fot. Monika Bilska

Prof. G. Kucharczyk w „Naszym Dzienniku”: Czy rzeczywistość Polski chrześcijańskiej ma być dopuszczona do istnienia, ale tylko w obrębie jakiegoś rezerwatu, skansenu, o który – i owszem się dba, pokazuje gościom z zagranicy, ale nie ma w nim życia?

Zważywszy na to, że jesteśmy świadkami rewolucyjnego szturmu na polskie realia, trzeba powrócić do początków, czyli do tego, co od zawsze stanowiło istotę „prawicy”. Trzeba więc afirmować to, co realne – zaczynając od życia i rodziny, od języka, którym opisujemy świat i tworzymy siatkę pojęć. Trzeba bronić prawa naturalnego przed „jawnym lub zakamuflowanym totalitaryzmem” wdzierającym się do naszego życia kulturowego i społecznego. Trzeba czerpać z bogactwa tkwiącego w „głębi naszego Tysiąclecia”, dzięki któremu weszliśmy w obręb cywilizacji katedr i uniwersytetów – czytamy w artykule prof. Grzegorza Kucharczyka, opublikowanym w „Naszym Dzienniku”.

Podział na „prawicę” i „lewicę” datuje się od czasów rewolucji francuskiej. Parlamentarzyści zasiadający po prawej stronie (patrząc od mównicy) sali obrad rewolucyjnego Zgromadzenia Narodowego byli przeciwni uchwaleniu „Deklaracji praw człowieka i obywatela”, skoro nie została ona uzupełniona o „deklarację obowiązków”. Nie uważali, że w zgodzie z uchwaloną deklaracją afirmującą m.in. nienaruszalność własności prywatnej jest uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe konfiskata wszystkich majątków kościelnych. Widzieli sprzeczność między ciągłym deklamowaniem przez rewolucjonistów frazesów o wolności, a zakazem wstępowania Francuzów i Francuzek do zgromadzeń zakonnych (taki był sens uchwalenia już w 1789 roku ustawy zakazującej składania ślubów zakonnych).

W kolejnych latach, w miarę jak wprowadzano w życie coraz brutalniejszymi – nawet ludobójczymi – metodami hasło „wolność, równość, braterstwo – albo śmierć”, ten sprzeciw zyskiwał postać coraz bardziej usystematyzowanej myśli, a nawet filozofii politycznej. Od tego czasu „prawica” oznacza sprzeciw wobec rewolucyjnego projektu stworzenia „nowego człowieka”, sprzeciw wobec ideologicznego łoża Prokrusta, w które wpycha się na siłę – odpowiednio „formatując” – rzeczywistość (duchową, kulturową, społeczną, gospodarczą), która nie pasuje do ideologicznych schematów.

Afirmacja ładu prawdziwego

Słowo „rzeczywistość” jest tutaj kluczowe. Prawica afirmuje rzeczywistość, realnego człowieka i realny świat. Innymi słowy: jest otwarta na prawdę; prawdę o świecie i prawdę o człowieku, wpisaną przez Stwórcę w naszą naturę jako prawo naturalne. Wie, że jest ono możliwe do rozpoznania przez wszystkich ludzi dobrej woli. To wymaga pokory wobec świata, którego nie jesteśmy stwórcami. Na antypodach takiego myślenia jest rewolucyjna deklaracja: „w naszej mocy jest zacząć świat od nowa” (jak głosił jeden z jakobińskich deputowanych).

Prawica czuje się więc nie demiurgiem, ale spadkobiercą, dziedzicem cywilizacji katedr i uniwersytetów, czyli cywilizacji „szczęśliwych syntez” (Benedykt XVI), łączącej wiarę i rozum, prawdę i wolność, dobro i piękno. Wie, że jej twórcą jest Kościół (chrześcijaństwo), i wyprowadza z tego wnioski dla życia kulturowego i społecznego państwa. Traktuje Kościół i państwo jako autonomiczne, niezależne od siebie byty. Nie proponuje jednak ich sztucznego rozdziału w imię próby oddzielenia społeczeństwa i jego kultury od chrześcijańskich korzeni (inspiracji).

„Prawica” – „lewica”. Podział nieaktualny?

Ten siłą rzeczy skrótowy opis w dużej mierze dotyczy historii XIX i XX wieku. Od przełomu milenijnego mnożą się oznaki, że tzw. nowoczesna prawica (w tym przypadku obowiązuje reguła, że każdy przymiotnik niesie ryzyko fałszu) daleko odeszła od afirmacji tego, co realne wbrew rewolucyjnym projektom przebudowy świata. Dość przypomnieć, że partie uchodzące w zachodniej Europie za „prawicowe”, a nawet „skrajnie prawicowe” całkowicie zaakceptowały rewolucję w najbardziej realnej społeczności, od której „wszystko się zaczyna” – w rodzinie.

Akceptacja (a nawet forsowanie, jak w przypadku brytyjskich torysów) legalizacji tzw. małżeństw jednopłciowych jest tego koronnym dowodem. Nawet uchodzący w medialnym „głównym nurcie” za skrajnego prawicowca Donald Trump, gdy był prezydentem USA, również uważał, że legalizacja (od 2015) małżeństw homoseksualnych jest wielką, nieodwracalną zdobyczą.

W Polsce po 1989 roku dominujące w kulturze i świecie medialnym (por. pozycję „Gazety Wyborczej” w ostatniej dekadzie XX wieku) środowiska laickiej lewicy, wyrosłe z dawnych partyjnych „rewizjonistów” („demokratyczny socjalizm”, „polska droga do socjalizmu” etc.), upowszechniały tezę, że „podział na prawicę i lewicę już jest nieaktualny”. Takie stanowisko w dużej mierze brało się z tego, że dawni „rewizjoniści” podział na „prawicę” i „lewicę” umieszczali w jednym, wielkim pezetpeerowskim uniwersum. Tutaj „prawicą” byli twardogłowi komuniści (tzw. partyjny beton), a „lewicą” byli tzw. partyjni liberałowie, owi „rewizjoniści”. Skoro PZPR w 1990 roku formalnie przestała istnieć, to – według tego sposobu myślenia – również podział na „prawicę” i „lewicę” stracił rację bytu.

Tak dla porządku należy przypomnieć, że niejeden ze zwolenników „demokratycznego socjalizmu” w latach 1944-1956 czynnie brał udział w eliminowaniu z polskiego życia politycznego rzeczywistych reprezentantów polskiej prawicy (obóz narodowy) oraz polskiej lewicy (nieidący na współpracę z komunistami działacze PPS). Mówimy o eliminacji w sensie dosłownym, fizycznym.

Dyskurs o „nieaktualności podziału na prawicę i lewicę” powrócił w pierwszych latach obecnego stulecia. Słyszeliśmy, że tak naprawdę liczy się „ciepła woda w kranie”. Przekonywano nas, żeby „budować mosty, a nie robić polityki”. Pomijając fakt, że tego typu hasła głosili ludzie utrzymujący się z „robienia polityki”, a nie z budowania mostów, należy podkreślić, że takie slogany grały rolę parawanu, za którym realizowano iście rewolucyjną, co prawda rozłożoną na etapy, politykę.

Przykład szedł z „najbardziej rozwiniętej demokracji Zachodu”, ze Stanów Zjednoczonych. Zwycięstwo wyborcze Baracka Obamy w 2008 roku medialne i w wielu miejscach również akademickie „stado niezależnych umysłów” określiło jako początek ery, gdy podział na konserwatystów i liberałów przeszedł nieodwołalnie do przeszłości. „Zasada parawanu” działała tu w pełni. Dwie kadencje „prezydenta ponad podziałami” były latami realizacji całkiem konkretnego, lewicowego programu. Najboleśniej przekonały się o tym nienarodzone dzieci.

Ważne rozróżnienia

Gdy podejmujemy obecnie refleksję nad kondycją i przyszłością polskiej prawicy, należy wystrzegać się dwóch rzeczy: używania przymiotników, które wiodą na manowce („umiarkowana”, „nowoczesna”, „europejska”) oraz utożsamiania „prawicy” z „partiami prawicowymi”. W tym ostatnim przypadku, zważywszy na silne spersonalizowanie polskiej polityki, coraz wyraźniejsza jest tendencja do zrównywania tego, co „prawicowe”, z aktualnie przyjmowaną linią polityczną przez takiego czy innego lidera „partii prawicowej”.

Mnożą się oznaki, że zjednoczenie „partii prawicowych” (skrótowo, na potrzeby bardziej wyrazistej komunikacji społecznej, zwane „Zjednoczoną Prawicą”) należy już do przeszłości. Tym bardziej więc należy podjąć refleksję, wokół czego „nowy reset” na „polskiej prawicy” ma się dokonać. Zważywszy na to, że jesteśmy świadkami rewolucyjnego szturmu na polskie realia, trzeba powrócić do początków, czyli do tego, co od zawsze stanowiło istotę „prawicy”.

Trzeba więc afirmować to, co realne – zaczynając od życia i rodziny, od języka, którym opisujemy świat i tworzymy siatkę pojęć. Trzeba bronić prawa naturalnego przed „jawnym lub zakamuflowanym totalitaryzmem” wdzierającym się do naszego życia kulturowego i społecznego. Trzeba czerpać z bogactwa tkwiącego w „głębi naszego Tysiąclecia”, dzięki któremu weszliśmy w obręb cywilizacji katedr i uniwersytetów. A propos tych ostatnich, dzisiaj wyznacznikiem „prawicowości” w sferze nauki i edukacji są dwa słowa: wolność i rozum, czyli to, co zawsze ceniła cywilizacja syntezy wiary i rozumu, prawdy i wolności. Wszystko to oznacza konieczność ustalenia właściwej hierarchii celów, rozróżnienia tego, co jest przyczyną, a co ma być konsekwencją. Czy rzeczywistość Polski chrześcijańskiej ma być dopuszczona do istnienia, ale tylko w obrębie jakiegoś rezerwatu, skansenu, o który – i owszem się dba, pokazuje gościom z zagranicy, ale nie ma w nim życia? Aby taki scenariusz się nie ziścił, troszczyć się o to muszą nie tylko „partie prawicowe”. To zadanie dla wszystkich ludzi dobrej woli, dobrze czujących się zarówno w katedrach, jak i na uniwersytetach.

prof. Grzegorz Kucharczyk/„Nasz Dziennik”

drukuj