Dr D. Kearney dla „Naszego Dziennika”: Procedura odwracania aborcji to przykład sukcesu! Jeśli kobieta przyjmie pierwszą pigułkę aborcyjną, ale nie weźmie drugiej, mamy do 20 proc. szans, że dziecko przeżyje. Podając progesteron jak najszybciej, zwiększamy szanse do 50-55 proc.
Procedura odwracania aborcji to przykład nadzwyczajnego sukcesu! Jeśli kobieta przyjmie pierwszą pigułkę aborcyjną, mifepriston, ale nie weźmie drugiej, istnieje do 20% szans, że dziecko przeżyje. Podając progesteron jak najszybciej, zanim pojawi się jakiekolwiek krwawienie, zanim pojawią się skurcze, zwiększamy te szanse do 50-55%. Wciąż więc istnieje 45-50% ryzyka śmierci dziecka, ale w ten sposób zwiększamy szansę jego przeżycia z mniej niż 20% do ponad 50%! Niewiele jest dziedzin medycyny, w których można osiągnąć tak imponujący wynik – powiedział dr Dermot Kearney, angielski lekarz, który pomaga odwrócić skutki pigułki aborcyjnej, z Ewą M. Małecką z „Naszego Dziennika”.
Ewa Małecka: Pomaga Pan kobietom, które żałują podjętej próby aborcji farmakologicznej i chcą ocalić swoje dzieci. W Stanach Zjednoczonych taka pomoc jest dobrze zorganizowana, działa całodobowa infolinia, dostępna 7 dni w tygodniu. Jak to wygląda w Wielkiej Brytanii?
Dr Dermot Kearney: Zaczęliśmy dopiero w 2020 roku. Jestem członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego. Jeszcze w 2014 roku podczas naszego krajowego spotkania odwiedził nas prof. Jack Skarisbrick, założyciel jednej z głównych brytyjskich organizacji pro-life. Powiedział, że do jego stowarzyszenia zgłaszają się kobiety, które przyjęły pierwszą pigułkę aborcyjną, a następnie tego żałowały. W internecie przeczytały, że być może da się odwrócić jej działanie. Wtedy jeszcze nikt z nas nic o tym nie wiedział, ale obiecaliśmy sprawdzić, czy to możliwe. W tamtym czasie było bardzo niewiele informacji, choć w USA doktorzy Matthew Harrison i George Delgado uratowali już pierwsze dzieci w 2006 i 2008 roku.
Potem, w 2018 roku, Clare McCullough, założycielka organizacji pro-life „Good Counsel”, przyjechała na naszą doroczną konferencję, mówiąc, że do nich także zgłasza się coraz więcej kobiet w takiej sytuacji. Apelowała do nas, byśmy spróbowali im pomóc. Zostałem wtedy wybrany na prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego, więc obiecałem Clare, że to sprawdzę.
Pojechałem do Stanów Zjednoczonych, spotkałem się z dr. George’em Delgado. Wysłuchałem jego wystąpienia na temat odwracania działania pigułki aborcyjnej podczas konferencji Amerykańskiego Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego. Spotkałem też kilka innych osób zaangażowanych w tę działalność. Przeczytałem wszystko, co było dostępne, ponieważ na tym etapie opublikowano już więcej artykułów naukowych. George Delgado właśnie opublikował główne, największe badanie. Zabrałem więc te informacje do Wielkiej Brytanii. Omówiliśmy je na spotkaniu Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego i uznaliśmy, że powinniśmy też spróbować. Kobiety szukały pomocy, leczenie było wykonalne i bardzo bezpieczne. Nie widzieliśmy żadnych problemów.
Nie brał Pan wtedy pod uwagę, że może nastąpić zderzenie z tzw. systemem w służbie zdrowia, niechętnym postawie pro-life?
– Mieliśmy nadzieję, że stanie się to częścią głównego nurtu usług NHS (Państwowej Służby Zdrowia) dla kobiet, dlatego napisaliśmy do Royal College of Obstetricians and Gynaecologists (Królewskiego Kolegium Ginekologów i Położników), do Royal College of General Practitioners (Królewskiego Kolegium Lekarzy Ogólnych), a także do NHS England, wyjaśniając im sprawę i przedstawiając dowody, które już opublikował dr Delgado. Odpowiedzi bardzo nas rozczarowały, żadna z tych organizacji nie była gotowa poprzeć idei odwracania aborcji. Przysłały nam wspólny list, stwierdzając, że nie popierają stosowania leków poza wskazaniami rejestracyjnymi.
Odpisałem im, pytając, czy nie zdają sobie sprawy, że misoprostol, stosowany przy aborcji farmakologicznej, także nie jest zarejestrowany do takiego użytku? Jest zarejestrowany do leczenia wrzodów żołądka i dwunastnicy, ale nie do aborcji. A mimo to go zalecają. Istnieje więc niespójność w ich sprzeciwie wobec stosowania progesteronu.
Napisaliśmy również do General Medical Council (Naczelnej Rady Lekarskiej). To organ, który przyznaje lekarzom prawo do wykonywania zawodu i może również je odebrać. Zadaliśmy im proste pytanie: jeśli do lekarza zgłasza się pacjentka, która przyjęła pierwszą pigułkę, ale zmieniła zdanie i chce podjąć próbę ratowania swego dziecka, co lekarz powinien zrobić?
Odpowiedzieli, że nie są w stanie udzielać porad klinicznych, ponieważ nie są organizacją kliniczną. Przypomnieli jednak, że każdy lekarz ma obowiązek traktować pacjenta z szacunkiem, respektować jego wolę, a pacjent ma prawo wycofać zgodę na jakąkolwiek formę leczenia na każdym etapie oraz ma prawo być poinformowany o alternatywnych metodach leczenia.
Stwierdziliśmy, że to właśnie robimy. Te kobiety wycofują zgodę na aborcję. Chcą spróbować uratować swoje dziecko. Istnieje odpowiedni lek, który można w tym celu zastosować i który ma już solidne podstawy naukowe. Postanowiliśmy działać dalej.
Używa Pan liczby mnogiej. Kto jeszcze podjął się procedury odwracania aborcji farmakologicznej?
– W 2020 roku inna lekarka, dr Eileen Reilly, pracująca w Glasgow w Szkocji, otrzymała telefon od swojego kolegi z Irlandii. Pewna kobieta z Anglii, a dokładniej z Wyspy Wight, zadzwoniła na amerykańską infolinię, mówiąc, że przyjęła pierwszą tabletkę aborcyjną i szuka pomocy, by ratować swoje dziecko. Przejrzeli listę swoich lekarzy i nie mieli nikogo w Anglii, ale w Irlandii był dr Phil Boyle, znany ekspert w dziedzinie naprotechnologii, który oferował odwracanie skutków aborcji. Skontaktowali się z nim, a on wyjaśnił, że pracuje w Irlandii i nie ma licencji, aby przepisywać leki poza tym krajem. Ale znał dr Eileen Reilly – współpracował z nią wcześniej. Obiecał skontaktować się z koleżanką w Szkocji, w Wielkiej Brytanii, która może będzie w stanie pomóc. I tak właśnie doszło do naszego pierwszego przypadku. Miało to miejsce w maju 2020 roku. Dziecko zostało uratowane.
Wtedy zarejestrowałem się w sieci Abortion Reversal Network z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, żeby w razie potrzeby mieli w Wielkiej Brytanii przynajmniej dwa nazwiska do kontaktu – dr Eileen Reilly i moje. Przez długi czas byliśmy jedynymi osobami realizującymi te przypadki.
Jakie owoce przyniosła Pana posługa ratowania życia zagrożonych dzieci?
– W pierwszym roku uratowaliśmy 32 dzieci – ja 20, a dr Eileen 12. Nasz wskaźnik sukcesu wynosił około 50%. Nie był więc tak wysoki jak u George’a Delgado, który może się pochwalić 64-68% sukcesu. Kontynuowaliśmy tę działalność do końca kwietnia 2021 roku.
Wtedy właśnie, 28 kwietnia 2021 roku, dr Eileen i ja otrzymaliśmy e-maile od General Medical Council. Poinformowano nas, że jesteśmy poddani dochodzeniu, ponieważ do Rady wpłynęły skargi od Royal College of Obstetricians oraz od Mary Stopes International, jednej z głównych organizacji aborcyjnych w Wielkiej Brytanii.
To taka organizacja jak Planned Parenthood?
– Tak, to brytyjski odpowiednik Planned Parenthood, druga co do wielkości sieć aborcyjna w Wielkiej Brytanii. Największą jest BPAS – British Pregnancy Advisory Service. Mary Stopes prowadzi też intensywną działalność zagraniczną – próbują promować aborcję w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji.
W każdym razie do General Medical Council wpłynęły dwie skargi. Twierdzono w nich, że przepisywaliśmy leki poza wskazaniami rejestracyjnymi, że narażaliśmy kobiety na ryzyko, że narzucaliśmy pacjentkom nasze przekonania katolickie, pro-life i że powinniśmy być poddani dochodzeniu.
W związku z tym zostaliśmy wezwani do udziału w trybunale GMC, zwanym Medical Practitioners Tribunal Service, dwa tygodnie później, 12 maja.
Czy nakazano Państwu natychmiast zaprzestać, czy do czasu rozstrzygnięcia trybunału mogli Państwo działać?
– Nie powiedziano nam, żebyśmy natychmiast przestali działać, ale choć teoretycznie mogliśmy kontynuować, uznaliśmy, że nie byłoby to rozsądne, ponieważ już byliśmy poddani dochodzeniu. Musieliśmy więc powiadomić wszystkie organizacje pro-life, w tym amerykańską infolinię APR, że na razie nie będziemy w stanie świadczyć tej usługi. Poinformowaliśmy też organizacje obrońców życia w Wielkiej Brytanii, że musimy stawić się przed trybunałem.
Stowarzyszenie Christian Concern wraz ze swoim zespołem prawnym, Christian Legal Centre, zdecydowało, że chce podjąć walkę w naszej obronie. Ich dyrektor generalna Andrea Williams zorganizowała spotkanie z nami na Zoomie. Doktor Eileen i ja uważaliśmy, że niewiele możemy zrobić. Chociaż wiedzieliśmy, że nie ma żadnych dowodów przeciwko nam, czuliśmy, że sprawa jest z góry przesądzona – że nie będziemy mogli już pomagać kobietom i że grozi nam skreślenie z rejestru lekarskiego.
Ale Andrea, pamiętam to bardzo wyraźnie, wskazała palcem w kamerę i powiedziała: „Nie, to jest niesprawiedliwe. To jest nieuczciwe. Nie zaakceptujemy tego! Kobiety potrzebują tego. Będziemy walczyć i wygramy”. Pomyślałem: „Cóż, jeśli tak uważasz, to warto spróbować”.
W ciągu kilku dni Christian Legal Centre opracowało bardzo dobrze przemyślaną strategię prawną. Nie było żadnych dowodów przeciwko nam – same zarzuty. W moim przypadku było dziesięć konkretnych zarzutów, ale żaden niepoparty dowodami. I wiedzieliśmy o tym.
Fikcyjne zarzuty miały po prostu wyeliminować Pana jako lekarza, był to nieformalny zakaz wykonywania zawodu?
– W międzyczasie, chociaż nadal mogłem pracować jako lekarz, nie wolno mi było przeprowadzać procedury odwrócenia aborcji. GMC w swoim wniosku domagała się całkowitego zawieszenia – chciała, aby nie pozwolono mi wykonywać żadnych czynności medycznych. Ponieważ jestem kardiologiem i internistą, chcieli mnie w zasadzie uczynić bezrobotnym na co najmniej 18 miesięcy. Była to maksymalna kara, jaką trybunał mógł nałożyć. Uznał jednak, że byłoby to nieco nieproporcjonalne, ponieważ w mojej dotychczasowej praktyce nie było żadnych innych skarg wobec mnie.
Pozwolono mi więc kontynuować pracę, ale z ograniczeniami – tak to zostało sformułowane. Warunki były następujące: nie mogę podawać, przepisywać ani zalecać progesteronu w celu odwrócenia działania pigułki aborcyjnej. Nie mogę również brać udziału w żadnej działalności charytatywnej o charakterze medycznym bez pisemnej zgody GMC i nie mogę wykonywać żadnej prywatnej praktyki medycznej bez pisemnej zgody GMC. Chodziło więc w zasadzie o to, aby powstrzymać mnie od przeprowadzania odwrócenia działania pigułki aborcyjnej.
Doktor Eileen przeszła ten sam proces i otrzymała podobną karę. Jako ginekolog, nie została powstrzymana od przepisywania progesteronu, ponieważ w ramach swojej normalnej codziennej pracy musi stosować progesteron w innych wskazaniach. Jednak uniemożliwiono jej przeprowadzanie odwrócenia aborcji. Powiedziano jej również, że cała jej praca musi być nadzorowana przez wyznaczoną osobę z jej oddziału i że będzie musiała konsultować wszystko, co robi, by zagwarantować, że nie wykonuje żadnej tajnej ani prywatnej pracy związanej z odwracaniem aborcji.
W praktyce skutecznie uniemożliwiono więc działanie nam obojgu. Jestem chyba pierwszym lekarzem w historii, któremu zakazano ratowania życia! Bo nie ma wątpliwości, że ratowaliśmy życie.
Zawieszenie Pana w obowiązkach lekarza miało trwać 18 miesięcy. A co potem?
– Gdyby upłynęło 18 miesięcy i nic się nie zmieniło, mogliby przedłużyć zawieszenie o kolejne sześć miesięcy, i tak co pół roku. Jednak mój zespół prawny postanowił do tego nie dopuścić. Christian Legal Centre zdecydowało, że wyprowadzimy sprawę z Trybunału Medycznego i złożymy ją w brytyjskim Sądzie Najwyższym.
Złożyliśmy więc wniosek do Sądu Najwyższego, że nałożona na mnie kara była niesprawiedliwa, niewłaściwa i niepotrzebnie dyskryminująca. Sprawa nosiła nazwę Dermot Kearney vs. GMC.
Następnym krokiem miało być stawienie się w Sądzie Najwyższym pod koniec lutego 2022 roku. Jednak około tygodnia przed planowaną rozprawą dowiedziałem się, że GMC zdecydowała się przywrócić mnie do pracy i wycofać zarzuty.
Ale to Pan wniósł sprawę do sądu, prawda?
– Tak, wniosłem sprawę, chcieliśmy iść do sądu, ponieważ uważaliśmy, że wszystkie dowody przemawiają na naszą korzyść. Na przykład zeznania samych kobiet podważały zarzut, że zmuszałem je do działania wbrew ich woli. Zarzut, że brak było podstaw naukowych dla tego leczenia, był kwestionowany przez dwóch biegłych świadków, którzy stwierdzili, że istnieją dowody wspierające stosowanie progesteronu w tym kontekście. Potwierdzili też, że jest to bardzo bezpieczne, że nie jest niczym niezwykłym stosowanie leków poza wskazaniami, a żaden z zarzutów nie znajdował oparcia w dowodach.
Mike Phillips, adwokat, zadzwonił do mnie, aby powiedzieć, że sprawa została wycofana. Około pół godziny później otrzymałem e-mail od GMC, informujący mnie, że nie ma już sprawy do rozpatrzenia. Ponieważ jednak warunki zostały narzucone przez Trybunał Medyczny, GMC musiała udać się do trybunału i zalecić, aby warunki nałożone na mnie zostały zniesione, co też zrobili. Więc w ciągu około tygodnia, na początku marca, warunki nałożone na moją praktykę, które zabraniały mi przepisywania, podawania czy zalecania progesteronu, zostały zniesione. W związku z tym mogłem ponownie prowadzić leczenie odwracania działania pigułki aborcyjnej.
Ale czy GMC nie powinna była najpierw przeanalizować dowodów, zanim Pana oskarżono, a tym bardziej zawieszono?
– Dokładnie. Właśnie to powiedział mój zespół prawny. To niesłychane, aby nałożyć sankcję bez uprzedniego zbadania dowodów. To niewłaściwy sposób postępowania. Są w GMC osoby bardzo zaprzyjaźnione z branżą aborcyjną. I trudno jest obrońcom życia uzyskać uczciwe rozpatrzenie sprawy. Dlatego mój przypadek stał się tak dobrze znany, szczególnie w Ameryce, Kanadzie, Australii, niektórych krajach europejskich oraz w Irlandii.
To była wielka nowina, ponieważ nikt, kto staje przeciwko GMC, zazwyczaj nie wygrywa ani nie wychodzi cało, szczególnie w sprawach dotyczących obrony życia. Bo wiemy, że GMC jest w dużej mierze proaborcyjna. Fakt, że nałożono na nas karę bez sprawdzenia dowodów, jest zdumiewający. I nie sądzę, żeby coś takiego było akceptowalne w jakiejkolwiek innej dziedzinie życia społecznego.
Zanim rozpoczęli Państwo praktykę odwracania działania pigułki aborcyjnej, omawiali to w ramach Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego. Zakładam, że Katolickie Stowarzyszenie Medyczne to nie tylko Pan i dr Eileen Reilly, prawda?
– Wtedy mieliśmy około 300 członków. Obecnie mamy 500. Stowarzyszenie istnieje od 1911 roku, mamy więc ponad 100 lat historii. Jesteśmy niewielką organizacją, reprezentujemy katolików pracujących jako lekarze, pielęgniarki, farmaceuci, mamy też kilku dentystów.
Tymczasem w amerykańskiej infolinii zarejestrował się tylko Pan i dr Eileen Reilly. Nie było innych lekarzy gotowych zaoferować tego rodzaju pomocy?
– Nie, w tamtym czasie nie było. Podczas naszego zawieszenia zaczął pomagać jeszcze jeden lekarz, który działa bardzo dyskretnie, nie szuka żadnej reklamy ani rozgłosu. To bardzo doświadczony, wykwalifikowany lekarz, do tej pory uratował około 25 dzieci. Robił to po cichu, podczas gdy my byliśmy zawieszeni. Kiedy zawieszenie zostało zniesione, trochę się ośmielił. Ale jesteśmy tylko we troje. Eileen nie angażuje się tak bardzo, koncentruje się na innych dziedzinach medycyny, ale jest dostępna, jeśli ja lub ten drugi lekarz nie możemy pomóc.
Czy środowisko medyczne nie interesuje się tą procedurą, choćby z profesjonalnego punktu widzenia?
– Procedura odwracania aborcji to przykład nadzwyczajnego sukcesu! Jeśli kobieta przyjmie pierwszą pigułkę aborcyjną, mifepriston, ale nie weźmie drugiej, istnieje do 20% szans, że dziecko przeżyje. Podając progesteron jak najszybciej, zanim pojawi się jakiekolwiek krwawienie, zanim pojawią się skurcze, zwiększamy te szanse do 50-55%. Wciąż więc istnieje 45-50% ryzyka śmierci dziecka, ale w ten sposób zwiększamy szansę jego przeżycia z mniej niż 20% do ponad 50%! Niewiele jest dziedzin medycyny, w których można osiągnąć tak imponujący wynik.
Jeśli spojrzeć na to z drugiej strony: bez progesteronu prawdopodobieństwo śmierci dziecka po zażyciu przez matkę mifepristonu wynosi 80%. Przy zastosowaniu progesteronu ryzyko to spada poniżej 50%. To oznacza redukcję śmiertelności o ponad 30%. Prawdopodobnie nie ma innych dziedzin medycyny, w których można by osiągnąć tak wysoki wskaźnik sukcesu. Na przykład w kardiologii, którą się zajmuję, bardzo cieszymy się, jeśli jakiś nowy lek zmniejsza śmiertelność o 10%, 12%, 15%, to już niezwykłe. Ale nie znam leku, który zmniejszałby śmiertelność z 80% do 45-50%. To niesamowite! Wielokrotnie pisałem o tym, że doktorzy George Delgado i Matthew Harrison, pionierzy tej procedury, powinni być kandydatami do Nagrody Nobla. Odkryli, że przez zastosowanie powszechnie dostępnego, taniego, bezpiecznego leku można zapobiec pewnej śmierci u ponad 30% osób zagrożonych. To jest niesamowite osiągnięcie! Mam nadzieję, że kiedyś w końcu świat to doceni.
Państwo stosują protokół APR opracowany przez dr Delgado, który osiąga jeszcze większy sukces: do 68% dzieci udaje mu się uratować. Skąd więc różnica w tej statystyce, jakie czynniki się różnią?
– Myślę, że są dwie główne przyczyny. Pierwsza to czynnik czasu. U nas kobiety zaczynają leczenie progesteronem średnio 25 godzin od momentu przyjęcia pierwszej tabletki aborcyjnej. To więcej niż doba. Natomiast w Stanach Zjednoczonych, w wielu miejscach, jest to mniej niż 12 godzin. I to jest kluczowe. Więc u tych pań, które zgłosiły się do nas bardzo szybko – w ciągu sześciu, siedmiu godzin – jest bardzo duża szansa, że dziecko przeżyje, większa niż 55%. Natomiast u tych, które zgłaszają się po 24-48 godzinach, szansa jest mniejsza. To wpływa na statystykę. Kobiety po prostu nie wiedzą o takiej możliwości albo są do niej aktywnie zniechęcane. Żałują przyjęcia pigułki, dzwonią w miejsce, skąd ją otrzymały, i słyszą: „Nic, nic już nie możesz zrobić”, „Musisz się z tym pogodzić”. Czasami mówi im się: „Po prostu nie bierz drugiej tabletki i zobacz, co się stanie”. Ale żadnej z nich nie informuje się, że jeśli dostanie progesteron, to może on pomóc.
Podam pani przykład: Jedna z pacjentek, która przeszła skutecznie APR, zaczęła u mnie leczenie progesteronem w dniu, kiedy miała wziąć drugą pigułkę. Była w 11. tygodniu ciąży. Zadzwonili do niej z przychodni, pytając, dlaczego nie przyszła po mizoprostol. Odpowiedziała: „Rozmawiałam z miłym lekarzem, który dał mi progesteron”. Oni ją wyśmiali, mówiąc: „Za późno, twoje dziecko już nie żyje!”. Zadzwoniła do mnie z płaczem, pytając, czy to prawda. Oczywiście nie mogłem wiedzieć, bo nie miała badania ultrasonograficznego. Powiedziałem: „Nie miałaś żadnego krwawienia, nie czujesz bólu. Jest całkiem duża szansa, że dziecko nadal żyje, ale musimy zrobić USG”. I rzeczywiście, dwa dni później zrobiliśmy badanie, okazało się, że dziecko nie ucierpiało, co bardzo ją ucieszyło.
Ale właśnie to kobiety słyszą: „Jest za późno. Twoje dziecko nie żyje. Nie bierz progesteronu. To niebezpieczne. Możesz zacząć krwawić. Możesz potrzebować transfuzji krwi. Możesz umrzeć”. Podają im te wszystkie kłamstwa, żeby powstrzymać je przed skorzystaniem z leczenia.
Kolejnym ważnym czynnikiem jest to, że bardzo, bardzo rzadko możemy zrobić USG przed rozpoczęciem leczenia, więc zazwyczaj nie wiemy, czy dziecko jeszcze żyje, czy nie. Może być tak, że dziecko już nie żyje, ale nie możemy tego stwierdzić. Jeśli matka nie ma silnego krwawienia ani mocnych skurczów, podajemy progesteron, nawet jeśli minęły 24, 36 czy 48 godzin od zażycia pierwszej tabletki. W Wielkiej Brytanii nie można po prostu wejść do poradni i zrobić USG, z bardzo rzadkimi wyjątkami.
Natomiast w Stanach Zjednoczonych, gdzie działa około 1200 lekarzy, którzy podjęli się odwracania działania pigułki aborcyjnej, każdy stan ma dziesiątki, a może setki osób świadczących tę pomoc. Większość z nich to położnicy lub specjaliści w dziedzinie płodności, więc pacjentka może zapukać do drzwi i powiedzieć: „Wzięłam pigułkę aborcyjną, czy moje dziecko jeszcze żyje?” – a oni zrobią USG i jeśli dziecko żyje, podadzą progesteron. My nie mamy takiego luksusu. Na USG u nas trzeba czekać jeden, dwa, trzy, cztery, pięć dni, czasem więcej. Ogólnie rzecz biorąc, jest to duży problem. NHS kontroluje medycynę w tym kraju i jest bardzo bogaty, co ma swoje dobre strony – pacjenci nie muszą płacić za leczenie, które jest na ogół szeroko dostępne dla większości nagłych przypadków, niestety nie takich. Ale próbujemy to zmienić. Staramy się przekonać ludzi, że jest to sytuacja nagła, wymagająca natychmiastowej pomocy medycznej.
Jest silny opór. I dlatego trudno też przekonać innych lekarzy do udziału w tym programie.
Nawet po procesie, który Pan wygrał, nie jest lepiej?
– Jest lepiej w tym sensie, że możemy pomagać kobietom i możemy o tym informować, ale nadal nie możemy pozyskać innych osób.
Jest jeszcze jedna istotna rzecz, o której nie wspomniałem, dotycząca sposobu działania GMC. Otóż ta Rada była wielokrotnie oskarżana o rasizm, o niesprawiedliwe traktowanie lekarzy należących do mniejszości etnicznych. Jeśli jesteś muzułmaninem z Pakistanu, chrześcijaninem z Afryki lub z Polski, masz większą szansę na karę ze strony GMC niż biały lekarz brytyjski. Otóż z powodu oskarżeń o rasizm GMC ustanowiła Equality Diversity and Inclusion Forum, czyli forum równości, różnorodności i włączenia społecznego. Jako prezes Katolickiego Stowarzyszenia Medycznego, zostałem zaproszony do udziału. Był też inny lekarz, z Christian Medical Fellowship, był reprezentant lekarzy żydowskich, dwóch z Muzułmańskiego Stowarzyszenia Lekarzy, byli też lekarze ze środowisk lgbt, były grupy kobiece, lekarze z niepełnosprawnościami. W kwietniu 2021 roku, niecałe trzy tygodnie przed postawieniem mi zarzutów, mieliśmy spotkanie twarzą w twarz, mimo że trwała pandemia. Poproszono mnie o przedstawienie raportu. Powiedziałem, że niektórzy z naszych lekarzy są zaangażowani w świadczenie usług odwracania działania pigułki aborcyjnej dla kobiet, które żałują, że przyjęły pierwszą pigułkę. Powiedziałem im, ile dzieci już zostało uratowanych i ile z nich jest w trakcie ratowania. Byli więc poinformowani, a mimo to wszczęli przeciw nam postępowanie i zawiesili nas. Byłem w kontakcie z amerykańską infolinią. Wiemy, że w ciągu dziewięciu miesięcy, między majem 2021 a końcem lutego 2022 roku, około 70 kobiet z Wielkiej Brytanii skontaktowało się z infolinią i usłyszało: przepraszamy, nic nie możemy zrobić. Na kolejnym spotkaniu Rady we wrześniu 2021 roku wyraziłem swój gniew, powiedziałem, że to jest bardzo niesprawiedliwe, że uniemożliwia się nam świadczenie ratującej życie usługi i że GMC ma krew na rękach. Powiedziałem też, że GMC musi wziąć odpowiedzialność za życie dzieci, które zginęły, choć mogły przeżyć.
I zapadła cisza. Na koniec powiedzieli mi, że nie mogę już uczestniczyć w żadnych spotkaniach, że istnieje konflikt interesów, a Catholic Medical Association będzie musiało znaleźć kogoś innego, kto będzie nas reprezentował. To było wręcz bezwstydne: Forum zostało powołane po to, by grupy zagrożone dyskryminacją zgłaszały sprawy, które je niepokoją, a gdy zgłosiłem właśnie taką sprawę, zostałem wykluczony z udziału w dalszych spotkaniach.
Pańska sprawa była dość głośna. Czy nie wywołało to oburzenia społecznego?
– Tylko około 5% ludności Wielkiej Brytanii identyfikuje się z postawą pro-life. 95% jest pro-choice. Kiedy zapytać tych „pro-choice”, okazuje się, że byliby przeciwni aborcji po 24. tygodniu, aborcji po porodzie albo aborcji ze względu na płeć dziecka. Niektórzy byliby przeciwni aborcji ze względu na niepełnosprawność dziecka. A więc wiele osób sprzeciwiałoby się aborcji z niektórych powodów, ale i tak uważają, że ostatecznie to „prawo wyboru” kobiety. Jednak grupy pro-life powoli, rok po roku, stają się silniejsze. Marsz dla Życia z każdym rokiem jest większy. Zaczęło się to 10-11 lat temu z udziałem może 100 osób, może mniej niż 100, w kolejnym roku było 300-400 osób, a teraz jest to już 10 tys. lub więcej. Rok po roku przybywa około tysiąca osób. Jeśli tak dalej pójdzie, możemy zacząć wpływać na serca i umysły ludzi.
Dziękuję za rozmowę.
Ewa M. Małecka/Nasz Dziennik




