Aktywny rodzic

Z Agnieszką Jackowską, mamą, nauczycielem i doradcą rodzinnym, rozmawia Bogusław Rąpała

 

Jest Pani mamą sześciorga dzieci. Więc o szkole wie Pani chyba wszystko…
– Z mężem wychowujemy sześć córek. Najstarsza jest na drugim roku studiów historycznych, następna została przyjęta na studia prawnicze, trzecia jest w liceum ogólnokształcącym, a kolejna jest w gimnazjum. Natomiast dwie najmłodsze – w czwartej i trzeciej klasie szkoły podstawowej. Mieliśmy zatem okazję poznać cały przekrój obecnej edukacji – od szkoły podstawowej do wyższej uczelni.

Gdy Pani pierwsze dziecko szło do szkoły, z pewnością miała Pani jakieś wyobrażenia odnośnie do tego, co je tam czeka. Na ile okazały się one prawdziwe?
– Podejmując decyzję o tym, gdzie posłać nasze trzy pierwsze córki, braliśmy z mężem pod uwagę szkoły publiczne. Chcieliśmy, żeby szkoła cieszyła się dobrą opinią i znajdowała się w niewielkiej odległości od domu. Stwierdziliśmy bowiem, że nawet jeśli będzie miała jakieś niedomagania od strony edukacyjnej, to dzięki temu, iż dzieci będą szybciej w domu, będziemy mieli na nie większy wpływ. Jednak ta „dobra szkoła blisko domu” przyniosła rozczarowanie: dziewczynki miały wprawdzie bardzo dobre oceny, ale w ostatecznej weryfikacji, w postaci testów końcowych, okazało się, że te stopnie były nieadekwatne do uzyskanej wiedzy. To otworzyło nam oczy, że z jakością oferty edukacyjnej szkół publicznych jest różnie. Ma na to wpływ bardzo wiele czynników: polityka państwa, ciągła „reforma edukacji”, nastawienie nauczycieli, klimat społeczny, wychowanie wyniesione z domu dzieci, które trafiają do danej placówki, oraz zaniechanie wychowywania dzieci i młodzieży w szkołach, a także pracy nad sobą.

Jaki z tego wniosek dla rodziców wybierających szkołę dla swoich dzieci?
– Podam konkretny przykład. Jedna z moich córek miała z matematyki bardzo dobre stopnie. Wydawało się, że wszystko idzie świetnie. Po jakimś czasie okazało się jednak, że nauczyciel pewnych partii materiału w tej klasie po prostu nie przerabiał, „ślizgał się” po materiale. Być może zresztą miał do tego prawo, bo takie było minimum programowe. Zmierzam do tego, że jeżeli posyłamy dzieci do szkoły, rodzic powinien dokładnie pytać, jaki jest zakres przerabianego materiału. Niestety poziom nauczania obecnie spada, cały czas jest równany w dół. A przecież nasze dzieci mają możliwości intelektualne nie gorsze niż poprzednie pokolenia. Wszyscy jesteśmy zajęci i zapracowani, ale naprawdę trzeba towarzyszyć dziecku w procesie jego edukacji, dowiadywać się, czego się uczy, jakich ma kolegów, z kim przebywa po lekcjach, jak korzysta z komputera – jakie strony przegląda i jak wygląda rozkład jego dnia.

Czy rodzice mogą wpływać na treści nauczania?
– Według prawa jak najbardziej. Przy każdej szkole działają rady rodziców. Oprócz tego każdy rodzic ma absolutne prawo rozmawiać z nauczycielem. Nasze dzieci są najważniejsze i jeden jedyny raz są w danej klasie. Szkoła z założenia ma wspierać trud wychowawczy rodziców i nie naruszać ich przekonań i światopoglądu. Potrzebna jest zatem współpraca rodziców z nauczycielami. Trzeba po pierwsze chodzić na zebrania rodzicielskie, a po drugie głośno mówić, co nam się podoba, a co nie. A dziś jest niestety bardzo często tak, że zebrania sprowadzają się do spraw finansowych, takich jak wpłaty na komitet rodzicielski czy ubezpieczenie.
Znów podam przykład. W klasach 1-3 szkoły podstawowej dzieci uczą się dużo na pamięć. Nauczycielka w klasie mojej córki zadawała tych wierszyków sporo, ale były one zupełnie o niczym: o abstrakcyjnych zwierzątkach i ludzikach. Gdy zorientowałam się, że córka ma się nauczyć kolejnego takiego wierszyka, a mieliśmy akurat listopad i rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, zapytałam na zebraniu rodzicielskim, dlaczego przyswajane przez dzieci treści nie są głębsze, nie podejmują treści wychowawczych, nie odnoszą się do historii i patriotyzmu. I to się zmieniło. Żałowałam tylko, że wcześniej się tym nie zainteresowałam. Jesteśmy ludźmi wolnymi i jeśli jest dla nas ważne to, czego nasze dziecko będzie się uczyć, trzeba o to bardzo szczegółowo pytać.

Jakie możliwości daje rada rodziców?
– Rada rodziców ma dosyć duże realne uprawnienia wynikające z prawa oświatowego. Zawsze na jej zebraniu obecny jest dyrektor szkoły, mogą być również zapraszani nauczyciele. Rada może proponować różne treści nauczania i wydarzenia, które będą odpowiadały naszym przekonaniom i kierunkowi, w jakim chcemy, żeby szkoła prowadziła nasze dzieci. Szkoła publiczna ma być dla nas, czyli dla rodziny. Ma być przedłużeniem domu, a nie kontrą. Będzie tak, jeśli rodzice się zaangażują. Muszą przedstawiać swoje propozycje, a w razie konieczności protestować. Tylko wtedy nie będziemy mogli sobie zarzucić, że coś przegapiliśmy lub zaniechaliśmy. Rada rodziców ma również prawo proponować zajęcia dodatkowe. W tej chwili w szkołach publicznych jest taka możliwość, że tworzy się zajęcia pod kątem zainteresowań grupki dzieci, np. kółko szachowe lub historyczne. Poza tym jeżeli nie wszystkich rodziców dzieci stać np. na wycieczkę klasową, to rada może udzielić wsparcia finansowego.

Skoro już jesteśmy przy wyjazdach klasowych. Niektórzy rodzice przeżywają duży stres, gdy po raz pierwszy przyjdzie im posłać swoje dziecko na zieloną szkołę. Czy Pani dzieci biorą w nich udział?
– Nie zawsze. Sama nazwa „zielona szkoła” bywa myląca, bo czasami wyjazd sprowadza się do zwykłej wycieczki. Na dodatek w gimnazjum czy liceum jest niestety tak, że na zieloną szkołę jedzie młodzież, która chce poszaleć. Szkoły często korzystają też z gotowych ofert przygotowanych przez biura podróży. I znów rodzic powinien zasięgnąć jak najwięcej informacji o planowanym wyjeździe. Warto przyjrzeć się kosztom. Jeżeli plan dnia jest dobrze zaprojektowany, przewidziano dużo zajęć, nad grupą czuwają odpowiedzialni wychowawcy, a sama grupa jest wiarygodna i nie stwarza większych problemów, to wysłanie dziecka na taką zieloną szkołę ma sens. Jednak zdarza się, że w czasie jej trwania pojawia się alkohol.
W takich sytuacjach zasadne staje się pytanie, czy w ogóle puszczać dzieci na zieloną szkołę. Powiedziałabym tak: jeżeli w szkole naszego dziecka obserwujemy luz wychowawczy, młodzież jest niedostatecznie pilnowana i stwarza wiele problemów, to jednak radziłabym, żeby dziecko nie jechało. Zaoszczędzone w ten sposób środki można wykorzystać w sposób bardziej efektywny dla rozwoju dziecka. Trzeba jednak pamiętać, że w ich wieku jest duża potrzeba przebywania w grupie rówieśniczej, więc odcinanie dzieci i młodzieży od ich rówieśników może przynieść odwrotne efekty. Z mojego doświadczenia wynika, że sprawdza się samoorganizowanie się grup rodzin podobnie myślących, które podejmują trud wspólnego organizowania czasu wolnego.

Szkoła narażona jest na zainteresowanie różnych grup interesów, które robią wszystko, aby młodzi, nieukształtowani ludzie stali się ich klientami. Jak skutecznie zapobiegać takim zagrożeniom?
– Dopuszczanie do szkoły tego typu środowisk jest w gestii dyrektora szkoły. Pamiętam, że w jednej ze szkół publicznych, do której chodziła moja córka, miały miejsce jakieś akcje organizowane przez firmę produkującą jogurty. To odbywało się pod płaszczykiem edukacji, jakiejś zabawy matematycznej, ale ewidentnie miało charakter zabiegów marketingowych. Dlatego nie zgodziłam się na udział w tym mojej córki. Zawsze mamy prawo odmówić. Z psychologicznego punktu widzenia chciałoby się być razem z grupą, ale czasem musimy powiedzieć stanowcze NIE.

Szczególnie w sprawach, które dotyczą kształtowania sfery seksualnej dzieci.
– Parę lat temu w liceum prowadzony był pilotażowy program szczepienia dziewczynek przeciw wirusowi wywołującemu raka szyjki macicy. Wtedy wiedza na ten temat nie była jeszcze tak rozpowszechniona jak dziś, więc w pierwszej chwili brzmiało to wspaniale. Ale potem wraz z mężem sprawdziliśmy w różnych źródłach informacje na ten temat, a przede wszystkim to, czy zasadne jest szczepienie piętnastoletnich uczennic i czy rzeczywiście mamy do czynienia z jakimś masowym problemem. Okazało się, że wirus ten przenoszony jest przede wszystkim drogą płciową. Czyli suponuje się, że dziewczynka w wieku 14 czy 15 lat podejmuje współżycie płciowe! Wychowując moje córki do czystości i odpowiedzialnej miłości, poczułam się wtedy, jakby ktoś mnie uderzył belką w głowę. Byłam bardzo głęboko dotknięta jako matka i jako kobieta, że dzieci traktuje się tak przedmiotowo. I odmówiłam zaszczepienia swojej córki.

Dziękuję za rozmowę.

 

Bogusław Rąpała 
drukuj