pixabay.com

[Jestem w Kościele] Kiedy homilia staje się pokutą

Każdy z nas wie, jaką pokutą potrafi być słuchanie niektórych kazań. Wystarczy wspomnieć takie grzechy w tej sferze, jak monotonia, specyficzny „kościelny slang”, będący przedmiotem żartów wiernych czy gadulstwo. A przecież homilia jest integralną częścią Mszy Świętej, więc po prostu nie przystoi jej partaczyć.

Przynudzanie i banalność – to chyba najbardziej powszechne wady kazań, które zamiast rozpalać – usypiają wiarę. Chciałbym jednak skupić się na innym, choć może nieco mniej rozpowszechnionym zjawisku. Chodzi o kaznodziei, którzy są tak zakochani w swoim przepowiadaniu, że potrafią mówić przez kilkadziesiąt minut (najdłuższa homilia, jaką słyszałem trwała GODZINĘ!). Homilia to jednak nie wykład akademicki. W takim przypadku niezależnie jak piękna i głęboka ona będzie, staje się celebracją samego siebie, a nie Najświętszej Ofiary. Zwłaszcza, gdy potem kapłan pędzi jak szalony podczas liturgii eucharystycznej. Tego rodzaju zachowania kreują fałszywe wrażenie, że homilia jest najważniejszym punktem Mszy Świętej. W tym kontekście należy rozumieć wielokrotne prośby Papieża Franciszka, aby kazanie trwało maksymalnie 8-10 minut.

Liturgia Mszy Świętej przewiduje jedną homilię. To – wydawałoby się oczywiste – stwierdzenie bywa jednak nieprzestrzegane, kiedy celebrans usiłuje wtrącić swoje trzy grosze w każdym możliwym momencie, zwłaszcza w NIEOBOWIĄZKOWYCH ogłoszeniach duszpasterskich, które nota bene, jak mówi mszał, powinny być KRÓTKIE.

Inne nadużycie to tzw. dyżury homiletyczne, a więc głoszenie homilii przez cały dzień przez jednego kapłana, który nie sprawuje Mszy, tylko przychodzi na ten moment do kościoła. Popularność tego rozwiązania oczywiście bierze się z wygody – nie trzeba się przecież regularnie przygotowywać. Z drugiej strony nierzadko spotyka się sytuację, kiedy homilii się nie wygłasza pod pretekstem tego, że bezpośrednio po Mszy odbędzie się wystawienie Najświętszego Sakramentu. To również jest niedopuszczalne i sprzeczne z przepisami Kościoła.

Tymczasem ludzie naprawdę są głodni porządnych homilii, które nawiązują do tekstów mszalnych. I to nie tylko do czytań, ale także choćby do modlitw eucharystycznych. I niech nikt nie mówi, że są to jakieś wygórowane wymagania. Oczywiście, nie każdy ma talent oratorski, dobrą dykcję, charyzmę czy przyjemną barwę głosu. Ale każdy bez wyjątku ksiądz, skoro skończył seminarium i został dopuszczony do święceń, z wyjątkiem jakichś naprawdę nadzwyczajnych okoliczności, jest w stanie się przygotować na tyle, żeby wygłosić porządne, kilkuminutowe kazanie.

Jeśli jednak nie, to należy zapytać, gdzie leży problem? Wydaje się, że podstawową przyczyną współczesnej słabości kaznodziejstwa jest brak żarliwej relacji z Chrystusem. Z pustego i Salomon nie naleje. Pewnym wzorem, jeśli chodzi o głoszenie Słowa Bożego, jest ks. abp Fulton Sheen, pionier ewangelizacji w mediach i wybitny kaznodzieja. Wielu może zastanawiać się, jak to możliwe, że stał się takim mistrzem słowa? Jaki był jego sekret? Oprócz nienagannej formacji intelektualnej była nim tzw. Godzina Święta, czyli codzienna godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą praktykował nieprzerwanie przez całe życie. To tam początek brało wszystko to, czym pociągał ludzi do Boga. Nie dziwmy się zatem, że nie mamy czym się podzielić z innymi, jeśli nie czerpiemy ze źródła – Chrystusa, którego głosimy.

Wojciech Grzywacz

drukuj