[Jestem w Kościele] Kościół jest nietolerancyjny – i dobrze!
Kościół jest nietolerancyjny! Tak, w pewnym sensie ci, którzy wygłaszają tego rodzaju zarzuty, mają rację. Jak powtarzał abp Fulton Sheen, Kościół jest nietolerancyjny w kwestii prawdy i zasad. Tolerancja odnosi się bowiem do błądzących osób, a nie do ich błędów. Dlatego w obliczu zalewu fałszywej otwartości umysłu, amerykański kaznodzieja z pełną powagą apelował o nietolerancję. Nietolerancję wobec zła we wszelkiej postaci.
Z właściwą sobie błyskotliwością abp Sheen obnażał paradoksy tolerancji, która stała się najwyższą możliwą cnotą współczesnego człowieka. Pytał retorycznie, czy można być tolerancyjnym wobec tabliczki mnożenia czy praw fizyki. Tymczasem prawda z natury jest nietolerancyjna względem błędu, tak jak 2×2 nie toleruje wyniku 5. „Nietolerancja w zakresie zasad – pisał błogosławiony in spe – jest fundamentem rozwoju, a matematyk, który naśmiewałby się z kwadratu, bo ten zawsze ma cztery boki, i w imię postępu radziłby mu, żeby przynajmniej jeden bok odrzucił, wkrótce przekonałby się, że stracił wszystkie kwadraty świata”.
Apel abp. Sheena o nietolerancję ma jednak szczególne znaczenie w sprawach Bożych. Zwracał on uwagę, że błędy dotyczące wiary, a zwłaszcza herezje, nie mają wpływu na sprawy osobiste, w których można by iść na ustępstwa, lecz dotykają Bożego prawa, w którym o ustępstwach nie może być mowy. To właśnie dlatego Kościół jest łagodny i miłosierny dla błądzących, ale bardzo surowy dla błędów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby Kościół przyjął na swoje łono skruszonych heretyków, lecz nigdy nie przyjmie herezji do skarbca swojej mądrości – wskazywał amerykański kaznodzieja.
Niektórzy jednak usiłują utożsamiać tę wypaczoną tolerancję z miłosierdziem i kiedy Kościół za Chrystusem twardo broni np. nierozerwalności małżeństwa, zarzucają mu, że nie jest miłosierny. Ale przecież miłosierdzie nie może oznaczać zobojętnienienia na prawdę i błąd. Dlatego jeśli ktoś mówi, że w imię miłosierdzia czy miłości toleruje obiektywne zło, to zaprzecza sam sobie. Miłość może realizować się tylko w prawdzie, a bez niej zmienia się w sentymentalizm. Jak mówił abp. Sheen: „Miłość może być surowa, stanowcza, a nawet gwałtowna, gdyż taka była miłość Zbawiciela”.
Jeśli brakuje tych rozróżnień, niczym grzyby po deszczu rozprzestrzeniają się na pozór miłosierne koncepcje teologiczne, które rozcieńczają prawdę pod płaszczykiem duszpasterskiej otwartości, rozeznania czy autonomii sumienia. Granica między tolerancją względem błądzącego a tolerancją dla błędu niemal się zaciera. Gdy jednak ktoś próbuje zwrócić uwagę na to niebezpieczeństwo, jest oskarżany o brak otwartości, sztywność czy fundamentalizm.
Podczas gdy rzesze ewangelizatorów głoszą Ewangelię w wersji demo, jakże brakuje ludzi Kościoła, którzy jak abp Fulton Sheen głosiliby ją taką, jaka ona naprawdę jest, a nie taką, jak ją chce przedstawić świat. Oby nadchodząca beatyfikacja dała nowy impuls dla teologii ortodoksyjnej, czerpiącej z Tradycji i oczywiście nietolerancyjnej w sprawach prawdy i zasad.
Wojciech Grzywacz



