fot. Marek Borawski/Nasz Dziennik

I jak imperium

Kiedy na początku lat 90. nieznany polski redemptorysta zakładał radio, nie było ani Platformy Obywatelskiej, ani Prawa i Sprawiedliwości. Byli inni, którzy budowali swoje medialne potęgi, a widząc starania niepozornego zakonnika, patrzyli nań przez palce, uznając, że cóż mogą znaczyć na radiowej antenie modlitwa, różaniec, transmisja Mszy św. Był to czas telewizyjnych koncesji dla takich potentatów jak Polsat, TVN i okres budowy imperium „Gazety Wyborczej” – pisze w felietonie dla tygodnika „Sieci” medioznawca dr Hanna Karp.

Upadały stare redakcje prasowe, bezrobotni dziennikarze wyjeżdżali z kraju albo jeszcze nie zdążyli wrócić, wygnani z ojczyzny przez wojnę polsko-jaruzelską. Polską gospodarkę reformowały w Warszawie brygady z Marriott a, wszędzie panowały wilczy (dzięki ustawie Wilczka) kapitalizm i rynkowa wolnoamerykanka. Prasowe redakcje przejmowały i swoją potęgę budowały zagraniczne konsorcja i koncerny. A kiedy na dobre tu osiadły, już stąd nie wyszły.

Rynek mediów przejęła klasa postkomunistycznych oligarchów. To oni wyznaczyli własne pola dominacji trwające do chwili obecnej. I to ich – nieostrym i zamazanym interesom – służyło po roku 1992 krajowe prawo medialne, a obecnie także unijne regulacje.

28 LAT W MEDIALNEJ DŻUNGLI

Początek grudnia to kolejne rocznice istnienia Radia Maryja. Rozgłośni utrzymywanej od początku przez katolików z Polski i całego świata. Już samo jej istnienie, trwanie na powierzchni w bezwzględnej medialnej dżungli od wielu lat jest cudem. Jeśli dodamy, że stacja przez 28 lat nadaje, a wokół niej rozwijają się nowe inicjatywy i ewangeliczne przedsięwzięcia, można to uznać za kolejną rzecz nadzwyczajną. Jednak każda data rocznicowych obchodów, kiedy radio okrzepło, ale też kiedy zaczynało, nieodmiennie sprzyjała uderzeniom w założyciela, słuchaczy i samą rozgłośnię. Tak było i w tym roku.

Chodzi o rodzaj stałej kanonady prowadzonej przez te same kanały informacyjne. W tym roku dodatkowo ukazała się stara-nowa książka o „Imperium”, a raczej o „Imperatorze”. Taka poprawka, bo słowa są tu kluczowe. Bardzo ważne są te językowe mechanizmy i środki wykluczania społecznego (może to pole do badań choćby dla Rady Języka Polskiego?). Wokół rozgłośni rozgrywa się już prawie trzecią dekadę nieustająca walka na słowa – rodzaj logomachii. Kolportuje się w infosferze już utrwalone medialnymi werblami, jak nazywał je prof. Bogusław Wolniewicz, „słowo-bije”. Mają uderzać i zastraszać. Mają też zagłuszać wszystko, co z rozgłośni płynie. Wytacza się także stale nowe określenia, by powalać, obezwładniać, ośmieszać, wyszydzać. Tak, żeby zabić energię i wolę działania na rzecz radiowej wspólnoty. Osłabić chęć stawiania oporu trudnościom.

HYBRYDOWA WOJNA WOKÓŁ RADIA

Dziś powiedzielibyśmy, że od lat wznieca się wokół rozgłośni i jej dzieł rodzaj hybrydowej wojny. Radio, jego założyciel i środowisko, które tworzą, to dziś rodzaj wyklętych we własnym kraju. Kto ma odwagę należeć do tej radiowej rodziny, musi się liczyć z tym, że ryzykuje napiętnowanie, utratę spokoju, wrogość otoczenia. A mimo to przy radiu stoją miliony, na jego rzecz pracują, oprócz wąskiej liczby stałych pracowników, setki wolontariuszy, studentów, amatorów, ale też i różnego rodzaju wyspecjalizowanych zawodowców.

Czarna propaganda rozsiewana wokół tzw. ośrodka toruńskiego ma coraz nowsze oblicza. Od 2002 r. film Jerzego Morawskiego „Imperium ojca Rydzyka”, emitowany w telewizji publicznej, uruchomił narrację o wielkim imperium medialnym. W wielu publikacjach, gdy pisano o założycielu, pomijano jego tytuł duchowy. Opowiadano o radiu i wielkich pieniądzach (tak, one zawsze tu są w tle), później o stacji telewizyjnej i wielkiej uczelni medialnej z dziennikiem 1 wydawnictwami, a na koniec donoszono w alarmistycznym tonie 0 budowach związanych z geotermią, świątynią i projektach muzealnych. W licznych telewizyjnych materiałach opisywano działania 1 przedsięwzięcia „ośrodka toruńskiego” na tle wypełnionej grozą muzyki, obrazów kilogramów złota i banknotów ustawionych w piramidy. Ostatnio przed kolejnymi wyborami do Sejmu czy do europarlamentu nasilały się publikacje, a to o uczelni i jej absolwentach, a to o ich karierach w urzędach państwowych, powodzeniu i wzięciu na posady przez rządowych polityków.

Ktoś, kto ma nieco dłuższą pamięć, przypomni sobie zapewne podobne tematy podejmowane jednak w tonie skrajnie odmiennym. Wieszczono wówczas absolwentom uczelni bezrobocie, brak perspektyw i społeczne wykluczenie, a rozgłośni i telewizji spadek słuchalności, oglądalności i fiasko finansowe.

RADIO, CO ZMIENIA ŚWIAT…

Od 2015 r. ta narracja nie jest już jedyną i jakby z wolna się odwraca. Francuski tygodnik „Mariannę” (jak odnotował tygodnik „Forum”) umieścił w 2018 r.

Toruń na liście „Miejsc, gdzie się zmienia świat”, a to dlatego, że miasto jest siedzibą – jak pisze francuska gazeta – coraz potężniejszego medialno-biznesowego imperium o. Rydzyka. „Mariannę” wysłało do Torunia reporterkę, by przyjrzała się wszystkiemu z bliska. Ta pisała później oburzona, że sam lider zwycięskiej partii PiS ogłosił publicznie po wygranych wyborach w grudniu 2015 r., że „nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja”. Dziennikarka podkreśla w reportażu, że przed każdymi „wyborami toruńska radiostacja namaszcza partię lub kandydata, którego będzie otwarcie popierać i który jej zdaniem może być pewny sukcesu”. A o. Rydzyk – zdaniem reporterki – „zaczadził umysły słuchaczy.

Radio, jego założyciel i środowisko, które tworzą, to dziś rodzaj wyklętych we własnym kraju. Kto ma odwagę należeć do tej radiowej rodziny, musi się liczyć z tym, że ryzykuje napiętnowanie, utratę spokoju, wrogość otoczenia czy i dużej części duchowieństwa”. Ten rodzaj narracji dominuje w mediach głównego nurtu nie tylko w Polsce, lecz i na świecie.

…CZY SEKTA?

Założyciel Radia Maryja przetrwał jednak już niejedno atomowe uderzenie. Gdy niemal na skalę globalną odbierano mu dobre imię, abominowano, szkalowano, zniesławiając na różnych poziomach. Obecnie ataki coraz częściej wskazują na tzw. efekt bumerangu – przelatują nad głową celu i wracają do źródła. Gdyby o. Tadeusz Rydzyk i jego współbracia chcieli reagować choćby na ułamek najbardziej niegodziwych ataków, nie wychodziliby z sądów i biur adwokackich. Udręka sądowych procesów, jak z powieści Kafki, zatrułaby cały czas tworzenia i pracy. Kiedy przewodniczącym KRRiT byl Jan Dworak (w latach 2010-2016), radio regularnie oskarżano o naruszanie koncesji. Przywoływano też opinie m.in. prof. Ireneusza Krzemińskiego, że to, co „tworzy Jarosław Kaczyński z o. Rydzykiem, to rodzaj sekty”. Dodajmy, że niemal wszystko, czego nie mogą pojąć redaktorzy Agory, jest sektą. A więc sektą jest Radio Maryja, sektą są Polacy domagający się prawdy o katastrofie smoleńskiej. I ci żądający prawdy o komunistycznej agenturze, współpracownikach SB i WSI, zasiadających od 1989 r. w ławach sejmowych i rządowych.

PYTANIA DO TROPICIELI

Założyciel Radia Maryja wybrał ewangeliczną drogę, ale mając duże poczucie humoru, podąża także drogą kompozytora Carla Orfa, który powiadał: „Bądź uroczy dla swoich wrogów – nic ich bardziej nie złości”. I rzeczywiście, złość wyzwala się, a że ma dobre pudła rezonansowe, słychać ją na całym świecie. Choć kolportuje ją jedynie wyselekcjonowana garstka specjalistów. Może zdumiewać obsesja, z jaką tropi się toruńskiego zakonnika, z jakim uporem usiłuje się włamać do jego głowy i serca. Dotrzeć do najgłębszych motywacji i działań. Kiedy się to nie udaje, zostaje obrzucony błotem. Odwadze zapewne sprzyja świadomość, że ten nie odpowie tym samym. I ta przewrotna nadzieja, że w końcu się uda, że któryś z medialnych kamieni okaże się celny. A wszystko rozgrywa się w świetle jupiterów i otoczeniu kamer. Czy któryś z tropicieli opowie kiedyś prawdę o radiu? Czy zwycięży ostatecznie narracja, w której wszystko jest zawsze na odwrót? Tak niegodziwa i przewrotna, jak fotografia z krzywego zwierciadła.

Dr Hanna Karp

drukuj