współcierpienie Maryi z Jej Boskim Synem, zwracamy się do Niej z prośbą: „Dozwól mi z sobą płakać” i też niech takie będzie nastawienie naszego serca: uwielbiając cierpiącego Zbawiciela, chciejmy być blisko i Matki Bolesnej.

Z drogą krzyżową naszego Pana jest związana jeszcze jedna postać, o której mówi nam czcigodna tradycja dotycząca Męki Pańskiej – to Weronika, jak ją nazywamy. Przez wrogi tłum, przez kordon żołnierzy, przedostała się do umęczonego Pana Jezusa jakaś kobieta, by móc, delikatnym gestem, chustą, obetrzeć Jego zakrwawioną twarz. Ile trzeba było odwagi, by to uczynić wśród tłumu, żądnego krzyżowej egzekucji. Wiele wskazuje na to, że nawet na Całunie Turyńskim zachowały się ślady tego dobrego uczynku współczującej Weroniki. A ona sama – jak mówi pobożna tradycja – na chuście, którą otarła umęczone Oblicze, zobaczyła Jego krwawe odbicie. A my, dzisiaj? „Czy stworzeni na Jego Obraz i Podobieństwo jesteśmy przez odrobinę miłosierdzia, odrobiną chusty Weroniki?” Takie pytanie zawiera fragment komentarza do jednej ze stacji tzw. Golgoty Jasnogórskiej – Drogi Krzyżowej, namalowanej przez Jerzego Dudę – Gracza, która znajduje się na górnej kondygnacji, wejściowej części Kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Artysta malarz w sposób, których wielu głęboko porusza, wydaje się, że chciał nam przypomnieć ważną prawdę dotyczącą naszego życia chrześcijańskiego, że krzyż jest drogą każdego człowieka i całej rodziny ludzkiej, ale idzie człowiek jak i cały świat, dzięki zbawczemu dziełu Chrystusa, ku Zmartwychwstaniu. Bardziej lub mniej wyraźnie, na różnych etapach życia, drogi tego naszego życia są drogą krzyżową. Te wszystkie ludzkie drogi z naszymi krzyżami są wpisane w Drogę Krzyżową Pana Jezusa i stąd bierze się ich sens, bo mają nas prowadzić do udziału w chwale naszego Zmartwychwstałego Pana. Błogosławiony Kapłan – Męczennik, którego życiowa droga krzyżowa, po wcześniejszych cierpieniach i prześladowaniach przez władze komunistyczne, zakończyła się na tamie, we Włocławku, z której związanego, wrzucono go do Wisły, wyznał: „Życie jest drogą krzyżową. Idziemy od jednego zmartwienia do drugiego, upadamy, podnosimy się. Spotykamy ludzi, którzy nam pomagają: Szymonów z Cyreny, ale też i tych, którzy nas smagają złością, językiem, obmową, krzywdą. Czasami jest to ktoś najbliższy w domu, w pracy i wtedy najbardziej boli. Mamy prawo usuwać cierpienie, ale nie wolno nam zapominać o jego wartości”.

Zbawiciel mówi do nas wszystkich: „Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje” (Łk 9, 23). Naśladowanie naszego Pana i Mistrza jest więc nierozerwalnie złączone z braniem swojego, codziennego krzyża – a więc z Bożą akceptacją tego wszystkiego, co w naszym życiu trudne, bolesne, związane z ofiarą i wyrzeczeniem. A więc nie smętne cierpiętnictwo, nie jakiś pseudo-kult cierpienia, ale uczynienie z tego, dzięki zjednoczeniu z Chrystusem, za którym podążamy, czegoś nowego, co będzie miało wymiar zbawczy. I tu nie chodzi też o jakiś krzyż wymyślony przez nas samych, lecz ten, który jest związany z naszą konkretną sytuacją życiową. Będzie więc może to droga krzyżowa wynikająca z twojej choroby, ograniczeń i cierpienia, które niesie, a jej stacjami to: pobyty w szpitalach, placówkach leczniczych i uciążliwości jakie są z tym dzisiaj złączone. Może to krzyż, jaki też niekiedy muszą nieść nawet dzieci porzucone przez rodziców, czy z rodzin rozbitych, które są skazane na pobyt w Domach dziecka. Specyficzną drogę krzyżową muszą odbywać ci, którzy chcieliby pracować, ale spotykają się z wielkimi trudnościami w znalezieniu pracy. Także ci, którzy usiłują wyjść z różnych uzależnień.

A patrząc w naszą przeszłość, przywołajmy tu, znaczone krzyżami, nasze polskie drogi do wolności Narodu i Kościoła. Jaką straszną, krzyżową poniewierką był los tych, którzy byli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, czy w sowieckich łagrach. Tygodniami, pociągami, na Syberię, były transportowane tysiące Polaków, w bydlęcych wagonach, by potem żyjąc w nieludzkich warunkach i wykonując morderczą pracę, najczęściej tam zakończyć swoje życie. Ktoś opisując taką drogę krzyżową na Syberię, odbywaną zimą, wspominał, że gdy od czasu do czasu pociąg zatrzymywał się, głównie po to, by pozbyć się zwłok zmarłych ludzi w czasie transportu, to na twarzyczkach wynoszonych zmarłych dzieci, można było dostrzec zamarznięte łzy… I jeszcze wspomnijmy drogę krzyżową zamordowanych w Katyniu, czy innych miejscach zbrodni. Pod koniec życia Prymas Tysiąclecia – Kardynał S. Wyszyński – wielki obrońca Narodu i niezłomny Pasterz Kościoła, którego 30-tą rocznicę śmierci będziemy obchodzili 28-go maja br. powiedział, że droga jego posługi biskupiej była dla niego Wielkim Piątkiem.

Na tegorocznych Gorzkich żalach, idąc śladami Męki Pańskiej, uważnie chcemy się także przyjrzeć Słudze Bożemu Janowi Pawłowi II – wiernemu naśladowcy Chrystusa, co wnet uroczyście potwierdzi Kościół, dokonując beatyfikacji Papieża – naszego Rodaka. A trzeba nam sobie przypomnieć, że od początku życie Ojca świętego było naznaczone krzyżem: bardzo wcześnie umarła mu matka, bo nie doczekała nawet dnia I Komunii św. małego Karola. Gdy miał dwanaście lat – umiera jedyny, ukochany starszy brat lekarz, zaraziwszy się, pracując w szpitalu, ostrym wypadkiem szkarlatyny, co przy ówczesnej (1932 r.) nieznajomości antybiotyków, było zakażeniem śmiertelnym. Potem lata okupacji, ciężka praca w kamieniołomie, wypadek i prawie nagła śmierć ojca, gdy Karol miał 21 lat. I właściwie odtąd, nie miał już nikogo z najbliższej rodziny. Gdy myślimy o latach posługi papieskiej Jana Pawła II, to już dobrze wszyscy wiemy, co wydarzyło się 13 maja 1981 roku, a potem wiele następnych problemów zdrowotnych miało tu swoje źródło. Wszyscy też dobrze pamiętamy o ostatnich stacjach drogi krzyżowej posługi papieskiej Jana Pawła II, gdy w Wielki Piątek 2005 r. nie mogąc uczestniczyć w nabożeństwie Drogi Krzyżowej w Coloseum, łączył się z uczestnikami tego szczególnego nabożeństwa, modląc się w swojej prywatnej kaplicy. Z pewnością mamy mocno utrwalony w naszej pamięci obraz Jana Pawła II trzymającego w swoich dłoniach krucyfiks, który potem przycisnął sobie do serca i do twarzy. Ks. Abp Mieczysław Mokrzycki, wtedy jeden z sekretarzy papieskich wspomina: „…przytulał twarz do krzyża. To był niezwykły obraz, niezwykle świadectwo. My stojąc obok widzieliśmy coś, czego w telewizji nie można zobaczyć. Widzieliśmy tę rurkę w tchawicy. Widzieliśmy jak ciężko oddycha i jak walczy. To była jego droga krzyżowa. To był jego krzyż” (Abp M. Mokrzycki, Brygida Grysiak – Najbardziej lubił wtorki). Potem było jeszcze błogosławieństwo Urbi et Orbi w Niedzielę Wielkanocną, ale już bez słów i podobnie – ostatnie błogosławieństwo we środę, po Wielkanocy. A w końcu sobotni wieczór 2-go kwietnia z ostatnim słowem Amen, wypowiedzianym przez umierającego Ojca świętego. „Jego twarz promieniała… jego twarz się zmieniła. Nie była już ani pomarszczona, ani blada… Pan Bóg przechowuje ciało [świętych] w niezniszczalności, z jasnym obliczem” – to fragment świadectwa Ks. Abp M. Mokrzyckiego o odchodzeniu Jana Pawła II (dz.cyt.).

Idąc za Jezusem naszą drogą krzyżową, która wpisuje się w Drogę krzyżową naszego Zbawiciela, nie możemy zapomnieć o tej drodze, która dla 96-ciu osób, tak bolesny kres miała pod Smoleńskiem, 10-go kwietnia ub. roku. Dzisiaj mija dokładnie rok od tragicznej katastrofy lotniczej samolotu prezydenckiego. Trwa dalej droga krzyżowa rodzin i bliskich tych, którzy tam wtedy zginęli. Jest to też w pewnej mierze, i droga krzyżowa bardzo wielu z nas, którzy nie chcemy się zgodzić na wymazywanie pamięci o ofiarach katastrofy smoleńskiej i na manipulacje wokół wyjaśnienia jej przyczyn. Tę bolesną ranę, jaką jest ta dziwna katastrofa, nie mająca sobie równej w naszych dziejach, można zaleczyć tylko pełną prawdą o jej przyczynach oraz szacunkiem i należnym upamiętnieniem wszystkich ofiar tej tragedii, która stała się częścią Golgoty Wschodu, bo przecież Prezydent Rzeczpospolitej wraz z towarzyszącymi osobami udawali się, by oddać hołd pomordowanym w Katyniu.

Przed naszą Bazyliką świętokrzyską, od ponad 150-ciu lat, stoi figura Pana Jezusa dźwigającego krzyż. Ustawiono ją w bolesnym okrasie niewoli, gdy Polska była wymazana przez zaborców z mapy Europy. Pod koniec Powstania warszawskiego, we wrześniu 1944 roku, figura Chrystusa z krzyżem została strącona z cokołu i upadła na uliczny bruk, ale i wtedy, niezmiennie płynęło przesłanie tego wizerunku Sursum corda – W górę serca! Na ten napis umieszczony na cokole, wskazywał Chrystus leżący wśród gruzów, swoją ręką. To samo przesłanie nadziei od Tego, który „cierpiał za nas i zostawił nam wzór, abyśmy szli za Nim Jego śladami” (por. 1P 2, 21) płynie ku nam i dzisiaj.

Droga krzyżowa nie jest szlakiem wiodącym do nikąd i nie jest celem, ale prowadzi do celu. Idziemy z naszymi krzyżami za Tym, który jest „drogą, prawdą i życiem” (por. J 14, 6) – do pełni życia w Bogu. Chrystus dźwigający krzyż, wskazuje nam drogę ku niebu i woła: Sursum corda – W górę serca.

Panie Jezu, spraw, abyśmy nigdy nie tracili Ciebie z oczu, na naszych

drogach krzyżowych, bo przecież Ty, Panie, idziesz zawsze przed nami i z nami. Bądź naszym Przewodnikiem! Uśmierzaj nasze bóle i niepokoje. Mocą swojego Ducha Świętego, z naszych krzyży dźwiganych w jedności z Tobą, Zbawicielu, uczyń drogę światła. Amen.

 

Ks. Piotr Rutkowski CM

drukuj