fot. pixabay.com

Branża gastronomiczna obawia się bankructwa

Branża gastronomiczna stoi przed widmem bankructwa. Proponowana pomoc rządu nie rozwiązuje problemów.

Pierwszy lockdown spowodował w branży gastronomicznej spadek obrotów rzędu 80–90 procent. Strat nie udało się odrobić nawet przez wakacje. Branża spodziewa się, że nowy lockdown potrwa co najmniej do końca roku, a wiele firm go nie przetrzyma.

– Wychodzenie z okresu epidemicznego będzie dużo trudniejsze i długotrwałe niż sam ten okres. Bez rozwiązań systemowych nie tylko gastronomia, ale i wielu najemców nie przetrwa na rynku – powiedział Sylwester Cacek, przewodniczący Związku Pracodawców HoReCa.

Jak ocenił Sylwester Cacek, forma postojowego zaproponowana przez rząd w jakiejś małej części pomoże, jednak jest to o wiele za mało, żeby w dłuższej perspektywie gastronomia i miejsca pracy zostały uratowane. Potrzebne są narzędzia dofinansowania długoterminowego.

– Tu nie chodzi tylko o pieniądze na dotacje. One oczywiście są potrzebne, tak samo jak zwolnienie ze składek ZUS-u. Oczekiwalibyśmy już za październik, a nie za listopad, bo niektórzy w listopadzie nie będą już mieli na opłaty październikowe – mówił Sylwester Cacek.

To chociażby kwestia pomocy w uregulowaniu spraw czynszowych. Dotychczas w lokalach gastronomicznych obowiązywały ograniczenia co do liczby gości. Nie od dziś branża gastronomiczna apeluje o pomoc.

– Nam jest potrzebny fundusz wsparcia gastronomii. Tak jak ratowano turystykę, zapominając o gastronomii. Stworzono bon turystyczny, a bonu gastronomicznego nie miał kto wymusić na rządzie – wskazał Sławomir Grzyb, koordynator sztabu kryzysowego gastronomii polskiej.

W pierwszy lockdown branża weszła z zaległościami w wysokości prawie 650 milionów złotych, które teraz wzrosły o ponad 48 milionów. Natomiast przyrost zadłużenia od początku kryzysu wywołanego pandemią wyniósł 7,5 proc. i był większy niż w przypadku ogółu firm.

TV Trwam News/JG

drukuj