fot. Robert Sobowicz

Lasy na kredyt

Z prof. dr. hab. Andrzejem Grzywaczem, prezesem Polskiego Towarzystwa Leśnego, członkiem rzeczywistym PAN, rozmawia Marcin Austyn

Sposób, w jaki rząd planuje sięgnąć po pieniądze Lasów Państwowych, jest dla tej instytucji bezpieczny, jak to deklaruje premier?

– Niestety nie i jesteśmy pełni niepokoju. Proszę zauważyć, że nigdzie na świecie lasy nie są ubezpieczane. Dzieje się tak, bo nie chcą tego czynić zarówno zakłady ubezpieczeń, jak i właściciele. Jednak wbrew pozorom ryzyko produkcji leśnej jest bardzo wysokie. Są pożary, gradacje szkodliwych owadów. I właśnie na wypadek tego rodzaju klęsk Lasy Państwowe mają taki swój fundusz stabilizacyjny. Niech tylko pojawi się taki pożar, z jakim mieliśmy do czynienia np. w roku 1992 w nadleśnictwie Rudy Raciborskie czy Potrzebowice, gdzie spłonęło wiele tysięcy hektarów lasu. Gdyby coś takiego spotkało Lasy Państwowe po przyjęciu proponowanych przez rząd zmian, to nie będzie pieniędzy na odbudowę i zagospodarowanie zniszczonych, spalonych ekosystemów. Taka kumulacja pieniędzy, jaka obecnie istnieje, dla firmy gospodarującej na jednej trzeciej powierzchni kraju jest po prostu konieczna, a niestety próbuje się to nam zabrać.

Wiadomo, że Lasy będą zmuszone do zmniejszenia inwestycji.

– To nie jest tylko kwestia inwestycji takich jak np. budowa dróg dojazdowych. Na Lasy nałożony jest ogromny serwitut na rzecz państwa – ochrona przyrody. Ludziom wydaje się, że to nic nie kosztuje, a tak nie jest. To nie są tylko te bezpośrednie, księgowane koszty ochrony czy koszty pośrednie, ale też i utracone korzyści. Wszystko to, razem licząc, stanowi około 15 proc. całości ponoszonych kosztów. Podam prosty przykład. Jeżeli tworzymy całoroczną strefę ochronną dla jakiegoś ptaka, o promieniu 500 m, to okazuje się, że strata z tytułu braku możliwości pozyskiwania surowca drzewnego sięga 2,5 tys. zł rocznie. To tylko jedna strefa, a takich są setki w lasach. To także tysiące hektarów rezerwatów przyrody itd. To wszystko idzie na koszt Lasów. Widać zatem, że tu nie chodzi o zbudowanie lub nie jakiejś drogi dojazdowej, ale o ochronę środowiska, o edukację leśną. Ludzie chcą też korzystać z grzyboparkingów, jest duże zainteresowanie rekreacją, turystyką leśną. To wszystko kosztuje i jest finansowane przez Lasy Państwowe. Teraz trzeba będzie to przykrócić, bo pieniędzy z pewnością będzie brakowało. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, ale za jakiś czas zrozumiemy, ile Lasy robiły dla społeczeństwa.

Lasy mają działać w oparciu o aktualny zysk, i to sporo pomniejszony. Można w ten sposób skutecznie prowadzić zrównoważoną gospodarkę leśną?

– Boimy się, że niektóre nadleśnictwa mogą mieć kłopoty z płynnością finansową i prawdopodobnie będą musiały sięgać po kredyty przejściowe. Trzeba pamiętać, że zasoby zarówno przyrodnicze, jak i finansowe Lasów są zbierane przez dziesiątki, setki lat. To długotrwały proces. Nasze najlepsze drzewostany w Nadleśnictwie Krotoszyn mają po 240-260 lat. Tam na submisji sprzedaje się pojedyncze sztuki z przeznaczeniem na cele specjalne za dziesiątki tysięcy złotych. Ale trzeba było czekać ponad dwieście lat, by uzyskać dochód. To pokazuje, jak ta firma musi trwać, bo taki jest cykl produkcji. Ten 1,6 mld, które chce się zabrać Lasom w latach 2014-2015, to kumulacja oszczędności z kilkunastu lat działalności. Tak gwałtowne pozbawienie Lasów tych środków jest niedopuszczalne. Mówimy tu przecież o firmie operującej na wolnym rynku, która ma też swoje zasady działania. Tymczasem chce się wprowadzić zmiany bez wcześniejszych konsultacji, bez przemyśleń.

Przygotowany projekt ustawy o lasach nadaje się do kosza, czy warto rozmawiać o jego modyfikacji?

– Jeśli chcemy coś zmieniać, to trzeba najpierw przeprowadzić konsultacje społeczne i ustalić pewną formę skorzystania z tego, że to dobro publiczne, jakim są Lasy Państwowe, może zasilać budżet państwa. Bo dlaczego nie? Zawsze postulowałem, by zwiększyć podatek leśny, który idzie na rzecz gmin. Może trzeba więcej dać na ochronę przyrody? Możemy o tym wszystkim rozmawiać, ale nie w taki sposób, jak nam się obecnie proponuje. Przyznam, że nie znam takiego przykładu w Europie, by jakieś państwo obłożyło lasy – czy to publiczne, czy prywatne – tak wielkim podatkiem, jak proponuje się w projekcie. A co by się stało, gdyby tak samo postąpić z innymi firmami, korporacjami, gdyby tak obciążyć telewizję albo dochodowe wydawnictwa prasy codziennej? Jakiż powstałby raban. A tu uznano, że Lasy mają pieniądze, to niech płacą. Do tego społeczeństwo nie jest informowane o złożoności sprawy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj