Coraz dalej od peletonu

Z Mariuszem-Orionem Jędryskiem, byłym głównym geologiem kraju, posłem PiS, rozmawia Piotr Skrobisz.

Czy Polska ma szansę zostać gazowym eldorado?

– Z punktu widzenia dzisiejszego zarządzania państwem – nie. Widzimy nieudolność, jeśli tylko to, rządu Donalda Tuska, który zrobił wiele, by zniszczyć dotychczasowe osiągnięcia w kwestii gazu z łupków, jakie są dziełem rządu Prawa i Sprawiedliwości. Koncesje wydawano bez żadnej kontroli zmian właścicielskich, bez sprawdzania, w czyje trafiają ręce. Sytuacja staje się dramatyczna, coraz trudniejsza do uratowania. Największe błędy popełniono w latach 2008-2011, ale i dziś nie wierzę, że ten rząd cokolwiek dobrego dla Polaków, dla interesu państwa, w tej sprawie chce uczynić.

Szacuje się, że polskie złoża gazu z łupków mogą wynosić nawet dwa biliony metrów sześciennych. To prawda?

– Kilka lat temu wyliczyłem, że jest ich 1,9 biliona m3.

Co przekłada się na mniej więcej stuletnie zapotrzebowanie na gaz?

– Mniej więcej tak.

To dlaczego tego nie
wykorzystujemy?

– My, to znaczy kto? Proszę nie identyfikować nawet pośrednio Tuska ze mną. Nie my, tylko oni. Rząd w Polsce czy rząd polski? Nie wiem, czy w PO nie ma miejsca dla myślących o Polsce czy posiadających własne zdanie. Na jednym z ostatnich posiedzeń trzech połączonych komisji sejmowych miał być rozpatrywany mój projekt dotyczący obmiarów wydobycia żwiru i piasku z najmniejszych kopalni. Złożyłem go mniej więcej dwa lata temu. Teraz przepadł jednak błyskawicznie, bo jedna z posłanek PO od razu zgłosiła, by go odrzucić bez czytania i dyskusji. Poprosiłem, by jako wnioskodawca uzasadniła, po czym okazało się, że w ogóle nie tylko nie wiedziała, o co w tym projekcie chodzi, ale nawet czego dotyczy. W końcu strzeliła gafę, że będzie to miało wpływ na gaz w łupkach, co było bzdurą. Rekomenduję obejrzenie na moim kanale YouTube Jędrysek 2-minutowego filmiku „Szczyt niekompetencji: PO”.

Dostała zadanie, by tak właśnie postąpić?

– Pewnie tak się umówili, ale według mojej wiedzy podrzędni posłowie PO walczą o to, kto będzie mógł zgłosić wniosek o odrzucenie projektu opozycji, bo wtedy będą mogli przynajmniej dwa razy zabrać głos na sali plenarnej w stylu: „Komisja rekomenduje odrzucenie projektu”. To się liczy do statystyki i przed wyborcami tacy posłowie chwalą się liczbą wypowiedzi.

O potencjale gazu łupkowego mówi Pan od lat. Jest aż tak wielki i ważny?

– O tym temacie myślałem już w czasach studenckich i podczas późniejszej pracy naukowej. Gdy zostałem głównym geologiem kraju, to wiedząc, że są duże formacje łupkowe, które już wydzieliły z siebie dużo metanu, stwierdziłem, że warto reszty tego, co zostało, poszukać. Bywało, że śmiano się ze mnie. Na początku 2006 r. zetknąłem się ze starszym kolegą ze Stanów Zjednoczonych, który był znaczącą postacią w tamtejszej geologii. Powiedział mi, że w USA właśnie ruszyło intensywne wydobycie i prace nad łupkami, że są już zyski. Niewielkie na początek, ale jednak. W związku z tym zacząłem szukać inwestorów w Polsce, a po porażce zorganizowałem konferencję w Londynie, która miała rozwinąć współpracę z przemysłem światowym z udziałem naukowców z każdego ośrodka geologicznego w Polsce. W wyniku tego wydałem 11 koncesji na poszukiwania. Niewiele, by nie stracić nad nimi kontroli, a przy okazji potężne koszty i ryzyko przerzucając w całości na inwestora. Byliśmy przygotowani prawnie i organizacyjnie, by kolejne koncesje na nowych zasadach i za setki milionów wydawać w oparciu o tzw. przetarg (aukcję) holenderski.

Czy następcy kontynuowali ten kierunek?

– Rząd Tuska po przejęciu władzy postąpił inaczej, przez co państwo nie tylko przestało kontrolować handel koncesjami, ale straciło też około 100 miliardów złotych na koncesjach na poszukiwania. Szacuję bowiem, że za taką kwotę powinno sprzedać pozostałe koncesje, a sprzedało za około 40 milionów złotych.

Tymczasem wartość gazu w łupkach to biliony złotych. Pytanie, czy Polska potrzebuje tych pieniędzy. Druga rzecz, czy potrzebujemy niezależności od importu gazu z Rosji czy jakiegokolwiek innego kraju. Nie od dziś wiadomo, że Rosja używa gazu jako oręża nacisków politycznych. Można więc zadać pytanie, czy nie utworzylibyśmy tarczy gazowej dla krajów poddawanych podobnym praktykom mocarstwa ze Wschodu. Na wszystkie te pytania powinniśmy odpowiedzieć sobie twierdząco. Wiemy zatem, czego oczekujemy. A komu to przeszkadza? Wszystkim! Rosji z wiadomych przyczyn. Norwegii, bo każde pojawianie się gazu w większej ilości powoduje spadek jego ceny. Anglii, bo ma swój gaz i będzie miała jeszcze długo. Niemcom, bo postawili na handel gazem. Holandii, Ukrainie, Rumunii… mógłbym tak wyliczać i wyliczać. Nikomu nie zależy na tym, by Polska „poszła w łupki”. Powinno zależeć jednak nam w Polsce. Kilka tygodni temu w Parlamencie Europejskim odbyła się duża konferencja przeciwników gazu łupkowego z różnych krajów europejskich. Byłem na niej, incognito, próbowałem nawet zabrać głos. Oprócz mnie ze strony parlamentarnej czy rządowej nie pojawił się nikt z Polski. Nikt – żaden europarlamentarzysta! A przecież to nam w pierwszym rzędzie powinno zależeć, by być i bronić swoich racji. Swoich szans i perspektyw.

Przeciwnicy łupków podkreślają, że są one nierozerwalnie związane z dewastacją środowiska.

– Parlament Europejski już przyjął rygorystyczne poprawki do dyrektywy środowiskowej, które mogą znacznie utrudnić wydobycie gazu z łupków. Tak naprawdę przyczepiono się do technologii eksploatacji tego gazu metodą szczelinowania. Żeby bowiem wydobyć gaz z łupków, trzeba wprowadzać pod wysokim ciśnieniem do skał płyn (wodę z innymi substancjami), w ten sposób je rozdrabniając i uwalniając metan. Cząsteczki metanu odklejają się od minerałów budujących skałę, gaz ten łączy się w pęcherzyki wędrujące przez szczeliny do otworu wydobywczego – innej drogi nie mają od setek milionów lat. Oczywiście, wiąże się to z ingerencją w środowisko, ale bez żadnych zagrożeń dla niego i dla człowieka. Tymczasem według wspomnianych poprawek należałoby za każdym razem przeprowadzać badania wpływu wydobycia łupków na środowisko, a co ważne – także na obszarach, na których już wydano koncesje.

David Cameron, premier Wielkiej Brytanii, powiedział nie tak dawno, że wydobycie gazu łupkowego jest kwestią interesu kraju, jego dobra.

– Już dawno mówiłem, że Wielka Brytania zrobi to wcześniej, chociaż wystartowała cztery lata później niż my. Tymczasem Tusk wychodzi z założenia, że trzeba zniszczyć wszystko, czym zajmowało się PiS.

Czemu podobne słowa nie wyjdą z ust premiera Polski?

– Nie umiem odpowiedzieć – dysonans pomiędzy tym, co Tusk mówi i robi, jest poza możliwościami lingwistycznymi.

Czy zaniedbania ostatnich lat da się jeszcze nadgonić?

– Niektórych rzeczy nie jesteśmy w stanie – czasu nie cofniemy. Na pewno nie odniesiemy już największego sukcesu, który był w naszym zasięgu. Jeśli bowiem chodzi o łupki, to byliśmy w Europie pierwsi, a po nas długo, długo nikt. A jak wiadomo, najwięcej zyskuje lider. Teraz już na czele peletonu znajdują się inni, a nam są rzucane kłody pod nogi. Nie chodzi o liczbę wierceń, ale o organizację i sprawność państwa – spadamy w dół. Mogliśmy wydobywać gaz w łupkach na skalę przemysłową już w 2012 roku. Nie wydobywamy, wyprzedzili nas inni, UE zablokowała, Rosja podpisała umowy, przejęła inwestorów, prawdopodobnie przejęła część koncesji „na słupy”, Niemcy wybudowali gazociągi, w tym Nord Stream, Norwegia dogadała się z Rosją, Francja dostała ogromne pieniądze na rozwój nowych technologii w energetyce jądrowej etc.

A geotermia? Też mówiło się o wielkiej szansie, tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że i ona jest traktowana po macoszemu.

– Polska ma ogromny zasób cieplny do wykorzystania. Grube izolujące i kumulujące ciepło warstwy osadowe powodują, że posiadamy wielkie pokłady wód gorących, które można wykorzystać do ogrzewania obiektów. Całych miast. Doskonałym przykładem jest Toruń, który ma nieco podwyższony strumień cieplny, bardzo dobre warunki hydrologiczne do wydobycia gorących wód z głębokości około 2600 metrów. Tych wód jest tam bardzo dużo, można nawet postawić tezę, że to swoisty rekord świata, jeśli chodzi o tego typu formacje geologiczne. Zatwierdzono wydajność na poziomie ponad 300 m sześciennych na godzinę, ale faktycznie można wydobyć drugie tyle. I to jest bogactwo, wielkie bogactwo. Nie zapominajmy jednak i o drugiej szansie, jaką jest geotermika, czyli zamiana ciepła na prąd.

Co w tych kierunkach robi rząd Tuska?

– Rzuca kłody pod nogi. Dawniej wszystkie otwory geotermalne, jakie były wiercone w naszym kraju, finansowano w całości ze środków publicznych z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W ten sposób miał być pokryty m.in. pierwszy otwór w Toruniu dla Fundacji Lux Veritatis. Zmienił się jednak rząd, a jedną z pierwszych decyzji ministrów Tuska było cofnięcie tej decyzji. Nieuzasadnione, niemerytoryczne, nielogiczne. Odnoszę wrażenie, że obecna władza wręcz zwalcza geotermię. Gdy wypowiadałem się na jej temat w jednym z odcinków „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, odcinek przestał być osiągalny na stronie internetowej, a potem wprowadzono za niego opłatę techniczną.

W jakim kierunku powinien zatem podążać rozwój odnawialnych źródeł energii?

– W obu: geotermii i geotermiki. Do tego trzeba rozwijać technologię, prowadzić dokładniejsze badania geotermalne. Jeśli okaże się, że są miejsca podobne do Torunia, trzeba tam inwestować, wiercić otwory. To przecież nie tylko kwestia tańszej energii w rozliczeniu wieloletnim, ale także kwestia różnych atrakcji turystycznych, spa, basenów. Przecież to jest kapitalna perspektywa, zamiast opalać węglem czy drogim gazem importowanym z Rosji, można ogrzewać miasta bardzo czystą energią geotermalną. Perfekcyjnie czystą, bo każde inne źródło energii odnawialnej ma swoje czasem poważne wady środowiskowe, ta niemal żadnej.

O istniejący plan narodowy w tym temacie nie pytam.

– Słusznie. Takiego nie ma, choć w 2007 r. powstały jego zręby.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj