fot. PAP/Andrzej Jackowski

[Jestem w Kościele] Prawda o Komunii Świętej na rękę

Największe w historii badanie przeprowadzone wśród amerykańskich katolików pokazało, że miażdząca większość z nich chce powrotu do przyjmowania Komunii Świętej na klęcząco i do ust. Ich zdaniem forma Komunii na rękę jest jedną z głównych przyczyn utraty wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. A przecież z akceptacją tego dogmatu w USA (i z pewnością nie tylko tam) jest bardzo źle – z innych badań przeprowadzonych kilka lat temu wynika, że 2/3 tamtejszych katolików uznaje chleb i wino za symbole Ciała i Krwi Pańskiej. Mając to na uwadze warto zastanowić się nad kilkoma istotnymi pytaniami: Czy rzeczywiście forma przyjmowania Komunii Świętej jest kwestią drugorzędną lub wręcz nieistotną? Czy oba sposoby są w Kościele równorzędne? Jaka jest prawda o współczesnej praktyce przyjmowania Komunii na rękę?

Zacznijmy od pierwszego pytania. Krytycy pospieszą zapewne z odpowiedzią, że najważniejsza jest dyspozycja serca, a postawa ciała jest właśnie drugorzędna lub nawet nieistotna. Skąd jednak to przeciwstawienie? Skoro człowiek jest złożony z duszy i ciała, to naturalną konsekwencją winno być to, że za tym, co w sercu (duszy), powinno iść ciało. W tym kontekście o. prof. Jan Strumiłowski czyni trafną analogię do zaręczyn – to, że mężczyzna klęka przed kobietą z pierścionkiem, a nie stoi, ma ogromne znaczenie. „Wewnętrzne nastawienie winno przecież odzwierciedlać się w zewnętrznej postawie. (…) Oczywiście, godna postawa nie jest gwarancją prawidłowej wewnętrznej dyspozycji, aczkolwiek niejako może ją kształtować. Nie jest jednak też tak, że brak postawy nie wpływa na wewnętrzne nastawienie lub że wewnętrzne nastawienie jest niezależne od zewnętrznej postawy” – pisze cysters.

Wielu obrońców Komunii na rękę przekonuje, że jest to historycznie pierwsza forma przyjmowania Ciała Pańskiego, a więc jej powrót w XX wieku jest tak naprawdę powrotem do źródeł. Tyle tylko, że dzisiaj mamy w rzeczywistości do czynienia z innym sposobem. W pierwszych wiekach wierni rzeczywiście otrzymywali Ciało Pańskie na dłoń, jednak nie podawali Go sobie do ust za pomocą drugiej ręki, jak to jest obecnie, ale zbliżali swoje usta do Hostii i spożywali ją bezpośrednio z dłoni. Świadectwa historyczne podkreślają przy tym głęboką świadomość eucharystyczną. Porównajmy to z tak rozpowszechnioną dziś niechlujnością i brakiem troski o partykuły Ciała Pańskiego. Jak to się ma do wiary w to, że w każdej, nawet najmniejszej drobinie Hostii, Chrystus jest tak samo obecny? Jaki jest sens np. puryfikacji rąk przez kapłana, skoro potem wierny wciera sobie partykuły eucharystyczne w spodnie?

Wróćmy jednak na moment do kwestii historycznych. Czasami mówi się, że podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus udzielił apostołom Komunii właśnie na dłoń. Także i w tym przypadku mamy do czynienia z naciąganą argumentacją, bo Ewangelia św. Jana w rozdziale 13, wersety 26-27, a także ówczesne żydowskie zwyczaje sugerują, że Jezus mógł podać uczniom Komunię bezpośrednio do ust. Zatem wbrew pozorom sprawa nie jest tak oczywista, jak twierdzą obrońcy tej praktyki.

Trzeba również jasno zaznaczyć, że Kościół w pewnym momencie swojej historii nie bez przyczyny odszedł od praktyki Komunii na rękę i pozwolił na przyjmowanie Ciała Pańskiego wyłącznie do ust i na klęcząco. Sposób ten powrócił jednak (jak już wspomniałem w zmodyfikowanej formie) w latach 60. ubiegłego wieku w Holandii w wyniku nieposłuszeństwa Kościołowi i niestety się masowo rozpowszechnił m.in. w Niemczech, Belgii i Francji przy milczącym przyzwoleniu miejscowych biskupów. Praktyka ta nawiązywała w gruncie rzeczy bardziej do protestantów, dla których Eucharystia jest tylko symbolem i którzy wprowadzili ją w opozycji do katolicyzmu wyznającego rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W takiej sytuacji Papież Paweł VI poprosił o opinię biskupów z całego świata, którzy w zdecydowanej większości sprzeciwili się jakimkolwiek zmianom w zakresie formy udzielania Komunii. W efekcie Ojciec Święty wydał instrukcję „Memoriale Domini”, w której utrzymał tradycyjną formę uzasadniając, że „daje lepsze zapewnienie, iż Komunia święta będzie rozdawana z odpowiednią czcią, oprawą i godnością; że uniknie się jakiegokolwiek niebezpieczeństwa sprofanowania Eucharystii”. Paweł VI usilnie poprosił o gorliwe poszanowanie prawa w tym zakresie, gdyż zmiana formy „może nieść też ze sobą różne niebezpieczeństwa. Mogą one odstraszać od nowego sposobu udzielania Komunii świętej; oznaczają one także utratę czci dla szlachetnego sakramentu ołtarza, jego profanację lub zafałszowanie właściwej doktryny”. Mimo to (co wobec ogólnego wydźwięku dokumentu wydaje się niezrozumiałe) Papież dopuścił, aby episkopaty krajów, gdzie rozpowszechniła się Komunia na rękę, mogły ubiegać się o specjalny indult od Stolicy Apostolskiej legalizujący tę praktykę. Efekt był taki, że w kolejnych latach do Watykanu w tej sprawie zwracali się również biskupi z tych krajów, gdzie Komunia na rękę wcale nie była rozpowszechniona (np. Polska), a Stolica Apostolska niestety wbrew swojemu prawu udzielała zgody wszystkim jak leci.

Abstrahując jednak od tych zastanawiających okoliczności trzeba jasno podkreślić, że wierutnym kłamstwem jest twierdzenie, iż obie formy są w Kościele równouprawnione i tak samo pożądane. Komunia na rękę, w przeciwieństwie do tradycyjnej formy, jest obwarowana wieloma ograniczeniami – szafarz ma prawo odmówić podania Hostii na dłoń jeśli zachodzi ryzyko profanacji, a gdy udziela jej w ten sposób, powinien przypilnować, aby wierny od razu ją spożył. Wreszcie, jak już wspomniałem, taka forma jest dopuszczona tylko w tych krajach, gdzie Konferencja Biskupów za zgodą Stolicy Apostolskiej na to pozwala. Płynie z tego oczywisty wniosek, że to Komunia do ust jest zwyczajną  formą obowiązującą w całym Kościele, której nie można ograniczać (co przecież zdarzało się podczas pandemii), a Komunia na rękę jest dopuszczona na zasadzie wyjątku. Nie ma również ani jednego dokumentu Magisterium Kościoła, który by zachęcał do korzystania tej formy.

Z powyższych rozważań wynika, że chodzi o naprawdę fundamentalne sprawy, wokół których narosło wiele mitów. Tymczasem zdaniem o. Szustaka (proszę o wybaczenie, że znów nawiązuje do jego słów, ale są one w tym kontekście naprawdę znamienne) – troska o godne przyjęcie Chrystusa i chęć oddania Mu czci to są – cytując dosłownie –„pierdy”. W ten sposób dominikanin skomentował wpis ks. Daniela Wachowiaka na portalu X, w którym napisał on, że gdyby dostał władzę w Kościele, to pierwszym, co by zrobił, byłby powrót do szacunku w czasie przyjmowania Chrystusa w Eucharystii, czyli pozostawienie jednej formy – na klęcząco i do ust. Dla o. Szustaka te „ludzkie tradycje” są właśnie owymi „pierdami”, którymi nie warto się w ogóle zajmować, w przeciwieństwie do dogmatów. Pomijając już żałosną retorykę tej wypowiedzi, a także niezwykle krzywdzące potraktowanie ks. Wachowiaka, warto zapytać – co jeśli określone formy mają niebagatelny wpływ na wiarę w dogmaty bądź jej brak? To przecież sedno wspomnianych na wstępie badań z USA! Sapienti sat.

Badania są tym bardziej wartościowe, że 97 proc. spośród tych, którzy wzięli w nich udział, to katolicy praktykujący regularnie (uczęszczający co najmniej raz w tygodniu na Mszę Świętą). Oczywiście demokracja nie jest modelem podejmowania decyzji w Kościele, jednak zaprezentowane wyniki dają nadzieję i pokazują, że Lud Boży nie zatracił swojego zmysłu wiary. Są także głosem, który nie sposób zlekceważyć w kontekście wszechobecnych haseł o synodalności. Ich jedyną „słabością” z perspektywy kościelnego mainstreamu jest to, że są zbyt tradycyjne, a nie nowinkarskie.

Wojciech Grzywacz

drukuj