fot. PAP/Tytus Żmijewski

[Nasz Dziennik] Prof. G. Kucharczyk: Problemy demograficzne są konsekwencją tego, co się dzieje w umysłach i sercach ludzkich

Problemy demograficzne są konsekwencją tego, co się dzieje w umysłach i sercach ludzkich. Błogosławiony Prymas Stefan Wyszyński, jeszcze jako biskup lubelski, w swoich pismach podkreślał, że żadne programy pomocowe, w tym finansowe, nie będą antidotum na kwestie demograficzne, jeżeli nie uzdrowi się ducha i umysłu ludzi. To jest kwestia szeroko pojętej kultury. Tutaj te kwestie demograficzne się rozstrzygają (…). Przypomnę słowa bł. Prymasa Wyszyńskiego, który mówił: „Naród to jest rodzina rodzin”. To w rodzinie kształtuje się fundament wspólnoty narodowej – mówił prof. Grzegorz Kucharczyk, historyk PAN, specjalizujący się w historii Niemiec, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.


Urszula Wróbel: Jak podaje Eurostat, liczba ludności Unii Europejskiej przekroczyła rekordowe 460 mln. To o ponad milion mieszkańców więcej niż rok wcześniej. Był to już czwarty rok z rzędu, w którym populacja UE rosła. To efekt nie skutecznej polityki demograficznej, ale narastającej migracji muzułmańskiej. Jaki wpływ ta sytuacja ma na trwałość fundamentów europejskiej cywilizacji chrześcijańskiej?

Prof. Grzegorz Kucharczyk: Migracja z kilku krajów muzułmańskich z pewnością nie sprzyja utrzymaniu tych resztek cywilizacji chrześcijańskiej na Starym Kontynencie. Migranci, obcy kulturowo, nie chcą się integrować z Europejczykami. Dodajmy do tego, że w Europie obserwujemy poważny kryzys duchowy związany np. z zaniechaniem w wielu miejscach przez lokalne Kościoły pracy ewangelizacyjnej. Europa w swoich dziejach przeżywała różne okresy gwałtownych migracji, m.in. wielką wędrówkę ludów u schyłku Cesarstwa Rzymskiego w IV-V w. i późniejszych latach. Jednak w tych zmianach Kościół widział pole do ewangelizacji, do nawracania ludzi. I tak się działo, co jednocześnie było najlepszą metodą i szansą na integrację ludzi w tworzącej się właśnie cywilizacji chrześcijańskiej. A dzisiaj, kiedy np. w Niemczech słyszymy od wielu duchownych, że nawet nie wolno myśleć o podejmowaniu pracy ewangelizacyjnej wśród licznej społeczności migranckiej, to mamy do czynienia właśnie z bardzo poważnym kryzysem. I ten kryzys jest dwufazowy. Z jednej strony mamy napływ – często niekontrolowany – migrantów w sensie czysto fizycznym, a z drugiej mamy źle pojętą gościnność polegającą na tym, że ukrywamy przed tymi ludźmi to, co mamy najcenniejsze, czyli nasz skarb wiary. Problemem jest to, że wielu tzw. rdzennych Europejczyków o tym skarbie w ogóle zapomniało.

Wspomniał Pan Profesor o Niemczech. Dane Eurostatu wskazują, że dzisiaj najbardziej zaludnionym krajem europejskim są właśnie Niemcy. Biorąc pod uwagę, że są oni społeczeństwem starzejącym się, to mamy do czynienia z efektem od lat już prowadzonej polityki promigracyjnej.

Niektórzy z euforią wskazują, że Berlin jest miastem tętniącym życiem wiary. Problem polega jednak na tym, że najliczniejszą obecnie grupą ludzi wierzących w Berlinie są muzułmanie.

Mówi Pan Profesor o tym, że Europejczycy zapominają o wartościach chrześcijańskich. Byłam niedawno świadkiem, jak młoda zakonnica w Fatimie podczas procesji nie przyklękła przed Jezusem Eucharystycznym. Zapewne nie ze względu na brak szacunku, ale brak wiedzy, że przed Najświętszym Sakramentem przyklękamy. Czy to nie jest tak, że młode pokolenie Europejczyków zamieszkujących zachód Starego Kontynentu o wartościach nie tyle zapomina, co ich już nie zna, nie zostały im one przekazane przez rodziców?

Ten obrazek, który pani opisuje, ma wbrew pozorom bardzo ścisły związek z problemem migracji i kulturowych zmian, które zachodzą w Europie. Gdyby te zakonnice zachowały się wobec Świętego Sakramentu tak jak należy, czyli oddały mu cześć, przyklękając, pochylając głowę i krótko się modląc, to by to budziło nadzieję. Natomiast widok, o którym pani wspomniała, budzi co najmniej niepokój. Jak można mówić o zachowywaniu tożsamości kulturowej Europy, kiedy taka sytuacja jest w miejscu przepełnionym modlitwą. To problem, ponieważ wszystko w dziejach Europy wypływa z wiary chrześcijańskiej. Jeżeli tej wiary nie ma, to nie ma źródła kultury. Jak można mówić o odnowie kultury europejskiej w obliczu zagrożeń czy różnych wyzwań stojących przed Europą w wyniku kryzysu migracyjnego, jeżeli to źródło wysycha. O tym wielokrotnie pisał św. Jan Paweł II w adhortacji „Ecclesia in Europa” z 2003 r. Mówił o Europejczykach u progu XXI w., którzy mimo że są spadkobiercami wielkiego dziedzictwa, zapomnieli o nim. I to jest prawdziwy dramat.

Patrząc na dane dotyczące liczby napływających migrantów na Stary Kontynent, czy nie należałoby dziś raczej mówić o niebezpieczeństwie wyparcia Europejczyków przez migrantów?

Możemy tu mówić o wyparciu bez walki z drugiej strony. Często mamy do czynienia z pewną kapitulacją. Nie chodzi o to, żeby walczyć z ludźmi, którzy tu przyjeżdżają. Chodzi o to, żeby samemu się przygotować na tę nową sytuację, jaką jest napływ kilkuset tysięcy, a potem milionów ludzi z kręgu kulturowego zupełnie odrębnego od tego, który jest w Europie. I teraz pytanie: co jest w Europie w sensie kulturowym i duchowym? Co mamy do zaproponowania tym ludziom? Czy kolejne nowe wersje iPhone’ów, smartfonów i sztucznej inteligencji? Czy może coś głębszego, coś, co może być szansą dla nich, ale też szansą dla nas na rzeczywisty dialog. Często słyszymy o międzykulturowym dialogu z wielokulturowością. Ale wydaje się, że to są zaklęcia ideologiczne albo atrapy, które służą realizacji pewnych ideologicznych projektów. Znów wrócę do Niemiec. To tam rozpoczęła się fala migracji z krajów muzułmańskich, głównie z Turcji. To się zaczęło w latach 60. XX w. Teraz mamy kolejne fale i ten proces uzewnętrzniający się w zmieniającej się strukturze demograficznej czy etnicznej różnych części Niemiec jest widoczny. Oczywiście on będzie następować także ze względu na dynamikę demograficznego wzrostu społeczności muzułmańskiej ze wszystkich krajów. I ze względu na brak dynamiki demograficznej, np. Niemiec, czyli typowego społeczeństwa zachodniego, przez które od kilkudziesięciu lat przejeżdżał walec rewolucji kulturowej, wmawiający, że dzieci to jest przeszkoda w karierze, że to jest utrudnienie i zagrożenie, którego trzeba by się pozbyć jak najszybciej, tamta kultura będzie wygrywać. Niestety, ale przyszłość należy do dynamicznych, tętniących życiem społeczeństw. Popatrzmy, co się dzieje w Turcji, która – pomijając migrację turecką do takich krajów jak Niemcy – sama w sobie jest społeczeństwem młodym. Jest państwem kwalifikowanym jako tzw. mocarstwo regionalne, z którym wszyscy się liczą zarówno w kontekście konfliktu bliskowschodniego, jak i mediacji w wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Dlaczego jest państwem liczącym się? Bo ma największy kapitał. Ten kapitał się powiększa. A są nim ludzie.

Przy wszystkich kryzysach, które toczą też naszą Ojczyznę, zapaść demograficzna jest najpoważniejsza, ale o niej się najmniej mówi.

To prawda: największe problemy to nie dziura budżetowa, nie problemy z rozbrojeniem armii, nie kwestia luki VAT-owskiej, tylko tąpnięcie demograficzne. Kiedy nie ma ludzi, nie ma producentów, nie ma żołnierzy, nie ma konsumentów i nie ma twórców kultury.

Z najnowszego badania przeprowadzonego przez socjologów z Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że ponad połowa młodych Polaków deklaruje, że nic nie skłoniłoby ich do zdecydowania się na pierwsze lub kolejne dziecko. A ich główne cele życiowe to sukces zawodowy i finansowy. To myślenie doprowadzi do zniszczenia Narodu Polskiego?

To również potwierdza, że problemy demograficzne są konsekwencją tego, co się dzieje w umysłach i sercach ludzkich. Błogosławiony Prymas Stefan Wyszyński, jeszcze jako biskup lubelski, w swoich pismach podkreślał, że żadne programy pomocowe, w tym finansowe, nie będą antidotum na kwestie demograficzne, jeżeli nie uzdrowi się ducha i umysłu ludzi. To jest kwestia szeroko pojętej kultury. Tutaj te kwestie demograficzne się rozstrzygają. Zwróćmy uwagę, że największy wzrost demograficzny odnotowano po 1945 r., tuż po wojnie, kiedy kraj jeszcze był zniszczony. W sensie materialnym to były warunki nędzne – zwłaszcza w porównaniu z tym, co mamy w trzeciej dekadzie XXI w. Wtedy ludzie decydowali się na wiele dzieci, bo chcieli żyć i mieli też świadomość – instynktownie to czuli – że jest to potrzebne, żeby się odrodzić jako rodzina, ale też jako Naród. Wtedy nie było podejścia, że dzieci to obciążenie i przeszkoda w tzw. samorealizacji, tylko odwrotnie – że dzieci to jest nasza nadzieja na dobrą przyszłość. I takie myślenie było początkiem wzrostu demograficznego. Rodzina jest tu bowiem kluczowa. To pierwsze miejsce, gdzie człowiek uczy się poznawać świat. Kościół mówi o rodzinie jako o Kościele domowym, gdzie człowiek uczy się praktykowania wiary, gdzie ta wiara jest przekazywana, bo to jest kwestia ciągłości kulturowej i duchowej. Przypomnę słowa bł. Prymasa Wyszyńskiego, który mówił: „Naród to jest rodzina rodzin”. To w rodzinie kształtuje się fundament wspólnoty narodowej.

Dziękuję za rozmowę.

Urszula Wróbel/„Nasz Dziennik”

drukuj